Wbrew pozorom mężczyźni są w stanie bardzo dużo wyciągnąć ze związku bez bliskości:
- opiekę kucharską
- usługi sprzątające
- mityczny święty spokój, gdy małżonka się odsunie mogą spędzać czas jak chcą, np. grając na konsoli nocami, zaspokajając popęd przez ekran itp.
- oszczędność energii, bo nie trzeba rozmawiać
- gdy mają dzieci to żona najczęściej ogarnia logistykę, opiekę i naukę
- unikają niekomfortowych skutków rozstania - rozwodów, podziałów majątku, ryzyka, że była zablokuje kontakty faceta z dziećmi lub generalnie wyjdzie z niej mściwa wiedźma.
Resztę potrzeb psychologicznych mogą sobie podreperować w Internecie (np. na naszym forum).
Twój wpis jest trafny i szczery. Wymieniasz bardzo realne, pragmatyczne powody, dla których mężczyźni mogą tkwić w związku bez bliskości. I masz rację – z czysto utylitarnej perspektywy to się może "opłacać".
Warto jednak pamiętać, że przez większość historii małżeństwo nie było o miłości, tylko o przetrwaniu, obowiązku i korzyściach. To, co opisujesz, to echo tego starego modelu, który w nowych czasach – gdzie oczekujemy też bliskości i spełnienia – często już nie działa.
Dzisiejszy świat zdezorientował role. Mężczyźni (i kobiety) często nie wiedzą, czego się trzymać. Wycofanie się w "święty spokój" i wygodne usługi bywa prostsze niż budowanie prawdziwej, wymagającej więzi.
Ale klucz, moim zdaniem, leży gdzie indziej. Nie w tym, by znaleźć kogoś, kto da nam ten spokój i usługi. Klucz to być szczęśliwym i pełnym samemu ze sobą.
Kiedy człowiek (mężczyzna czy kobieta) jest ze sobą w porządku – ma własne życie, pasje, wewnętrzny spokój – przestaje "potrzebować" drugiej osoby na zasadzie uzupełniania braków czy zamawiania usług. Staje się osobą pełną, która wchodzi w relację z wyboru, a nie z konieczności.
Taka postawa jest atrakcyjna. Przyciąga nie desperację, ale innych świadomych, pełnych ludzi. Relacja przestaje być transakcją ("daję, abyś ty dał"), a staje się świadomym wyborem bycia razem, bo razem jest po prostu lepiej – emocjonalnie, intelektualnie i fizycznie.