Z całym szacunkiem, ale nie odnoszę wrażenia, jakby opowiedzenie tej historii wiązało się, w przypadku autorki, z pokonaniem jakiegoś wstydu czy skrępowania, a przynajmniej nic takiego nie wynika z jej wypowiedzi. Jeśli mam być szczery, to prędzej doszukiwałbym się tutaj dumy z osiągniętego celu. Mogę się oczywiście mylić, bo nie znam osoby, a patrzę jedynie na napisane przez nią słowa.
Takie to forum, że trudno tutaj kogokolwiek oceniać, ale jedno mogę powiedzieć: za nic w świecie nie chciałbym się znaleźć na miejscu tamtego faceta, chociaż ze słów autorki można się domyślać, że znajduje jakąś pociechę w tym, że udało mu się komuś pomóc.
A skoro o ocenianiu mowa: piszą tu faceci o pozwalaniu żonie na przygody z innymi mężczyznami, czy wręcz o zachęcaniu jej do takich przygód. Inni znowu faceci toczą na to pianę, sypią się epitety, mnożą się wizje kar cielesnych. Ale przecież w takich przypadkach "chcącemu nie dzieje się krzywda", praktycznie wszyscy zaangażowani są zadowoleni, pomijając może ewentualne żony tych innych mężczyzn, zazwyczaj żyjące w błogiej nieświadomości. Tak sobie myślę ja, Jarząbek Wiesław, który od 25 lat uczestniczy z radością w podobnym procederze i większego zła w tym nie widzę. Punkt widzenia jest zatem nierozerwalnie związany z punktem siedzenia.
Pomimo dzikiej kipieli myśli i emocji – a może właśnie ze względu na nią – dziękuję,
@Renata, za opisanie tej historii (i to, jak już wspomniałem, w całkiem niezłym stylu). Jest dla mnie wstrząsająca, ale warto było ją poznać. Niemniej jednak nadal nie odpowiedziałaś na bardzo ważne pytanie: jak rozpoznać, że ktoś w bezwzględny sposób żeruje na naszych niezaspokojonych potrzebach oraz imperatywach? Napisałaś tylko, jak to robić, a to coś zupełnie innego...