• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Jak hartowała się stal

Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Chciałbym zacząć od kilku wyjaśnień, bo może dzięki temu łatwiej będzie czytać...
  • Czy to tylko opowiadanie, czy opis autentycznych wydarzeń? Jest to szczera prawda, natomiast z oczywistych względów nie jest to prawda cała. Nie ma tu działu "Doświadczenia", a w dziale "Seks" jest wszystko i nic, więc postanowiłem zamieścić to tutaj, choćby dlatego, że w tym dziale potencjalny odbiorca nie zostanie zaskoczony niespodziewaną objętością tekstu. Trochę dziwi mnie rozgraniczenie działów na opowiadania i fantazje, ale pobieżny rzut oka na ten drugi dział ujawnił, że te fantazje są bardzo zwięzłe, że się tak wyrażę, więc może faktycznie jest taka potrzeba
  • To jest chore, a ty jesteś zboczony! Dziękuję za głos w dyskusji. Proponuję nie czytać dalszego ciągu, bo będzie tylko gorzej.
  • Widziałem już to opowiadanie gdzie indziej. Możliwe, bo ja tam często bywam. Nawet nick się zgadza.


Wszystko zaczęło się od "poważnych" rozmów przed ślubem, podczas których moja - wtedy jeszcze - narzeczona zapragnęła usłyszeć o moich wcześniejszych podbojach. Znaliśmy się dość niedługo, aczkolwiek intensywnie, przy czym nie mam tu na myśli jedynie odkrywania wrażliwych obszarów naskórka, ale też odkrywania przed sobą nawzajem rozmaitych zakamarków umysłu i ducha. Dość powiedzieć, że ślub braliśmy dokładnie w drugą rocznicę naszego pierwszego spotkania, które było autentyczną i wzorcową realizacją chwytu rodem z taniego romansu - spotkali się przypadkiem na dworcu, jadąc w przeciwne strony; nic ich nigdy nie łączyło, ale siła miłości zatriumfowała i z tak nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności splótł się piękny związek.

Należy jednak podkreślić, że kiedy się poznawaliśmy, ja wracałem właśnie z wakacji, będących okresem obfitującym w wydarzenia cokolwiek osobliwe i nietuzinkowe, wśród których bez wahania należy wymienić burzliwą relację z pewną nimfomanką, obdarzoną wybujałą fantazją i zdecydowanym charakterem. Z perspektywy czasu sądzę, że nie tyle dysproporcja między naszymi wcześniejszymi doświadczeniami seksualnymi (3:0), co wyuzdana atmosfera mojej nadmorskiej przygody i fakt, że wydarzenia te miały miejsce stosunkowo niedawno, musiały wywrzeć ogromne wrażenie na moim Słoneczku.

Zatem podczas naszej rozmowy Słoneczko zwróciło się do mnie w te słowa:
- Jesteś moim pierwszym mężczyzną i nie mam poza Tobą żadnych doświadczeń. Nie potrafię sobie w tej chwili wyobrazić, żeby pociągał mnie inny mężczyzna - a jeśli nawet, to żeby pociągał mnie bardziej niż Ty. Ale co się stanie, jeśli pewnego dnia będę chciała spróbować z innym mężczyzną?
Zwróćmy uwagę, że przeciętny osobnik płci męskiej w takiej sytuacji uznałby zapewne, iż "za takie rzeczy należałoby bić po mordzie, Filipie Filipowiczu" - a już na pewno warto byłoby rozważyć, czy nie jest to moment, w którym ulotność narzeczeństwa można uznać za niepodważalnie słuszną tezę. Bo też jeśli panna jeszcze przed ślubem rozważa puszczenie się za kwestię jedynie czasu, to jak można wierzyć w jej przysięgi wierności, które wkrótce zamierza składać przed ołtarzem w obecności osoby stanu duchownego, a przynajmniej noszącej powłóczystą odzież?

Te i podobne myśli przelatywały mi przez głowę z wdziękiem pociągu pancernego "Feliks Dzierżyński". To mówiły emocje, te pierwotne i zakorzenione głęboko w genach. Rozsądek i zimna logika, zahartowane w wieloletnich bojach o tytuł osoby ze ścisłym wykształceniem podpowiadał jednak, że z drugiej strony - ja swoje wyszalałem przed ślubem, więc w celu zachowania symetrii należałoby dać niewieście pewne pole do popisu. Czy jednak nie byłaby to zdrada?
- Jest jeden warunek, kochanie: nie wolno Ci tego zrobić bez mojej zgody i wiedzy. Jeśli zrobisz to za moimi plecami, uznam to za zdradę. Wolę, żebyś była ze mną szczera, niż zachowywała jedynie pozory wierności.
- Naprawdę zgodziłbyś się na coś takiego?
W tym momencie poczułem coś dziwnego w podbrzuszu - jakieś drgnienie, jakby nagle znikąd pojawił się tam nieznany wcześniej nerw; nowe i obezwładniająco ciepłe uczucie, towarzyszące rzeczom, które nie są zwyczajnie przyjemne, ale też egzotyczne, czy wręcz perwersyjne.
- Zgodziłbym się nawet chętniej, gdybym był przy tym.
- Zgoda!

Po tych słowach temat legł w uśpieniu - niczym wąż grzechu, niespiesznie trawiący nową zdobycz. Myśl, dojrzała już w sierpniu, powoli obrastała w chęci, a te z kolei - zostały zerwane jesienią, kiedy będąc już po ślubie ustaliliśmy, że pomysł jest zbyt pikantny, żeby pozwolić mu zwietrzeć. Chęci powoli wzbierały słodyczą w syropie oczekiwania na właściwą okazję, a ta nadarzyła się wkrótce, bo już zimą. Na Sylwestra zaprosił nas do siebie nasz przyjaciel, zwany popularnie Rickiem; akurat wyszedł z wojska, będącego dla niego mrocznym okresem, nie miał dziewczyny i generalnie czuł się, jakby go przejechał autobus. Zjawiliśmy się u niego 30 grudnia, poszliśmy na spacer po mieście, wypiliśmy grzańca i wczesnym wieczorem wylądowaliśmy u niego w domu. Słodka wyciągnęła się na wersalce, prezentując nóżki w być może nieco zbyt śmiałej pozie, my tymczasem oddaliśmy się intensywnej dyskusji na tematy ogólno-komputerowe, wykorzystując obecność buzującego nieopodal na biurku peceta. Głębia i waga poruszanych zagadnień nie przeszkodziły jednak Rickowi w obserwowaniu Słodkiej, która uśmiechała się kusząco i kokietowała go zupełnie mimochodem.
- Słuchaj, powiedz coś swojej żonie, bo ja jestem wyposzczony po tym cholernym wojsku i za chwilę nie wytrzymam - oznajmił w końcu Rick.
- I co wtedy, rzucisz się na mnie? - uśmiechnęła się moja pani. - To lepiej chodź tutaj i usiądź przy mnie, będziesz miał bliżej do tego rzucania.

Całe to kuszenie, siadanie i rzucanie się skończyło się oczywiście w wiadomy i jedynie słuszny sposób. Muszę tu poprosić czytelników o wyrozumiałość, ale to było ponad dwanaście lat temu, więc lepiej pamiętam atmosferę niż szczegóły techniczne. Pamiętam tylko, że piczka Słodkiej była wręcz wypełniona niesamowicie gęstym nektarem - utkwił mi w pamięci widok członka Ricka, który opuszczał ją, ciągnąc za sobą przezroczyste cumy jej soków. A potem oczywiście uśmiech i błyszczące oczy Słodkiej - zadowolonej kotki, która nasyciła swoje żądze.

Oczywiście każdy, kto kiedykolwiek spróbował podobnych zabaw i był z nich zadowolony, będzie wiedział doskonale, że tych żądz nie da się nasycić:

Cytat:
It is the fire that lights itself
But it burns with a restless flame

ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Odczuwam ogromną pokusę, aby - niczym Tim Roth w "Czterech pokojach", które serdecznie polecam, bo to kawałek znakomitego kina i wszystko jest w nim świetne, także muzyka Combustible Edison, a przy tym pojawia się tam też pyszna historia o fantazjach prawie cuckold oraz kolejny dowód na to, że Tarantino nie powinien grać, bo staje się kabotynem - w każdym razie chciałoby się skip over the witches, czyli pominąć wiedźmy, ale w "Czterech pokojach" właśnie wiedźmy były najbardziej namiętne, a tu kusi perspektywa pominięcia różnych mniej lub bardziej traumatycznych, aczkolwiek w większości mdławych doświadczeń i przeskoczenia od razu do tego Najbardziej Odjechanego Ogiera, będącego obecnie głównie namiętnym wspomnieniem, a to z przyczyn dalece geograficznych (~1000 km).

Przygoda potoczyła się tak, jak zawsze - pikantna przekąska jedynie zaostrzyła apetyt i po jakimś czasie zaczęliśmy myśleć o powtórce. Na pierwszy ogień poszły rozmaitej maści portale - jakieś amorki i inne tego typu potworki. Efekt był mizerny - większość ogłoszeń sprowadzała się do oznajmienia w sposób mniej lub bardziej wysublimowany, iż "mam N lat, X centymetrów wzrostu i ochotę". Wydawałoby się, że w takiej populacji zadziała w końcu prawo wielkich liczb... ale nawet ono jest bezsilne wobec nikłego prawdopodobieństwa zdarzenia.

W końcu udało nam się jednak spod stosu mdłych i nijakich anonsów odkopać informację o tym, że ktoś uprzejmy i inteligentny - tak przynajmniej wynikało z treści - szuka pary do przeżycia przygody. Dosyć szybko udało nam się ustalić "czas i miejsce akcji", pozostało tylko doczekać się... Spotkaliśmy się w małym hotelu; czekał na nas On, mężczyzna przed czterdziestką, o wyglądzie raczej nie predestynującym do ról amantów - ale inteligentny, błyskotliwy i umiejący oczarować kobietę. To na pewno zaważyło, bo rozmowa przy kieliszku wina toczyła się gładko i dotyczyła seksu w sposób subtelny, bez natrętnego naprzykrzania się. Nie zapadła żadna decyzja o udaniu się do pokoju, wydarzenia następowały po sobie płynnie i bez przymusu. Dla nas, wówczas jeszcze bardzo młodych (przed trzydziestką), wszystko to było dziwne, niesamowite i ekscytujące; do tej pory spotykaliśmy się ze znajomymi raczej w schroniskach turystycznych (aczkolwiek też nie w celu uprawiania rozpusty w szerszym gronie), więc sam hotel już przydawał swoistej egzotyki...

Do dzisiaj nie wiemy, czy to my popełniliśmy jakiś błąd - zaczęliśmy bawić się tak, jak bawiliśmy się zazwyczaj, ciesząc się tym, że grono stało się nieco liczniejsze i nareszcie można było podzielić się radością z kimś innym - w każdym razie nasz ogier doznał niejakiej "niemożności" i już do rana nie udało mu się jej pokonać. Trzeba jednak przyznać, że był przy nas i wydaje nam się, że cieszył się naszymi zwariowanymi figlami - pamiętam, że użyłem naszych krawatów (tak, obaj byliśmy w garniturach - jak na maturze...) do skrępowania rąk Słodkiej i zawiązania jej oczu; potem pieściliśmy jej ciało, a ona drżała z rozkoszy, spotęgowanej niewiedzą o tym, kto w danej chwili odpowiedzialny jest za które dreszcze...

Znajomość nie miała dalszego ciągu - On odezwał się potem jeszcze raz czy dwa, komplementując Słodką, ale nie zaproponował spotkania, a i my nie wyszliśmy z żadną inicjatywą. Być może osądziliśmy go zbyt surowo, co mogło być wynikiem naszego braku doświadczenia; jednak chociaż spędziliśmy czas miło, nie była to sytuacja, do której mielibyśmy ochotę powrócić. Po nim pojawili się jacyś inni, z których część nie przyszła, część nie przeszła, a reszta mimowolnie udzieliła nam cennych wskazówek, takich jak choćby unikanie żonatych - bo nieoczekiwana wizyta w supermarkecie zaplanowana przez niczego nieświadomą małżonkę zawsze wygra z wcześniej umówionym spotkaniem. Poza niską średnią w statystykach nie zostawili jednak po sobie nic, co kazałoby nam ich dzisiaj pamiętać.

Po tych doświadczeniach zdecydowaliśmy strząsnąć z szat portalowy pył i wziąć sprawy w swoje ręce. Ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Tyle było portali, a nic z siebie nie dali – czyli rozpustnych memuarów ciąg dalszy.

Jeden z ogierów poznanych przez podwodne ogłoszenia zabrał nas kiedyś na wycieczkę. To znaczy – on nas zabrał, a my pojechaliśmy na wycieczkę, ponieważ on jeździł "tak jak ten ze skrzynką – służbowo", a że akurat wypadło mu jechać w Sudety, to z ochotą załapaliśmy się na wypad razem z nim. Podczas gdy on zwiedzał służbowe placówki (jak nie przymierzając Ślimak), my przechadzaliśmy się po szlakach turystycznych, a na wieczór zatrzymaliśmy się w zacisznym Domu Pracy Twórczej (tak, tak – takie rzeczy nadal istnieją, i to nie tylko w Erze) pewnej Wielce Szacownej Instytucji. Nie pamiętamy już dokładnie, do czego wtedy doszło – do czegoś doszło z pewnością – ale pamiętamy, że spotkaliśmy się wtedy z parą jego znajomych.

Ogier zdążył później przepaść we mgle niepamięci, z parą spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie na różnorakie figle-migle, aż w końcu nasza znajomość przekształciła się w czysto towarzyską. Zanim jednak do tego doszło, za namową tejże pary zanurzyliśmy się w gęste środowisko perwersyjnych czatów na Polchacie...

Nomina sunt odiosa, jak mawiali rzymscy górale, zatem nie zamierzamy ujawniać nazw, imion ani nicków. Dość powiedzieć, że towarzystwo było liczne, barwne i zróżnicowane. Dzięki kontaktom polczatowym dostałem możliwość zrealizowania jednej z moich dawnych fantazji, będącej w pewnym sensie odwrotnym cuckoldem; był to pierwszy raz, kiedy tego spróbowałem, ale ze względu na fakt, iż Słodka bardzo to przeżyła, potencjalne powtórki odłożono na czas nieokreślony.

Tym jednak, co nas najbardziej zaskoczyło w czacie był wpływ dysproporcji między działaniem a klikaniem na to, co było wyklikiwane w polchatowym okienku. Oprócz finezyjnych flirtów, rubasznych żartów i wszelkich innych wesołych tematów, bardziej niż erotyką i seksem czat był przesiąknięty polityką. Pośród piętrowych intryg, fochów i słownej szermierki tworzyły się i upadały koterie, które nie miały żadnego – albo prawie żadnego – związku z ewentualnymi zabawami cielesnymi w większym gronie. W poszczególnych pokojach opowie szafowali kolorowymi nickami i "branżowymi" końcówkami, a bywalcy potrafili godzinami prowadzić rozmowy na temat wyższości pokoju, w którym przebywali, nad jakimkolwiek innym, przy czym urywki tych rozmów nierzadko przesączały się przez ściany dzięki wymianie prywatnych wiadomości. Było to dla nas niejakim szokiem – byliśmy młodzi, durni i naiwni; chcieliśmy się po prostu bzyknąć w większym gronie, a nie aspirować do chwiejnej loży masońskiej wątpliwego autoramentu.

Trzeba też jednak dodać, że udało nam się tam poznać ludzi, z którymi można było popuścić cugli fantazji. Pewnego dnia odwiedził nas jeden z poznanych na czacie dżentelmenów. Mieszkaliśmy wtedy u moich rodziców, którzy lekko oniemieli, kiedy w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna z fantazyjnym wąsem, w ekstrawaganckiej marynarce w kratę, z ogromnym bukietem, który natychmiast wręczył Słodkiej. Bukiet chyba jednak przeważył na korzyść i jakoś to przeszło... a kilka tygodni później złożyliśmy mu rewizytę, spędzając upojne chwile z nim i z jego małżonką. Wizyta owa tak nas nakręciła, że wracając pociągiem (dzieliło nas ładne 300 kilometrów) próbowaliśmy namówić współpasażera z przedziału na trójkącik; nie zdecydował się jednak na udział – poprzestał na przyglądaniu się nam... ciekawe, ile razy potem żałował :)

Innym razem z kolei wylądowaliśmy w łóżku z absolutną gwiazdą czatu, naczelnym rozpustnikiem i koneserem seksu grupowego... tylko po to, by po raz kolejny przekonać się, że "pies, co dużo szczeka, daje mało mleka". Słodka już wtedy wykazywała tendencje do bycia dominowaną i traktowaną cokolwiek brutalnie; dla naszego gwiazdora jednak ulubioną metodą poniżania kobiety było szczypanie jej. Konsumpcja znajomości czatowej odebrała jej urok, w dość przewrotny sposób przypominając znaczenie słowa wirtualny – "możliwy do zaistnienia w rzeczywistości, ale pozorny".

Koniec końców, ówczesny światek czatowy – pomimo swojego niekłamanego wdzięku, kipiącego humorem i skrzącego się niepowtarzalnymi indywidualnościami – poza licznymi godzinami filuternego klikania nie kojarzy nam się dzisiaj z niczym szczególnie ekscytującym, pomijając jedynie bardzo owocną znajomość z wyżej wspomnianą parą, dzięki której udało nam wziąć udział w kilku bardzo ciekawych przedsięwzięciach; ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Swing, swing, skowroneczku mój,
gdzie się podział nienaganny urok twój?
Orgia ci się śni, lecz zamykasz drzwi,
a ja nie wiem po co...


Drzwi tak naprawdę nie było, co uczyniło sytuację jeszcze bardziej kuriozalną, ale zacznijmy od początku.

Zostaliśmy - dzięki wspomnianej parze - zaproszeni na udział w imprezie swingerskiej "w tak pięknych okolicznościach przyrody". Imprezie, dodajmy, związanej ze środowiskiem polczatowym. Ze względu na wspomniane okoliczności postanowiliśmy pochodzić trochę po pobliskich górach, ale reszta towarzystwa uznała to za zbędny hardkor, więc poszliśmy sami. Po powrocie upichciliśmy kolację, towarzystwo przebrało się i zeszło na dół w strojach mniej lub bardziej wieczorowych - np. Słodka prezentowała wariant seks-turystki: pończoszki, seksowne wdzianko na ramiączkach i zapinana bluza z polaru - takie są realia górskiej chatki...

Dodajmy jeszcze, że chatka składała się z dość obszernego salonu na dole, malutkiej kuchni i jeszcze mniejszej łazienki. Po schodach przypominających drabinę wchodziło się na poddasze, gdzie znajdowały się dwie turystyczne sypialnie, pozbawione drzwi.

W pewnym momencie - pod wieczór - wpadła do nas Wspomniana Para, która praktycznie zorganizowała całą tę imprezę. Jednak pomimo późnej pory jakoś się nie kleiło - był to standardowy wieczór przy szklaneczce, przy czym tematyka rozmów głównie dotyczyła tego, jak to kto zaszalał i z kim na poprzednich imprezach, plus standardowe ploteczki. Panowie nie kwapili się do żadnych akcji, każdy grzecznie siedział przy swojej pani, a w przypadku ewentualnych przetasowań towarzyskich (wyjście do toalety/po drinka/na papierosa) panie dbały o to, aby skutecznie chłodzić swoich panów spojrzeniami typu "misiu, waruj!".

Wspomniana Para - jako że mieszkała niedaleko - doszła do wniosku, że w takim razie czas na nich, a następnie udała się pogrążyć w domowych pieleszach, dochodząc do wniosku, że lepiej we własnym sosie, ale chociaż w sosie. W pewnym momencie rozmowa - jak to ujął nieoceniony Henry Miller - zaczęła smakować jak zimna jajecznica na oddziale onkologicznym, więc poskładaliśmy szklaneczki i udaliśmy się na górę.

Zgasło światło i tak naprawdę dopiero wtedy impreza się zaczęła.

Panowie po omacku wyciągnęli Viagrę (obie pary były od nas nieco starsze) - wiemy o tym, ponieważ nie porozumiewali się bynajmniej półgłosem, a nie omieszkali podzielić się tą informacją - a następnie zaczęły się igraszki. Poczuliśmy się cokolwiek dziwnie, bo niby powiedzieliśmy już sobie wszyscy sakramentalne "dobranoc"; nie czuliśmy się zupełnie na siłach dołączyć do zabawy, do której nas nie zaproszono (nie wiem, może nie znaliśmy się na polczatowym savoir-vivre?), a cała ta sytuacja wydała nam się mocno surrealistyczna. Był to chyba pierwszy i jedyny raz, gdy odgłosy uprawianego seksu nie wprawiły nas w podniecenie. Z tego powodu nie mogliśmy sami się kochać - obawialiśmy się też przekształcenia tego wydarzenia w jakiś Konkurs Piosenki Ekstatycznej - ani spać; chyba rozmawialiśmy, aczkolwiek trudno już dzisiaj stwierdzić, jako że pacjent wypiera z pamięci silne przeżycia. Pary nie certoliły się specjalnie, w szczególności panie, które dyszały, jęczały, stękały, a nawet piszczały. W końcu domek stał na uboczu, więc można sobie było pozwolić...

Następnego dnia rano - idąc w góry - widzieliśmy się ze Wspomnianą Parą, która z wypiekami na twarzy wypytywała nas, jak też udała się impreza. Wypieki szybko stały się czerstwe, kiedy usłyszeli naszą wersję, która zresztą nie różniła się wiele od tej opowiedzianej przez pozostałe dwie pary, z tym że pary dodały "mogli się przyłączyć, jak chcieli".

Wieczorem miało zjechać jeszcze więcej bywalców polczatu; dyskusje i plotki wybuchły ze zdwojoną siłą, ale około dziesiątej wieczorem większość bywalców pojechała do domu, względnie udała się na noclegi gdzie indziej. Tej nocy wszyscy spaliśmy spokojnie, a w niedzielę rano poszliśmy uroczym szlakiem w dół, na stację kolejową i wróciliśmy do domu.

Na szczęście udało nam się chociaż pochodzić po górach i spotkać ze Wspomnianą Parą, z którą jeszcze przez długie lata utrzymywaliśmy kontakt. Po tym wszystkim przestaliśmy bywać na polczacie, dochodząc do wniosku, że chyba po prostu nie tam jest nasze miejsce. Postanowiliśmy jednak zaistnieć w internecie na swój sposób, niejako na złość staremu przysłowiu, mówiącemu, że "szewc bez butów chodzi". Ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Będąc młodym programistą na rubieżach doszedłem do wniosku, że przecież nie święci garnki lepią i postanowiłem, że skoro ani na portalach randkowych, ani na czatach nie potrafimy znaleźć sobie miejsca, to musimy na własny użytek takie miejsce sobie stworzyć. Od słów do czynów (wtedy jeszcze mi się chciało...) zacząłem klepać kod i tak powstała strona mojego Słonka. Był tam blog, galeria z komentarzami i dwoma zastrzeżonymi poziomami dostępu do zdjęć... wszystko napisane ręcznie z miłości do mojej Małżowiny. Nawet administratorzy z ICMu nie dali rady włamać się do galerii, chociaż próbowali na różne sposoby (co ciekawsze - w godzinach pracy). Strona chodziła na "serwerze" ze starego biurkowego komputera Compaq, leżącego pod biurkiem i udającego router malutkiej sieci osiedlowej. Były to czasy Neostrady i dynamicznego DNSu - co oznacza, że przypominało nieco pionierskie czasy, kiedy każdy bardziej chciał, niż mógł i musiał.

Strona okazała się dużym sukcesem i postanowiliśmy ją zdjąć dopiero wtedy, kiedy wyjechałem do Hiszpanii - ktoś inny musiał przejąć kontrolę nad routerem, a zdjęcia na stronie należały do dość swobodnych.

Za największe (w tym czasie) osiągnięcie strony należy uznać poznanie Adama - a przynajmniej mężczyzny, który się tak przedstawiał. Mieszkał za granicą, w Polsce bywał raz na kilka miesięcy. Spotykaliśmy się z nim kilkakrotnie w hotelu i zawsze były to spotkania udane, pełne emocji, interesujących rozmów i śmiałych eksperymentów. Adam był dżentelmenem, chociaż potrafił zająć się kobietą w sposób zdecydowany, aczkolwiek nigdy brutalny. Pewnego dnia przestał odpowiadać na maile, a my nie naciskaliśmy... Być może już wtedy wiedział, że

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść
Niepokonanym
Wśród tandety lśniąc jak diament
Być zagadką, której nikt
Nie zdąży zgadnąć nim minie czas


Wśród miałkich, bezimiennych, pozbawionych twarzy i charakterów kutasów - Adam faktycznie był diamentem i zagadką. Nigdy nie próbowaliśmy jej rozwikłać, dowiedzieć się, kim jest naprawdę. Był magicznym momentem, pocztówką z innej rzeczywistości i pokazał nam, że są ludzie, którzy potrafią przeżywać seks w większym gronie jako fantastyczną przygodę, a nie tylko okazję do darmowego zaruchania.

Strona, jak się później okazało, miała jeszcze odpłacić nam za trud włożony w jej stworzenie i prowadzenie. To dzięki niej pojawił się w naszym życiu ktoś wyjątkowy - Ogier, Treser, Pan i Właściciel - spotkanie z którym było żelaznym punktem naszych wizyt w Polsce. Jeśli bowiem przyjąć, że kobieta jest instrumentem - a jest to metafora, która Słodkiej z pewnością by się spodobała, ponieważ niejako implikuje instrumentalne potraktowanie kobiety - to nasz Ogier (nazwijmy go z litewska Olgierdem) jest tego instrumentu wirtuozem i potrafi znakomicie grać ze słuchu oraz improwizować. I wreszcie to przy nim Słodka zasłużyła wreszcie na swój tytuł, który nosi z dumą, bo to On pierwszy ją tak nazwał - Sucz.

Ale to już zupełnie inna historia...
 
Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Olgierda poznałem w pracy i chociaż był tam zatrudniony w roli przedstawiciela handlowego, to jego artystyczny charakter wyraźnie przeczył jakimkolwiek stereotypom, związanym z tą profesją, wykonywaną zresztą przez niego li i jedynie dla chleba, ponieważ tym, co Olgierd lubił robić - i robił, uczestnicząc w rozmaitych niespecjalnie dochodowych przedsięwzięciach - było aktorstwo. Możliwe, że swoją pracę traktował po prostu jako wprawkę; nie mam właściwie pojęcia, jak dobrze ją wykonywał, nie to zresztą jest tu istotne.

Byłem wtedy dość zajęty prowadzeniem strony dla Słodkiej, co jakiś czas poświęcając wolne momenty w pracy na szlifowanie mojego "klejnotu" - bo przecież strona, sławiąca urodę i wdzięk mojej Małżonki nie mogła być byle jak posklecaną witryną. Prawdopodobnie któregoś dnia byłem z niej szczególnie zadowolony - do tego stopnia, że czułem niepohamowaną chęć pochwalenia się komuś, a w pobliżu byli tylko koledzy z pracy. Jeden z nich zauważył, że zdjęcia przedstawiają dosyć odważne pozy, na co odparłem, że Słodka jest piękną kobietą i nie musi się tego wstydzić, ani tym bardziej ukrywać; demonstrowanie tego piękna światu wydaje się wręcz słuszną ideą.

Spośród trzech panów, którzy brali udział w prezentacji, jedynie Olgierd wykazał większe zainteresowanie zdjęciami i wręcz nalegał, żebym przeklikał się przez galerię. Nie jestem pewien, czy zapisał sobie wtedy adres strony - albo czy mu go sam podałem. Czas zatarł szczegóły tamtego wydarzenia, bo nie zwróciłem wtedy na Olgierda szczególnej uwagi, zwłaszcza w kontekście naszych rozpustnych figli. Ponadto minęło kilka miesięcy, zanim zostałem niejako sprowokowany do sięgnięcia pamięcią tak daleko wstecz - do, wydawałoby się, nieistotnych rozmów w pracy. Pamiętam też jeszcze, że Słodka pojawiła się kiedyś u mnie w pracy, ubrana jak księżniczka - w krótką spódniczkę, czarne rajstopy i "perwersyjne kozaczki" (jak je ochrzcił jeden z moich kolegów), a także cudowny, długi, czarny płaszcz. Olgierd natychmiast pojawił się koło niej i bardzo umiejętnie ją emablował, co oczywiście spotkało się z ogromną aprobatą Słodkiej. Był to pierwszy raz, kiedy się nawzajem zobaczyli.

Tutaj drobna uwaga - od tego momentu na kartach historii pojawiać się będzie konopne ziele (którego zażywał już imć Zagłoba). Kogokolwiek razi obecność tej używki, powinien przestać czytać w tym momencie, albo zaakceptować fakt, że wspólnikiem Olgierda w jego niecnych planach była Maria Janina Konopnicka.

Zdążyłem zmienić miejsce pracy, zanim - po jakimś czasie - Olgierd zadzwonił do mnie i zaproponował mi, żebyśmy razem ze Słodką złożyli mu wizytę - mieszkał niedaleko, w małej miejscowości, położonej niedaleko znanego kompleksu pałacowego, który zawsze chcieliśmy zwiedzić, więc uzasadnienie dla wizyty już było. Szybko ustaliliśmy termin i pewnej słonecznej niedzieli udaliśmy się pociągiem na wycieczkę, a jak się później okazało - tak naprawdę na spotkanie Przeznaczenia. Droga wiodła przez piękny las, a że po pewnym czasie zapragnęliśmy odpocząć, zaczęliśmy rozglądać się za jakimś odpowiednim miejscem; na szczęście po chwili znaleźliśmy boczną dróżkę, prowadzącą nad pokryty rzęsą staw, obok którego znajdowały się pozbijane z solidnych pni stoły i ławy.

Usiedliśmy przy jednym z takich stołów, zaś Olgierd wyciągnął fajeczkę i całkiem obiecującą ilość zioła. Przyjemnie było zapalić na świeżym powietrzu i sycić zmysły słonecznym dniem na łonie Natury. Natura jednak, jak to zwykle bywa, jest dość kapryśną panią i czasami lubi o sobie przypominać w naglący sposób - tym razem przyszła kolej na Słodką, która udała się "za potrzebą", ale że nie chciało jej się przedzierać przez krzaki, odeszła jedynie na parę kroków i schowała się za drzewem. Kiedy jednak przybrała znaną narciarską pozycję, jej krągły tyłeczek kusząco wystawał zza drzewa w całej swej okazałości, czego nie zawahał się zauważyć Olgierd:
- Uj, co za piękna dupcia… jak ja bym ją chętnie dosiadł.
- To na co czekasz? - wypaliłem.

Był chyba naprawdę bardzo napalony, bo nie potrzebował już żadnej dodatkowej zachęty, ani nawet potwierdzenia. Kiedy Słodka wracała do stołu, Olgierd podszedł do niej, delikatnie ją objął i posadził na stole, a następnie zaczął pieścić wewnętrzną stronę jej ud. Trawka działała już na nas wszystkich, więc Słodka natychmiast osunęła się w odmęty przyjemności i minęła chwila, zanim zorientowała się, co właściwie się dzieje i kto jej dotyka. Wzdrygnęła się i odsunęła ręce Olgierda, który stropiony podszedł do mnie:
- Wygląda na to, że twojej żonie się to nie podoba.
- To spróbujmy jeszcze raz - odparłem i podszedłem razem z nim do stołu.

Tym razem były już cztery ręce i mój głos, który uspokajał Słodką. Zmasowany atak powiódł się na całej linii - po chwili kobieta była już roznamiętniona, a my nie musieliśmy zadowalać się wyłącznie udami. Po paru minutach pieściliśmy jej rozchyloną i wilgotną piczkę, a ona sama wzdychała i pojękiwała. W końcu rozgrzała się tak bardzo, że aż zeszła ze stołu, rozejrzała się nieprzytomnie, po czym oznajmiła nam nieobecnym głosem:
- Potrzebuję kutasa… pozwólcie mi possać kutasa…

Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać i już po chwili miała do dyspozycji dwa; trzeba przyznać, że potrafiła docenić naszą szczodrość i zajęła się nimi z dużą wprawą i takimż zaangażowaniem. Tego było jednak za mało, żeby zaspokoić pragnienia Olgierda - wszak wszystko zaczęło się od jego marzeń o tyłeczku Słodkiej. Chwilę sycił się jej piersiami, delektując się sposobem, w jaki była pieszczona jego męskość; jednak pragnienie, by ją w końcu posiąść - w prawdziwie samczy, zwierzęcy wręcz sposób - nie dawało mu spokoju. Wplótł palce dłoni w jej włosy, a następnie odchylił jej głowę do tyłu; czując, że ma nad nią władzę, pociągnął ją za włosy do góry. Słodka wstawała z klęczek, tocząc wkoło niewidzącym wzrokiem, bezwolna z podniecenia. Olgierd złapał ją za biodra, gwałtownie obrócił plecami do siebie, po czym zadarł do góry jej krótką spódniczkę. Uśmiech zwycięstwa rozjaśnił jego twarz - najpierw gdy głaskał jej pośladki, a następnie powoli, smakując każdą chwilę, zdejmował jej rajstopy. Kiedy zdjął jej majteczki, oczy rozbłysły mu dzikim pożądaniem - oto nareszcie miał przed sobą Słodką, opartą o stół, kusząco wypiętą, z nagim tyłeczkiem, wręcz proszącym o porządne rżnięcie. Jego oddech powoli zamieniał się w dyszenie, gdy w końcu wszedł w nią od tyłu, złapał za biodra i zaczął posuwać - z początku powoli, odkrywając wilgotne wnętrze jej piczki, ale jego ruchy szybko zamieniły się w gwałtowną, psią kopulację. Słodka pojękiwała w rytm jego pchnięć, zaś Olgierd kontrapunktował swoje ruchy namiętnym monologiem:
- Podoba Ci się to, suko… słyszę to… czuję to… lubisz się rżnąć… lubisz poznawać nowe kutasy i oddawać im się…

Takie traktowanie szalenie podnieciło moją małżonkę, a jej emocje udzieliły się również kochankowi, który - podniecony jej orgazmem - zadał jej jeszcze kilka pchnięć, a następnie gwałtownie wyjął swoją męskość z jej wilgotnego wnętrza i kilkoma ruchami ręki doprowadził do obfitego wytrysku, ozdabiając jej plecy i pośladki wielkimi kroplami gęstej spermy. Dla Słodkiej zawsze było to źródłem ogromnego podniecenia - mężczyzna oblewający jej ciało, a w szczególności piersi lub pośladki, swoim nasieniem; jednak jej szparki i usta prawie zawsze były dla mnie pułapką, z której nie mogłem wyjść, nie opłaciwszy najpierw daniny z mojej spermy. Olgierd najwyraźniej uznał, że wytrysk wypełniający jej piczkę mógłby być uczynkiem niegodnym dżentelmena i ostatkiem sił zdobył się na ucieczkę, a tym samym dał swojej kochance ogromną rozkosz. Możliwe, że bycie ozdabianą fontanną spermy było dla Słodkiej wyrazem aspiracji do archetypu kurwy z pornosa, z wdzięcznością przyjmującej wytryski swoich ujeżdżaczy.

Co ciekawe, kiedy ochłonęliśmy już po tym szaleństwie, nie stanowiło ono dla nas żadnego problemu. Nie pamiętam zbyt dobrze dalszej drogi - wiem tylko, że przebyliśmy ją w niezwykle miłej atmosferze; przez te godziny nie było tam męża czy żony, a jedynie troje ludzi, którzy czerpali ogromną przyjemność z dzielenia się swoją zmysłowością - czy to w formie fizycznego zbliżenia, które zapoczątkowało ten czas, czy też w formie rubasznych niekiedy żartów, kokietowania Słodkiej i naszych rąk, fruwających wokół niej niczym niecierpliwe kolibry.

Jak się okazało, nie było nam dane dotrzeć do pałacu. Postój w lesie zabrał nam trochę czasu, a późniejsza podróż była zbyt przyjemna, by się spieszyć. W pewnym momencie Olgierd oznajmił, że jesteśmy niestety dopiero w połowie drogi i nawet jeśli przyspieszymy kroku, osiągając zwyczajowe tempo turystyczne, nie mamy szans dotrzeć z powrotem do pociągu przed zmrokiem, nawet jeśli nasza wizyta w pałacu ograniczyłaby się tylko do obrzucenia pałacu pobieżnymi spojrzeniami, pozwalającymi skonstatować, iż nadal istnieje. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się na odwrót, uznając - jak myślę słusznie - że jakkolwiek nie udało nam się osiągnąć celu wycieczki, na brak wrażeń nie mogliśmy narzekać.

W drodze powrotnej żarty, kuszenie i pieszczoty nie ustawały, a wręcz przybierały na sile. Temat ponownego popasu nad stawem powracał niczym natrętny komar, lecz kiedy w końcu dotarliśmy do dróżki, nasze nadzieje legły w ruinie - przy stołach siedzieli jacyś inni turyści, zajęci niespiesznym spożywaniem podwieczorku. Nigdy jeszcze widok koszyka, termosu i kolorowych pudełek z kanapkami nie był tak bolesny. Postanowiliśmy iść dalej w kierunku stacji kolejowej, zrezygnowawszy z ponownej zabawy.

Tymczasem Olgierd wykazywał oznaki niezdrowego podniecenia. W końcu nie wytrzymał i złapawszy Słodką za rękę, warknął:
- Chodź do lasu, dziwko, weźmiemy cię tam jak zwykłą tirówkę.
Nie wiem, co w nie go wstąpiło, ale na pewno było to bardzo zaraźliwe - złapałem żonę za drugą rękę i zgodnie pociągnęliśmy ją w głąb lasu. Słodka była tak zaskoczona, że praktycznie nie stawiała żadnego oporu. Nie wiem, jak długo szliśmy - naszą intencją było ukrycie się przed spojrzeniami ewentualnych podglądaczy, ale jednocześnie trawiące nas pożądanie powodowało, że żal nam było każdej sekundy. Las nie był w tym miejscu szczególnie gęsty, nie musieliśmy więc przedzierać się przez zarośla, ale czas jaki minął, zanim straciliśmy z oczu drogę, wydawał nam się nieznośnie długi. W końcu Olgierd zatrzymał się i rzucił:
- Pochyl się.
Słodka niepewnie skłoniła głowę do przodu. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale nie mogłem już dłużej czekać - złapałem jej ręce w nadgarstkach i pociągnąłem je do góry, zmuszając moją żonę do pochylenia się tak nisko, aż jej głowa znalazła się przy moim kroczu. Olgierd tylko na to czekał - kilkoma ruchami zadarł jej spódniczkę i ściągnął rajstopy wraz z majtkami. Brutalnie rozszerzył jej pośladki, przejechał między nimi naprędce poślinionym palcem, a następnie przyłożył kutasa do odbytu Słodkiej. Zanim zdążyła zareagować, wpił palce w jej biodra i pchnął; z ust mojej żony wydobył się głośny jęk, prawie krzyk. Niewiele myśląc złączyłem jej ręce na plecach, dzięki czemu mogłem objąć oba nadgarstki palcami jednej dłoni.
- Zaczekaj chwilę, tę sukę słychać w całym lesie - powiedziałem, rozpinając rozporek. - Otwórz usta - rozkazałem naszej ofierze, a kiedy ta posłusznie spełniła polecenie, wsunąłem się głęboko, aż do gardła. Teraz mogliśmy spokojnie dać upust swojemu podnieceniu, które ponownie przybrało rozmiar i charakter zwierzęcego popędu. Czytelnikom może się to wydać ohydne, ale rozkosz, płynąca z oddania się impulsom o takiej skali, jest trudna do opisania. Słodka pokornie przyjmowała nasze ataki - zresztą nic innego jej nie pozostało, poza stłumionymi jękami. Z reguły nie jestem podatny na przyjemności seksu oralnego, ale tym razem sytuacja była niesamowicie podniecająca, w krótkim więc czasie z niewysłowioną ulgą wypełniłem nasieniem usta mojej żony. To chyba zainspirowało Olgierda, bo po chwili opuścił przytulną norkę między pośladkami Słodkiej, a następnie złapał ją za włosy i obrócił twarzą do siebie, aby po chwili spuścić się do jej ust, rozchylonych w jęku bólu i podniecenia.

Zadziwiająco szybko doprowadziliśmy się do ładu i porządku. Godzinę później siedzieliśmy już z żoną w pociągu, myśląc o świeżych wspomnieniach jak o śnie. Wydawało nam się, że to była jednorazowa przygoda, ale - jak się okazało - Olgierd miał się pojawić się w naszym życiu jeszcze nie raz.
 
Mężczyzna

ala_tom

Cichy Podglądacz
panie dbały o to, aby skutecznie chłodzić swoich panów spojrzeniami typu "misiu, waruj!".

Wspomniana Para - jako że mieszkała niedaleko - doszła do wniosku, że w takim razie czas na nich, a następnie udała się pogrążyć w domowych pieleszach, dochodząc do wniosku, że lepiej we własnym sosie, ale chociaż w sosie. W pewnym momencie rozmowa - jak to ujął nieoceniony Henry Miller - zaczęła smakować jak zimna jajecznica na oddziale onkologicznym, więc poskładaliśmy szklaneczki i udaliśmy się na górę.
@bsquare pozdrawiamy Was :)
 
Ostatnia edycja:

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry