Wcześniej jakaś dziewczyna napisała, że jak nikt się nie dowie, to nie ma zdrady. Więc nie za bardzo wiem, o co Ci chodzi.
Właśnie kiedy ktoś się nie dowiaduje, to jest to bodajże najbardziej czytelny sygnał, że mamy do czynienia ze zdradą.
Zdrada polega na tym, że bez wiedzy pewnej osoby robisz coś, na co ta osoba nie wyraziłaby zgody – i dlatego właśnie robisz to bez jej wiedzy. Sformułowania, że "kiedy nikt się nie dowie, to nie ma zdrady" mają mniej więcej tyle sensu, co twierdzenie, że niezauważona kradzież to nie kradzież, albo wyznania skazanych, którzy "siedzą za to, że dali się złapać".
Jeśli wiem, że moja żona nie wyraziłaby zgody na posuwanie przeze mnie panny Esmeraldy, a ja pomimo tego w sekrecie idę do łóżka ze wspomnianą panną – to popełniam zdradę. Jestem nieuczciwy wobec mojej żony i nadużywam jej zaufania. Mogę tę zdradę tłumaczyć, relatywizować, ale nie zmienia to faktu, że zdrada następuje w momencie włożenia w pannę Esmeraldę, a nie w momencie, kiedy żona się o tym dowie.
Jednak jeśli podnieca mnie, kiedy żona uprawia seks z panem Eustachym, więc daję jej wolną rękę w kwestii jej namiętnych spotkań z tymże – to nie ma mowy o zdradzie, ponieważ umawiamy się na tę wolność. Detale, dotyczące mojej obecności lub mojej wiedzy o szczegółach tych spotkań są drugorzędne, najistotniejsza jest bowiem uczciwa umowa między nami i zaufanie, które sobie okazujemy.
Według mnie ten temat dotyczy doznań, wynikających z robienia czegoś za plecami niczego nie podejrzewających współmałżonków, co może być na swój sposób emocjonujące, podobnie jak podbieranie śliwek ze straganu – i równie etyczne.