• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Jak hartowała się stal

Mężczyzna

bsquare

Cichy Podglądacz
Chciałbym zacząć od kilku wyjaśnień, bo może dzięki temu łatwiej będzie czytać...
  • Czy to tylko opowiadanie, czy opis autentycznych wydarzeń? Jest to szczera prawda, natomiast z oczywistych względów nie jest to prawda cała. Nie ma tu działu "Doświadczenia", a w dziale "Seks" jest wszystko i nic, więc postanowiłem zamieścić to tutaj, choćby dlatego, że w tym dziale potencjalny odbiorca nie zostanie zaskoczony niespodziewaną objętością tekstu. Trochę dziwi mnie rozgraniczenie działów na opowiadania i fantazje, ale pobieżny rzut oka na ten drugi dział ujawnił, że te fantazje są bardzo zwięzłe, że się tak wyrażę, więc może faktycznie jest taka potrzeba
  • To jest chore, a ty jesteś zboczony! Dziękuję za głos w dyskusji. Proponuję nie czytać dalszego ciągu, bo będzie tylko gorzej.
  • Widziałem już to opowiadanie gdzie indziej. Możliwe, bo ja tam często bywam. Nawet nick się zgadza.


Wszystko zaczęło się od "poważnych" rozmów przed ślubem, podczas których moja - wtedy jeszcze - narzeczona zapragnęła usłyszeć o moich wcześniejszych podbojach. Znaliśmy się dość niedługo, aczkolwiek intensywnie, przy czym nie mam tu na myśli jedynie odkrywania wrażliwych obszarów naskórka, ale też odkrywania przed sobą nawzajem rozmaitych zakamarków umysłu i ducha. Dość powiedzieć, że ślub braliśmy dokładnie w drugą rocznicę naszego pierwszego spotkania, które było autentyczną i wzorcową realizacją chwytu rodem z taniego romansu - spotkali się przypadkiem na dworcu, jadąc w przeciwne strony; nic ich nigdy nie łączyło, ale siła miłości zatriumfowała i z tak nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności splótł się piękny związek.

Należy jednak podkreślić, że kiedy się poznawaliśmy, ja wracałem właśnie z wakacji, będących okresem obfitującym w wydarzenia cokolwiek osobliwe i nietuzinkowe, wśród których bez wahania należy wymienić burzliwą relację z pewną nimfomanką, obdarzoną wybujałą fantazją i zdecydowanym charakterem. Z perspektywy czasu sądzę, że nie tyle dysproporcja między naszymi wcześniejszymi doświadczeniami seksualnymi (3:0), co wyuzdana atmosfera mojej nadmorskiej przygody i fakt, że wydarzenia te miały miejsce stosunkowo niedawno, musiały wywrzeć ogromne wrażenie na moim Słoneczku.

Zatem podczas naszej rozmowy Słoneczko zwróciło się do mnie w te słowa:
- Jesteś moim pierwszym mężczyzną i nie mam poza Tobą żadnych doświadczeń. Nie potrafię sobie w tej chwili wyobrazić, żeby pociągał mnie inny mężczyzna - a jeśli nawet, to żeby pociągał mnie bardziej niż Ty. Ale co się stanie, jeśli pewnego dnia będę chciała spróbować z innym mężczyzną?
Zwróćmy uwagę, że przeciętny osobnik płci męskiej w takiej sytuacji uznałby zapewne, iż "za takie rzeczy należałoby bić po mordzie, Filipie Filipowiczu" - a już na pewno warto byłoby rozważyć, czy nie jest to moment, w którym ulotność narzeczeństwa można uznać za niepodważalnie słuszną tezę. Bo też jeśli panna jeszcze przed ślubem rozważa puszczenie się za kwestię jedynie czasu, to jak można wierzyć w jej przysięgi wierności, które wkrótce zamierza składać przed ołtarzem w obecności osoby stanu duchownego, a przynajmniej noszącej powłóczystą odzież?

Te i podobne myśli przelatywały mi przez głowę z wdziękiem pociągu pancernego "Feliks Dzierżyński". To mówiły emocje, te pierwotne i zakorzenione głęboko w genach. Rozsądek i zimna logika, zahartowane w wieloletnich bojach o tytuł osoby ze ścisłym wykształceniem podpowiadał jednak, że z drugiej strony - ja swoje wyszalałem przed ślubem, więc w celu zachowania symetrii należałoby dać niewieście pewne pole do popisu. Czy jednak nie byłaby to zdrada?
- Jest jeden warunek, kochanie: nie wolno Ci tego zrobić bez mojej zgody i wiedzy. Jeśli zrobisz to za moimi plecami, uznam to za zdradę. Wolę, żebyś była ze mną szczera, niż zachowywała jedynie pozory wierności.
- Naprawdę zgodziłbyś się na coś takiego?
W tym momencie poczułem coś dziwnego w podbrzuszu - jakieś drgnienie, jakby nagle znikąd pojawił się tam nieznany wcześniej nerw; nowe i obezwładniająco ciepłe uczucie, towarzyszące rzeczom, które nie są zwyczajnie przyjemne, ale też egzotyczne, czy wręcz perwersyjne.
- Zgodziłbym się nawet chętniej, gdybym był przy tym.
- Zgoda!

Po tych słowach temat legł w uśpieniu - niczym wąż grzechu, niespiesznie trawiący nową zdobycz. Myśl, dojrzała już w sierpniu, powoli obrastała w chęci, a te z kolei - zostały zerwane jesienią, kiedy będąc już po ślubie ustaliliśmy, że pomysł jest zbyt pikantny, żeby pozwolić mu zwietrzeć. Chęci powoli wzbierały słodyczą w syropie oczekiwania na właściwą okazję, a ta nadarzyła się wkrótce, bo już zimą. Na Sylwestra zaprosił nas do siebie nasz przyjaciel, zwany popularnie Rickiem; akurat wyszedł z wojska, będącego dla niego mrocznym okresem, nie miał dziewczyny i generalnie czuł się, jakby go przejechał autobus. Zjawiliśmy się u niego 30 grudnia, poszliśmy na spacer po mieście, wypiliśmy grzańca i wczesnym wieczorem wylądowaliśmy u niego w domu. Słodka wyciągnęła się na wersalce, prezentując nóżki w być może nieco zbyt śmiałej pozie, my tymczasem oddaliśmy się intensywnej dyskusji na tematy ogólno-komputerowe, wykorzystując obecność buzującego nieopodal na biurku peceta. Głębia i waga poruszanych zagadnień nie przeszkodziły jednak Rickowi w obserwowaniu Słodkiej, która uśmiechała się kusząco i kokietowała go zupełnie mimochodem.
- Słuchaj, powiedz coś swojej żonie, bo ja jestem wyposzczony po tym cholernym wojsku i za chwilę nie wytrzymam - oznajmił w końcu Rick.
- I co wtedy, rzucisz się na mnie? - uśmiechnęła się moja pani. - To lepiej chodź tutaj i usiądź przy mnie, będziesz miał bliżej do tego rzucania.

Całe to kuszenie, siadanie i rzucanie się skończyło się oczywiście w wiadomy i jedynie słuszny sposób. Muszę tu poprosić czytelników o wyrozumiałość, ale to było ponad dwanaście lat temu, więc lepiej pamiętam atmosferę niż szczegóły techniczne. Pamiętam tylko, że piczka Słodkiej była wręcz wypełniona niesamowicie gęstym nektarem - utkwił mi w pamięci widok członka Ricka, który opuszczał ją, ciągnąc za sobą przezroczyste cumy jej soków. A potem oczywiście uśmiech i błyszczące oczy Słodkiej - zadowolonej kotki, która nasyciła swoje żądze.

Oczywiście każdy, kto kiedykolwiek spróbował podobnych zabaw i był z nich zadowolony, będzie wiedział doskonale, że tych żądz nie da się nasycić:

Cytat:
It is the fire that lights itself
But it burns with a restless flame

ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Cichy Podglądacz
Odczuwam ogromną pokusę, aby - niczym Tim Roth w "Czterech pokojach", które serdecznie polecam, bo to kawałek znakomitego kina i wszystko jest w nim świetne, także muzyka Combustible Edison, a przy tym pojawia się tam też pyszna historia o fantazjach prawie cuckold oraz kolejny dowód na to, że Tarantino nie powinien grać, bo staje się kabotynem - w każdym razie chciałoby się skip over the witches, czyli pominąć wiedźmy, ale w "Czterech pokojach" właśnie wiedźmy były najbardziej namiętne, a tu kusi perspektywa pominięcia różnych mniej lub bardziej traumatycznych, aczkolwiek w większości mdławych doświadczeń i przeskoczenia od razu do tego Najbardziej Odjechanego Ogiera, będącego obecnie głównie namiętnym wspomnieniem, a to z przyczyn dalece geograficznych (~1000 km).

Przygoda potoczyła się tak, jak zawsze - pikantna przekąska jedynie zaostrzyła apetyt i po jakimś czasie zaczęliśmy myśleć o powtórce. Na pierwszy ogień poszły rozmaitej maści portale - jakieś amorki i inne tego typu potworki. Efekt był mizerny - większość ogłoszeń sprowadzała się do oznajmienia w sposób mniej lub bardziej wysublimowany, iż "mam N lat, X centymetrów wzrostu i ochotę". Wydawałoby się, że w takiej populacji zadziała w końcu prawo wielkich liczb... ale nawet ono jest bezsilne wobec nikłego prawdopodobieństwa zdarzenia.

W końcu udało nam się jednak spod stosu mdłych i nijakich anonsów odkopać informację o tym, że ktoś uprzejmy i inteligentny - tak przynajmniej wynikało z treści - szuka pary do przeżycia przygody. Dosyć szybko udało nam się ustalić "czas i miejsce akcji", pozostało tylko doczekać się... Spotkaliśmy się w małym hotelu; czekał na nas On, mężczyzna przed czterdziestką, o wyglądzie raczej nie predestynującym do ról amantów - ale inteligentny, błyskotliwy i umiejący oczarować kobietę. To na pewno zaważyło, bo rozmowa przy kieliszku wina toczyła się gładko i dotyczyła seksu w sposób subtelny, bez natrętnego naprzykrzania się. Nie zapadła żadna decyzja o udaniu się do pokoju, wydarzenia następowały po sobie płynnie i bez przymusu. Dla nas, wówczas jeszcze bardzo młodych (przed trzydziestką), wszystko to było dziwne, niesamowite i ekscytujące; do tej pory spotykaliśmy się ze znajomymi raczej w schroniskach turystycznych (aczkolwiek też nie w celu uprawiania rozpusty w szerszym gronie), więc sam hotel już przydawał swoistej egzotyki...

Do dzisiaj nie wiemy, czy to my popełniliśmy jakiś błąd - zaczęliśmy bawić się tak, jak bawiliśmy się zazwyczaj, ciesząc się tym, że grono stało się nieco liczniejsze i nareszcie można było podzielić się radością z kimś innym - w każdym razie nasz ogier doznał niejakiej "niemożności" i już do rana nie udało mu się jej pokonać. Trzeba jednak przyznać, że był przy nas i wydaje nam się, że cieszył się naszymi zwariowanymi figlami - pamiętam, że użyłem naszych krawatów (tak, obaj byliśmy w garniturach - jak na maturze...) do skrępowania rąk Słodkiej i zawiązania jej oczu; potem pieściliśmy jej ciało, a ona drżała z rozkoszy, spotęgowanej niewiedzą o tym, kto w danej chwili odpowiedzialny jest za które dreszcze...

Znajomość nie miała dalszego ciągu - On odezwał się potem jeszcze raz czy dwa, komplementując Słodką, ale nie zaproponował spotkania, a i my nie wyszliśmy z żadną inicjatywą. Być może osądziliśmy go zbyt surowo, co mogło być wynikiem naszego braku doświadczenia; jednak chociaż spędziliśmy czas miło, nie była to sytuacja, do której mielibyśmy ochotę powrócić. Po nim pojawili się jacyś inni, z których część nie przyszła, część nie przeszła, a reszta mimowolnie udzieliła nam cennych wskazówek, takich jak choćby unikanie żonatych - bo nieoczekiwana wizyta w supermarkecie zaplanowana przez niczego nieświadomą małżonkę zawsze wygra z wcześniej umówionym spotkaniem. Poza niską średnią w statystykach nie zostawili jednak po sobie nic, co kazałoby nam ich dzisiaj pamiętać.

Po tych doświadczeniach zdecydowaliśmy strząsnąć z szat portalowy pył i wziąć sprawy w swoje ręce. Ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Cichy Podglądacz
Tyle było portali, a nic z siebie nie dali – czyli rozpustnych memuarów ciąg dalszy.

Jeden z ogierów poznanych przez podwodne ogłoszenia zabrał nas kiedyś na wycieczkę. To znaczy – on nas zabrał, a my pojechaliśmy na wycieczkę, ponieważ on jeździł "tak jak ten ze skrzynką – służbowo", a że akurat wypadło mu jechać w Sudety, to z ochotą załapaliśmy się na wypad razem z nim. Podczas gdy on zwiedzał służbowe placówki (jak nie przymierzając Ślimak), my przechadzaliśmy się po szlakach turystycznych, a na wieczór zatrzymaliśmy się w zacisznym Domu Pracy Twórczej (tak, tak – takie rzeczy nadal istnieją, i to nie tylko w Erze) pewnej Wielce Szacownej Instytucji. Nie pamiętamy już dokładnie, do czego wtedy doszło – do czegoś doszło z pewnością – ale pamiętamy, że spotkaliśmy się wtedy z parą jego znajomych.

Ogier zdążył później przepaść we mgle niepamięci, z parą spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie na różnorakie figle-migle, aż w końcu nasza znajomość przekształciła się w czysto towarzyską. Zanim jednak do tego doszło, za namową tejże pary zanurzyliśmy się w gęste środowisko perwersyjnych czatów na Polchacie...

Nomina sunt odiosa, jak mawiali rzymscy górale, zatem nie zamierzamy ujawniać nazw, imion ani nicków. Dość powiedzieć, że towarzystwo było liczne, barwne i zróżnicowane. Dzięki kontaktom polczatowym dostałem możliwość zrealizowania jednej z moich dawnych fantazji, będącej w pewnym sensie odwrotnym cuckoldem; był to pierwszy raz, kiedy tego spróbowałem, ale ze względu na fakt, iż Słodka bardzo to przeżyła, potencjalne powtórki odłożono na czas nieokreślony.

Tym jednak, co nas najbardziej zaskoczyło w czacie był wpływ dysproporcji między działaniem a klikaniem na to, co było wyklikiwane w polchatowym okienku. Oprócz finezyjnych flirtów, rubasznych żartów i wszelkich innych wesołych tematów, bardziej niż erotyką i seksem czat był przesiąknięty polityką. Pośród piętrowych intryg, fochów i słownej szermierki tworzyły się i upadały koterie, które nie miały żadnego – albo prawie żadnego – związku z ewentualnymi zabawami cielesnymi w większym gronie. W poszczególnych pokojach opowie szafowali kolorowymi nickami i "branżowymi" końcówkami, a bywalcy potrafili godzinami prowadzić rozmowy na temat wyższości pokoju, w którym przebywali, nad jakimkolwiek innym, przy czym urywki tych rozmów nierzadko przesączały się przez ściany dzięki wymianie prywatnych wiadomości. Było to dla nas niejakim szokiem – byliśmy młodzi, durni i naiwni; chcieliśmy się po prostu bzyknąć w większym gronie, a nie aspirować do chwiejnej loży masońskiej wątpliwego autoramentu.

Trzeba też jednak dodać, że udało nam się tam poznać ludzi, z którymi można było popuścić cugli fantazji. Pewnego dnia odwiedził nas jeden z poznanych na czacie dżentelmenów. Mieszkaliśmy wtedy u moich rodziców, którzy lekko oniemieli, kiedy w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna z fantazyjnym wąsem, w ekstrawaganckiej marynarce w kratę, z ogromnym bukietem, który natychmiast wręczył Słodkiej. Bukiet chyba jednak przeważył na korzyść i jakoś to przeszło... a kilka tygodni później złożyliśmy mu rewizytę, spędzając upojne chwile z nim i z jego małżonką. Wizyta owa tak nas nakręciła, że wracając pociągiem (dzieliło nas ładne 300 kilometrów) próbowaliśmy namówić współpasażera z przedziału na trójkącik; nie zdecydował się jednak na udział – poprzestał na przyglądaniu się nam... ciekawe, ile razy potem żałował :)

Innym razem z kolei wylądowaliśmy w łóżku z absolutną gwiazdą czatu, naczelnym rozpustnikiem i koneserem seksu grupowego... tylko po to, by po raz kolejny przekonać się, że "pies, co dużo szczeka, daje mało mleka". Słodka już wtedy wykazywała tendencje do bycia dominowaną i traktowaną cokolwiek brutalnie; dla naszego gwiazdora jednak ulubioną metodą poniżania kobiety było szczypanie jej. Konsumpcja znajomości czatowej odebrała jej urok, w dość przewrotny sposób przypominając znaczenie słowa wirtualny – "możliwy do zaistnienia w rzeczywistości, ale pozorny".

Koniec końców, ówczesny światek czatowy – pomimo swojego niekłamanego wdzięku, kipiącego humorem i skrzącego się niepowtarzalnymi indywidualnościami – poza licznymi godzinami filuternego klikania nie kojarzy nam się dzisiaj z niczym szczególnie ekscytującym, pomijając jedynie bardzo owocną znajomość z wyżej wspomnianą parą, dzięki której udało nam wziąć udział w kilku bardzo ciekawych przedsięwzięciach; ale to już zupełnie inna historia...
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry