Zostałam zdradzona i zdradziłam. Chyba moja zdrada bolała nawet bardziej - patrzenie na cierpienie drugiej osoby było dla mnie bardzo nieprzyjemne, a nie czułam już wtedy do niego miłości. Nie wyobrażam sobie, jak to musi boleć, kiedy się kogoś kocha. Chociaż, gdy się kogoś kocha, to chyba się go nie zdradza (?). Nie wiem. Nie jestem mocna w te konwenanse
Zdrada w związku jest warunkowana tyloma zmiennymi, że nie uważam jej za coś najgorszego na świecie i dożywotnią plamę na charakterze. To, czego nauczyłam się z wiekiem, to po prostu wychodzenie ze związku kiedy czuję się, że zdrada jest na tyle blisko, że za moment może pojawić się czyjeś cierpienie. To moim zdaniem rozsądne zachowanie człowieka z rigczem.
Niemniej, za dużo mniej honorowy uważam np. brak lojalności w stosunku do przyjaciół.