Weszłam do hotelowego pokoju z lekkim, profesjonalnym uśmiechem, który miał ukryć moje zmęczenie po całym dniu. Klient pisał, że ma na imię Marcin, koło czterdziestki, biznesmen w delegacji. Wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciu – wysoki, trochę przy kości, w koszuli rozpiętej pod szyją. Pachniał dobrą wodą toaletową i lekkim stresem.
– Cześć, jestem Dominika – powiedziałam miękko, zamykając za sobą drzwi.
Od razu podeszłam bliżej, żeby rozładować tę sztywną atmosferę. Lubię te pierwsze minuty, kiedy oboje udajemy, że to zwykła randka, a nie transakcja.
Marcin uśmiechnął się nerwowo i szybko nalał mi wina z minibaru. Usiedliśmy na łóżku, gadając o głupotach – o pogodzie, korkach na A2, ile czasu spędza w Warszawie. Jego dłoń powoli wylądowała na moim udzie i zaczęła sunąć pod krótką spódniczkę. Miałam na sobie czarną, koronkowa bieliznę, którą specjalnie wybrałam. Faceci tacy jak on zawsze lubią ten kontrast: elegancka z wierzchu, a pod spodem czysta pokusa.
Pocałował mnie trochę zbyt zachłannie, jakby bał się, że zaraz ucieknę. Smakował winem i miętą. Pozwoliłam mu zdjąć mi bluzkę, a sama rozpięłam mu pasek. Był już twardy – to zawsze dobry znak. Zsunęłam się na kolana między jego nogi i wzięłam go do ust powoli, głęboko. Jęknął głośno, zaciskając palce na moich włosach.
I wtedy stało się to niefortunne gówno.
W momencie, kiedy przyspieszyłam, a on odchylił głowę z zamkniętymi oczami, usłyszałam ten dźwięk. Najpierw myślałam, że to telefon, ale nie. To był on. Głośny, mokry pierd, z takim charakterystycznym „brzdękiem”, którego nie da się z niczym pomylić.
Marcin zamarł. Ja też. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w kompletnej ciszy.
– O ****a… – wyszeptał, czerwony jak burak. – Przepraszam, ja… stres, jedzenie które jadłem…
Zaczęłam się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż łzy pociekły mi po policzkach. On wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię. To było tak absurdalnie ludzkie, że cała ta moja profesjonalna maska po prostu spadła.
– No weź – powiedziałam, ocierając kącik oka i wciąż chichocząc. Wstałam, zsunęłam spódniczkę razem z majtkami jednym ruchem i zostałam tylko w staniku. – Chodź tu.
Pchnęłam go na łóżko i usiadłam na nim okrakiem. Czułam, że mu trochę zwiotczało ze wstydu, więc zaczęłam się o niego ocierać – powoli, mokro, patrząc mu prosto w oczy.
– Serio, Dominika… przepraszam – mamrotał, ale jego ręce już same złapały mnie za biodra.
– Zamknij się i pocałuj mnie – mruknęłam mu w usta.
Po chwili był znowu twardy, nawet bardziej niż przedtem. Wsunęłam go w siebie głęboko i zaczęłam jeździć. Najpierw powoli, potem coraz mocniej, opierając dłonie na jego klatce piersiowej. Ten cały incydent nas totalnie rozluźnił. Marcin przestał udawać ogarniętego gościa i po prostu brał mnie jak facet, który naprawdę tego potrzebuje – mocno, łapczywie, z dłońmi na moich piersiach i tyłku.
Skończyłam pierwsza, zaciskając się wokół niego i gryząc wargę, żeby nie krzyczeć za głośno. On doszedł chwilę później, drżąc i jęcząc mi prosto w szyję.
Leżeliśmy potem spoceni, a on wciąż śmiał się cicho z zażenowania.
– To była najdziwniejsza i najlepsza sesja w moim życiu – przyznał.
Uśmiechnęłam się i pogłaskałam go po brzuchu.
– Następnym razem po prostu puść bąka wcześniej, zanim zdejmę majtki.
Wyszłam z hotelu z dodatkową kasą w torebce i lekkim uśmiechem na twarzy. Czasem te najbardziej niefortunne momenty są właśnie najlepsze. Robią wszystko bardziej prawdziwe.
* Treść jest modyfikacją historii, która się wydarzyła. Imię mężczyzny zostało zmienione na potrzeby prywatności, a historia lekko zmieniona.
– Cześć, jestem Dominika – powiedziałam miękko, zamykając za sobą drzwi.
Od razu podeszłam bliżej, żeby rozładować tę sztywną atmosferę. Lubię te pierwsze minuty, kiedy oboje udajemy, że to zwykła randka, a nie transakcja.
Marcin uśmiechnął się nerwowo i szybko nalał mi wina z minibaru. Usiedliśmy na łóżku, gadając o głupotach – o pogodzie, korkach na A2, ile czasu spędza w Warszawie. Jego dłoń powoli wylądowała na moim udzie i zaczęła sunąć pod krótką spódniczkę. Miałam na sobie czarną, koronkowa bieliznę, którą specjalnie wybrałam. Faceci tacy jak on zawsze lubią ten kontrast: elegancka z wierzchu, a pod spodem czysta pokusa.
Pocałował mnie trochę zbyt zachłannie, jakby bał się, że zaraz ucieknę. Smakował winem i miętą. Pozwoliłam mu zdjąć mi bluzkę, a sama rozpięłam mu pasek. Był już twardy – to zawsze dobry znak. Zsunęłam się na kolana między jego nogi i wzięłam go do ust powoli, głęboko. Jęknął głośno, zaciskając palce na moich włosach.
I wtedy stało się to niefortunne gówno.
W momencie, kiedy przyspieszyłam, a on odchylił głowę z zamkniętymi oczami, usłyszałam ten dźwięk. Najpierw myślałam, że to telefon, ale nie. To był on. Głośny, mokry pierd, z takim charakterystycznym „brzdękiem”, którego nie da się z niczym pomylić.
Marcin zamarł. Ja też. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w kompletnej ciszy.
– O ****a… – wyszeptał, czerwony jak burak. – Przepraszam, ja… stres, jedzenie które jadłem…
Zaczęłam się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, aż łzy pociekły mi po policzkach. On wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię. To było tak absurdalnie ludzkie, że cała ta moja profesjonalna maska po prostu spadła.
– No weź – powiedziałam, ocierając kącik oka i wciąż chichocząc. Wstałam, zsunęłam spódniczkę razem z majtkami jednym ruchem i zostałam tylko w staniku. – Chodź tu.
Pchnęłam go na łóżko i usiadłam na nim okrakiem. Czułam, że mu trochę zwiotczało ze wstydu, więc zaczęłam się o niego ocierać – powoli, mokro, patrząc mu prosto w oczy.
– Serio, Dominika… przepraszam – mamrotał, ale jego ręce już same złapały mnie za biodra.
– Zamknij się i pocałuj mnie – mruknęłam mu w usta.
Po chwili był znowu twardy, nawet bardziej niż przedtem. Wsunęłam go w siebie głęboko i zaczęłam jeździć. Najpierw powoli, potem coraz mocniej, opierając dłonie na jego klatce piersiowej. Ten cały incydent nas totalnie rozluźnił. Marcin przestał udawać ogarniętego gościa i po prostu brał mnie jak facet, który naprawdę tego potrzebuje – mocno, łapczywie, z dłońmi na moich piersiach i tyłku.
Skończyłam pierwsza, zaciskając się wokół niego i gryząc wargę, żeby nie krzyczeć za głośno. On doszedł chwilę później, drżąc i jęcząc mi prosto w szyję.
Leżeliśmy potem spoceni, a on wciąż śmiał się cicho z zażenowania.
– To była najdziwniejsza i najlepsza sesja w moim życiu – przyznał.
Uśmiechnęłam się i pogłaskałam go po brzuchu.
– Następnym razem po prostu puść bąka wcześniej, zanim zdejmę majtki.
Wyszłam z hotelu z dodatkową kasą w torebce i lekkim uśmiechem na twarzy. Czasem te najbardziej niefortunne momenty są właśnie najlepsze. Robią wszystko bardziej prawdziwe.
* Treść jest modyfikacją historii, która się wydarzyła. Imię mężczyzny zostało zmienione na potrzeby prywatności, a historia lekko zmieniona.

