Byliśmy z żoną kilkakrotnie w różnych przybytkach, chociaż chyba bardziej kwalifikowały się jako tzw. seks-kina, niż swingers kluby. Pierwszy był (nie)sławny B1 w Amsterdamie, którego z wielu względów nie polecam – chyba, że ktoś chce poczuć tę atmosferę zepsucia i upadku. "Rynsztok" to chyba najlepsze określenie tego miejsca. Na dodatek kobiety bywają tam rzadko, więc pojawienie się jakiejkolwiek elektryzuje publikę niepomiernie – dobrze, że byliśmy z dwoma rosłymi znajomymi, bo w pewnym momencie mieliśmy trochę cykora...
Z tym B1 to była podpucha, bo potem jeden z tych rosłych znajomych zabrał nas do Erotic Cinema w Hilversum, które niestety zamknęło swe podwoje jakiś rok temu. No i przedobrzył, bo w porównaniu z poprzednimi doświadczeniami to był istny Wersal: bonton, ponton i pisuar. Tak nam się spodobało, że potem przez rok (dla wyjaśnienia: wtedy częstotliwość naszych wizyt w takich lokalach wynosiła przeciętnie raz na kwartał) musiał nas namawiać na odwiedzenie kina w Amersfoort. Ale gdy już w końcu nas namówił i zobaczyliśmy przeszkoloną kabinę prysznicową i skórzany hamak... wiedzieliśmy, że było warto.
We wszystkich tych miejscach dzieje się sporo, na brak wrażeń nigdy nie narzekaliśmy – aczkolwiek zgodzę się, że prawdziwa zabawa zaczyna się wtedy, gdy pojawia się jakaś kobieta gotowa na prawdziwą zabawę.
W Amsterdamie i okolicach jest jeszcze kilka miejsc, które reklamują się stricte jako swingers kluby, ale one są nieco bardziej "jelitarne", a my jesteśmy skąpi, więc nie byliśmy