Bywa i tak, zwłaszcza u facetów.


Na pocieszenie dla tych, którzy mają podobny problem - po odstawieniu alkoholu i zachowywaniu abstynencji - po niedługim czasie znowu "się chce" a konar płonie jak stodołaBywa i tak, zwłaszcza u facetów.
Co ci podnosi?Wszystko jest dla ludzi oczywiście z głową.
Kieliszek czerwonego wina podnosi ciśnienie a co za tym idzie bydlak dostaje więcej krwi![]()
Od jakiegoś czasu totalnie unikam alkoholu, bardzo rzadko piwko czy szklaneczka whiskey a coś więcej to już musi być cytując Gustlika, jakoś pieruńsko okazjaOd swojej strony: Nigdy nie potrzebowałam alkoholu czy jakich kolwiek używek żeby "dodać sobie śmiałości". Najlepszy dla mnie seks to ten kiedy jestem w 100% świadoma siebie swojego ciała, swoich odczuć oraz partnera. Po prostu nie są mi potrzebne żadne zagłuszacze ani wspomagacze, lubię być w tu i teraz całą sobą i nie mam z tym problemu.
Od strony partnera: Powiedzmy, że jestem w stanie zaakceptować tą przysłowiową lampkę wina do kolacji na mieście i to jest mój max. Niedopuszczalnym jest dla mnie seks przy upojeniu alkoholem,
seks na kacu czy też po innych środkach odurzających. Nie znoszędotyku pijanego mężczyzny, tego nachalnego parcia na "bramkę", przekonania jaki to nie jest z niego macho, ordynarności, błędnego wzroku, śmierdzącego oddechu, bełkotu w głosie, zapachu ciała, ... Wszystko to mnie po prostu odrzuca i sprawia, że tracę nie tylko zainteresowanie seksem ale i takim mężczyzną.
Przemo nikt tu nie jest od oceniania , cytując pewnego człowieka sprzed 2 tys lat, i Ja Cie nie potępiam . Najważniejsze, że zawróciłeś z tej błędnej drogi i organizm znów zadziałał jak nowyNo dobrze, to kilka zdań ode mnie....
Część z Was wie, część nie - ale przez lata tkwiłem w cięzkim, narastającym uzaleznieniu od alkoholu. Zmarnowałem sobie przez to pół życia, pogrzebałem na zawsze obiecującą karierę poważnego pana radcy po studiach (plus doszło kilka innych bardzo poważnych problemów) i mało nie zszedłem z tego świata robiąc pod siebie. Ale cóż, nie cofnę tego. Możecie mnie oceniac, albo nie. "Były menel prawi morały". Spoko - ale do rzeczy.
Z początku nie było róznicy w sprawach "łóżkowych". Gdy jeszcze piłem mało, powiedzmy te "jedno piwko po kolacji" było wszystko w porządku w kwestii libido i seksu ogólnie. No fakt, byłem wtedy młodszy, także to też ma coś do rzeczy. Ale z czasem gdy piłem coraz więcej i więcej, gdy z jednego piwka zrobiło się dwa, trzy albo i więcej - gdy z czasem dochodziły cięższe alkohole, seks zaczynałem traktować "po macoszemu". Na zasadzie "odrobienia pańszczyzny". Powoli przestawało mnie to pociągać i sprawiać czystą, nieskażoną niczym spontaniczną przyjemność.
Organizm już zapewne wtedy pracował nieco inaczej, stawałem się ociężały, byle wysiłek zaczynał mnie poważnie męczyć. Przytyłem, czy raczej "spuchłem" od alkoholu. Poza psychiczną obojętnością na bodźce seksualne, która cały czas narastała - zaczęły się problemy z fizycznością - z erekcją, z jej utrzymaniem, w końcu całkowicie "silnik stanął" i przestało "się chcieć".
Bo wolałem zobojętnić się po południu, leżeć odrętwiały przed TV a potem powlec się do łóżka i zasnąć snem alkoholika, snem niepokojnym, zmieszanym z jawą i urojeniami (nie wiedziałem wtedy, ale to były takie początki majaczeń). To było celem zycia, seks stał się obojętny, zbędny wręcz. Zresztą wtedy już i tak nie dawałem rady i każda próba zbliżenia kończyła sie sromotną porażką, moim wybuchem nerwicy i kolejną dawką alkoholu by się zobojętnić i uspokoić.
Teraz od kilku lat jestem zupełnie "czysty" i powiem Wam, że w kwestiach libido jest jak dawniej. Ten czas abstynencji, regeneracji i odbudowy organizmu - ale i psychiki zrobił swoje - udało mi się. Znowu chcę i znowu mogę. Jak przed laty. Tak, jest realna szansa, że to się wszystko odwróci.
Po co to wysmażyłem? Widzę tu sporo wpisów o seksie po narkotykach, widzę, że jakaś część z Was nie odmawia sobie alkoholu... Tak wiem, wszystko dla ludzi. Ale uważajcie z tym.
Ja koniec końców przetrwałem, odnowiłem się można powiedzieć - ale wiedzcie, że nałóg nie atakuje od razu a zatruwa psychikę powoli. To prawda co wielu z Was pisało w swoich postach - alkohol dodaje odwagi, pewności, rozluźnia - ale rozpieprza psychikę i libido. Powoli, ale sukcesywnie.
Powiecie - "ja tylko okazjonalnie, ja nie wpadnę w nałóg" - a czy Wy myślicie moi drodzy, że ja chciałem wpaść w to gówno po czubek głowy....?
Uważajcie na siebie.
A o mnie myślcie co chcecie.
Twój post wiele dla mnie znaczy i bardzo Ci za niego dziękuję Przemo... Za to, że się w ogóle pojawił. Ja swój napisałam z perspektywy osoby współuzaleznionej od alkoholu, czyli przez lata żyjącej z wysokofunkcjonującym alkoholikiem, a raczej egzystującej, bo pełnia życia to to nie jest.No dobrze, to kilka zdań ode mnie....
Część z Was wie, część nie - ale przez lata tkwiłem w cięzkim, narastającym uzaleznieniu od alkoholu. Zmarnowałem sobie przez to pół życia, pogrzebałem na zawsze obiecującą karierę poważnego pana radcy po studiach (plus doszło kilka innych bardzo poważnych problemów) i mało nie zszedłem z tego świata robiąc pod siebie. Ale cóż, nie cofnę tego. Możecie mnie oceniac, albo nie. "Były menel prawi morały". Spoko - ale do rzeczy.
Z początku nie było róznicy w sprawach "łóżkowych". Gdy jeszcze piłem mało, powiedzmy te "jedno piwko po kolacji" było wszystko w porządku w kwestii libido i seksu ogólnie. No fakt, byłem wtedy młodszy, także to też ma coś do rzeczy. Ale z czasem gdy piłem coraz więcej i więcej, gdy z jednego piwka zrobiło się dwa, trzy albo i więcej - gdy z czasem dochodziły cięższe alkohole, seks zaczynałem traktować "po macoszemu". Na zasadzie "odrobienia pańszczyzny". Powoli przestawało mnie to pociągać i sprawiać czystą, nieskażoną niczym spontaniczną przyjemność. A zrobiło się to na zasadzie "o matko, jeszcze TO...."
Organizm już zapewne wtedy pracował nieco inaczej, stawałem się ociężały, byle wysiłek zaczynał mnie poważnie męczyć. Przytyłem, czy raczej "spuchłem" od alkoholu. Poza psychiczną obojętnością na bodźce seksualne, która cały czas narastała - zaczęły się problemy z fizycznością - z erekcją, z jej utrzymaniem, w końcu całkowicie "silnik stanął" i przestało "się chcieć".
Bo wolałem zobojętnić się po południu, leżeć odrętwiały przed TV a potem powlec się do łóżka i zasnąć snem alkoholika, snem niepokojnym, zmieszanym z jawą i urojeniami (nie wiedziałem wtedy, ale to były takie początki majaczeń). To było celem zycia, seks stał się obojętny, zbędny wręcz. Zresztą wtedy już i tak nie dawałem rady i każda próba zbliżenia kończyła sie sromotną porażką, moim wybuchem nerwicy i kolejną dawką alkoholu by się zobojętnić i uspokoić.
Teraz od kilku lat jestem zupełnie "czysty" i powiem Wam, że w kwestiach libido jest jak dawniej. Ten czas abstynencji, regeneracji i odbudowy organizmu - ale i psychiki zrobił swoje - udało mi się. Znowu chcę i znowu mogę. Jak przed laty. Tak, jest realna szansa, że to się wszystko odwróci.
Po co to wysmażyłem? Widzę tu sporo wpisów o seksie po narkotykach, widzę, że jakaś część z Was nie odmawia sobie alkoholu... Tak wiem, wszystko dla ludzi. Ale uważajcie z tym.
Ja koniec końców przetrwałem, odnowiłem się można powiedzieć - ale wiedzcie, że nałóg nie atakuje od razu a zatruwa psychikę powoli. To prawda co wielu z Was pisało w swoich postach - alkohol dodaje odwagi, pewności, rozluźnia - ale rozpieprza psychikę i libido. Powoli, ale sukcesywnie.
Powiecie - "ja tylko okazjonalnie, ja nie wpadnę w nałóg" - a czy Wy myślicie moi drodzy, że ja chciałem wpaść w to gówno po czubek głowy....?
Uważajcie na siebie.
Brawo Ty.@PaniTrycholog - dziękuję również za post. To cenne uzupełnienie mojego wpisu - tak w zasadzie "z drugiej strony barykady" - ale przez to jest tym bardziej wartościowe. Dziękuję.
Zdaję sobie sprawę, że już trochę odbiegamy od istoty tematu "Alkohol i seks" - ale warto by było, żebyśmy byli uświadomieni jaką perfidną pułapkę - również w temacie seksu i pożądania - mogą (*) stanowić alkohol czy narkotyki.
(*) nie muszą, ale mogą...