Zastanawiam się co sprawia, że człowiek świadomie lub nie celowo zdradza... Czy kiedy w głowie pojawi się myśl o innym partnerze to obecny związek nie ma już perspektyw. Czy możliwe jest jednoczesne kochanie i zdradzanie partnera...
Myślę, że osoby, które zdradzają, w wielu przypadkach nigdy tak naprawdę nie kochały swojego partnera. Były z nim, bo było im wygodnie, bezpiecznie, bo tworzyli wspólne życie, rodzinę, mieli stabilizację. A jednocześnie gdzieś w tle cały czas pozostawała otwarta furtka i poszukiwanie alternatywy.
Oczywiście to tylko moja perspektywa, oparta przede wszystkim na własnym doświadczeniu i odczuciach. Nie potrafię uwierzyć, że mając kogoś naprawdę w sercu, można jednocześnie świadomie go zdradzać. Nie mówię o chwilowej fascynacji czy zauroczeniu inną osobą, bo człowiek przez całe życie spotyka atrakcyjnych ludzi. Sama myśl o kimś innym nie przekreśla przecież związku. Zdrada zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek świadomie podejmuje kolejne decyzje i przekracza granice.
Dlatego nie bardzo przekonują mnie późniejsze tłumaczenia, że miłość wygasła, pojawiła się rutyna albo partner przestał zwracać uwagę. Przecież to są rzeczy, które wcześniej czy później pojawiają się praktycznie w każdym długim związku. Nikt nie będzie miał motylków w brzuchu do osiemdziesiątki. Zakochanie mija, codzienność wchodzi do życia, pojawiają się problemy, zmęczenie, czasem wzajemne pretensje. To nie jest dowód na to, że związek przestał mieć sens. To jest chyba po prostu moment, w którym zaczyna się sprawdzian tego, co między tymi ludźmi naprawdę jest.
I być może właśnie tutaj mam najbardziej radykalne podejście. Uważam, że jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, to będą próbować przejść przez te etapy razem. Rozmawiać, naprawiać, czasem się od siebie oddalać i znowu do siebie wracać. Ale nie budować równolegle drugiego życia za plecami człowieka, któremu wcześniej mówiło się, że się go kocha.
Mógłbym teraz długo opisywać, ile przez lata poświęciłem dla swojej żony. Chociaż z perspektywy czasu coraz częściej myślę, że trafniejsze byłoby pytanie, ile mi to wszystko zabrało. Czasu, zdrowia, spokoju, pieniędzy, a przede wszystkim przekonania, że jeżeli człowiek daje z siebie wszystko dla drugiej osoby, to przynajmniej może liczyć na uczciwość.
Nie będę jednak tego wszystkiego opisywał, bo pewnie i tak znalazłby się ktoś, kto uznałby, że niemożliwe, żebym był aż tak naiwny.
Dzisiaj mam tylko jeden wniosek. Człowiek może latami żyć obok kogoś i wcale go nie znać. Można wierzyć w deklaracje, wspólne plany i słowa o miłości, podczas gdy druga strona od dawna traktuje związek jako bezpieczną bazę, z której można korzystać, jednocześnie rozglądając się za czymś lepszym.
I chyba właśnie to jest dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania. Nie sama świadomość, że ktoś odszedł. Tylko możliwość, że przez lata byłem potrzebny do życia, ale nigdy naprawdę nie byłem kochany.