Roger, mam wrażenie, że od kilku stron bronisz nie tyle zdrady, co osób zdradzających. I robisz to zawsze w podobny sposób.
Najpierw pojawia się historia o alkoholiku, potem o toksycznym związku, później o martwym małżeństwie, osobnych sypialniach i braku seksu. Za każdym razem punktem wyjścia jest założenie, że skoro było źle, to zdrada traci na znaczeniu.
Tylko ja nie bardzo rozumiem ten tok rozumowania.
Bo jeśli związek rzeczywiście jest martwy, to rozwiązaniem jest rozstanie, a nie zdrada.
Jeżeli dwoje ludzi od dawna nie jest razem emocjonalnie, nie śpi ze sobą, nie kocha się i żyje obok siebie, to tym bardziej nie widzę powodu, żeby jeszcze dokładać do tego kłamstwa i życie na dwa fronty.
Mam też wrażenie, że wyciągasz bardzo daleko idące wnioski z pojedynczych historii, które znasz. Ja równie dobrze mogę podać własny przykład.
Nie było alkoholu.
Nie było przemocy.
Nie było narkotyków.
Nie było awantur.
Nigdy nawet porządnie się nie pokłóciliśmy.
A mimo to w Wigilię dowiedziałem się, że będzie rozwód. Jeszcze chwilę wcześniej dzieliliśmy się opłatkiem. Później okazało się, że przez ten czas były równolegle inne relacje.
I co mam z tego wywnioskować? Że wszystkie zdrady biorą się z martwych związków? Że za każdą zdradą stoi alkoholik, przemocowiec albo toksyczny partner?
Nie.
To pokazuje tylko tyle, że pojedyncze historie są słabym materiałem do budowania ogólnych teorii.
Dlatego nie przekonuje mnie argument: "związek był już martwy, więc zdrada nic nie zmieniła".
Jeżeli naprawdę był martwy, to należało go zakończyć. Zdrada nie jest dowodem śmierci związku. Bardzo często jest po prostu decyzją podjętą przed jego zakończeniem.
jeszcze jedna rzecz. Mam wrażenie, że całą dyskusję sprowadzasz do czynników zewnętrznych: alkoholizmu, samotności, martwego związku, problemów finansowych, choroby, braku seksu czy trudnej sytuacji życiowej.
Tylko że to nie te czynniki decydują o zdradzie.
Dwóch ludzi może znaleźć się dokładnie w tej samej sytuacji. Jeden zostanie przy sparaliżowanym partnerze do końca życia, a drugi odejdzie po kilku miesiącach. Jeden będzie latami żył w niesatysfakcjonującym związku i nie zdradzi, a drugi zdradzi przy pierwszej okazji. Jeden przejdzie przez kryzys uczciwie, a drugi wybierze kłamstwo.
Dlatego nie wierzę, że o zdradzie decydują głównie okoliczności. One mogą być pokusą, próbą albo pretekstem. Ostateczna decyzja zawsze należy jednak do człowieka.
Moim zdaniem zdrada dużo więcej mówi o tym, co ktoś ma w sercu, jakie ma zasady, jak rozumie lojalność i odpowiedzialność za drugiego człowieka, niż o tym, czy akurat przechodził trudny okres w życiu.
Bo gdyby o zdradzie decydowały wyłącznie okoliczności, to wszyscy ludzie znajdujący się w tych samych warunkach zachowywaliby się podobnie. A rzeczywistość pokazuje coś dokładnie odwrotnego.