Marcindzk — jasne, że reakcje na zdradę są indywidualne. I nigdzie nie napisałem, że każdy przeżywa to identycznie albo że każdy musi się rozsypać psychicznie. Jeśli tobie udało się przejść przez to inaczej, uniknąć takiego stanu i zachować dystans, to dobrze. Naprawdę.
Ale to, że ktoś przeżywa zdradę głębiej, nie oznacza automatycznie dramatyzowania. Są ludzie, którzy po takim doświadczeniu tracą nie tylko partnera, ale też poczucie stabilności, bezpieczeństwa i zaufania do własnej oceny ludzi. I to nie jest „literacka przesada”, tylko normalna reakcja psychiki na silne naruszenie więzi i zaufania.
Renata — myślę, że właśnie w tym, co napisałaś, najlepiej widać różnicę między nami. Ty patrzysz na relacje bardzo transakcyjnie: „dopóki daje emocje i potrzeby są zaspokojone, to trwa, potem się idzie dalej”. Masz do tego prawo. Tylko że nie każdy buduje relację w ten sposób.
Dla wielu ludzi bliskość nie jest „bajką o własności”, tylko świadomą decyzją o zaufaniu, lojalności i emocjonalnym bezpieczeństwie. I kiedy ktoś to łamie przez kłamstwa, podwójne życie albo manipulację, to problemem nie jest samo „ktoś poszedł do łóżka z kimś innym”. Problemem jest rozpad poczucia rzeczywistości, które budowało się latami.
Piszesz, że moje poczucie bezpieczeństwa było naiwnością. Nie. Naiwnością byłoby wierzyć, że zdrada niczego w człowieku nie zmienia. To, że ty potrafisz emocjonalnie odcinać ludzi i traktować rozstanie jak logistykę, nie oznacza jeszcze większej dojrzałości. Czasami oznacza po prostu inny mechanizm obronny.
i jeszcze jedno — mówisz, że „nikt nie należy do nikogo”. Zgoda. Tylko wierność nigdy nie polegała na posiadaniu człowieka na własność. Polega na tym, że ktoś dobrowolnie daje słowo i bierze odpowiedzialność za to, co robi z cudzym zaufaniem. Bo zdrada sama w sobie nie boli najbardziej.
Najbardziej boli moment, w którym odkrywasz, że druga osoba przez długi czas patrzyła ci w oczy i świadomie budowała rzeczywistość opartą na kłamstwie.
Ale to, że ktoś przeżywa zdradę głębiej, nie oznacza automatycznie dramatyzowania. Są ludzie, którzy po takim doświadczeniu tracą nie tylko partnera, ale też poczucie stabilności, bezpieczeństwa i zaufania do własnej oceny ludzi. I to nie jest „literacka przesada”, tylko normalna reakcja psychiki na silne naruszenie więzi i zaufania.
Renata — myślę, że właśnie w tym, co napisałaś, najlepiej widać różnicę między nami. Ty patrzysz na relacje bardzo transakcyjnie: „dopóki daje emocje i potrzeby są zaspokojone, to trwa, potem się idzie dalej”. Masz do tego prawo. Tylko że nie każdy buduje relację w ten sposób.
Dla wielu ludzi bliskość nie jest „bajką o własności”, tylko świadomą decyzją o zaufaniu, lojalności i emocjonalnym bezpieczeństwie. I kiedy ktoś to łamie przez kłamstwa, podwójne życie albo manipulację, to problemem nie jest samo „ktoś poszedł do łóżka z kimś innym”. Problemem jest rozpad poczucia rzeczywistości, które budowało się latami.
Piszesz, że moje poczucie bezpieczeństwa było naiwnością. Nie. Naiwnością byłoby wierzyć, że zdrada niczego w człowieku nie zmienia. To, że ty potrafisz emocjonalnie odcinać ludzi i traktować rozstanie jak logistykę, nie oznacza jeszcze większej dojrzałości. Czasami oznacza po prostu inny mechanizm obronny.
i jeszcze jedno — mówisz, że „nikt nie należy do nikogo”. Zgoda. Tylko wierność nigdy nie polegała na posiadaniu człowieka na własność. Polega na tym, że ktoś dobrowolnie daje słowo i bierze odpowiedzialność za to, co robi z cudzym zaufaniem. Bo zdrada sama w sobie nie boli najbardziej.
Najbardziej boli moment, w którym odkrywasz, że druga osoba przez długi czas patrzyła ci w oczy i świadomie budowała rzeczywistość opartą na kłamstwie.

