I chyba właśnie tutaj widać różnicę w podejściu do związku. Ja, wchodząc w małżeństwo, nie zastanawiałem się, jak zabezpieczyć sobie możliwość odejścia, gdyby kiedyś przestało mi odpowiadać. Nie przygotowywałem planu B ani życia awaryjnego na wypadek rozpadu związku. Zakładałem, może naiwnie, że skoro decyduję się z kimś dzielić życie, to oboje robimy to z zamiarem, żeby je wspólnie przeżyć, a nie jednocześnie zabezpieczamy sobie drogę odwrotu.
Rozumiem oczywiście potrzebę samodzielności i niezależności finansowej. Tylko czasami zastanawiam się, czy takie podejście nie zmienia już na starcie sposobu myślenia o związku. Czy wchodzimy w niego dlatego, że chcemy zbudować z kimś wspólne życie, czy raczej dlatego, że chcemy spróbować, ale koniecznie zachowując możliwość szybkiego wycofania się, kiedy przestanie nam pasować.
Może właśnie dlatego później tak różnie rozumiemy lojalność, poświęcenie i słowo „na zawsze”.