• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Jak dorosła kobieta od pewności siebie stała się zawstydzoną dziewczyną.

Kobieta

julita38

Nowicjusz
Tylko szum morza, ciepły wiatr i to późnowrześniowe słońce, które na greckiej wyspie wciąż jeszcze umiało być łagodne i intensywne jednocześnie. Plaża była mała, kameralna – jasny piasek poprzetykany drobnymi, gładkimi kamykami, które przyjemnie nagrzewały się pod stopami. Woda leżała blisko, turkusowa i spokojna.

Monika rozłożyła ręcznik i na chwilę stanęła, zanim się położyła. Miała trzydzieści osiem lat. Szczupła, z ciemnymi, krótkimi włosami, które wiatr unosił jej na kark i skronie. Przed czterdziestką, a ciało wciąż było lekkie, smukłe, bez zbędnej miękkości. Niewielkie piersi, wąskie biodra, długie nogi. Skóra już zdążyła złapać pierwszy, złotawy odcień.
Przyjechała z mężem. Na plażę wybrała się sama.

Położyła się na plecach, przymknęła oczy. Słońce osiadało na niej powoli, ciepło wnikało głębiej, niż się spodziewała. Czuła każdy centymetr skóry – ramiona, brzuch, wewnętrzną stronę ud. Kostium kąpielowy przylegał cienko, prawie nieobecny. Oddychała równo. Nie myślała o niczym konkretnym. Albo raczej starała się nie myśleć.

Wiatr przesunął jej włosy. Gdzieś daleko mewa. Poza tym cisza.
I to dziwne, ciche poczucie, że jest tu tylko ona, słońce i własne ciało, które nagle stało się bardziej obecne niż zwykle.

Rozejrzała się powoli, prawie nie unosząc głowy.
Plaża była nadal pusta. Ani jednej sylwetki na horyzoncie, tylko linia skał po lewej i spokojne, powtarzalne oddychanie morza. Wtedy dopiero pozwoliła sobie na ten gest. Uniosła się trochę, sięgnęła do pleców i rozpięła stanik. Zsunął się łatwo. Odkładając go obok, poczuła, jak powietrze od razu zmienia wszystko.

Jej piersi były niewielkie, zgrabne, jeszcze twarde. Skóra jaśniejsza niż reszta ciała, delikatna, z ledwie zaznaczoną różowością wokół sutków. Te, wystawione nagle na słońce i wiatr, ściągnęły się prawie natychmiast. Leżała tak dłuższą chwilę, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Promienie kładły się na niej bezpośrednio — ciepłe, równe, bez tkaniny, która do tej pory je osłaniała. To było inne ciepło. Bardziej osobiste. Jakby ktoś bardzo powoli, bardzo uważnie kładł dłoń właśnie tam.

Zapragnęła więcej.

Dłoń powędrowała niżej sama, najpierw niepewnie, potem już świadomie. Palce zahaczyły o brzeg majtek. Zsunęła je powoli, centymetr po centymetrze, aż materiał zsunął się z bioder i odsłonił to, co zwykle zostawało ukryte. Ciepłe powietrze i słońce dotknęły jej między udami. Czuła to wyraźnie — nagłość, lekki dreszcz i to dziwne, ciche rozluźnienie, jakby ciało od razu wiedziało, że właśnie o to chodziło.

Rozejrzała się jeszcze raz.

Nadal nikogo.

Dopiero wtedy zsunęła majtki całkiem. Odkładając je obok, na piasek, tuż przy ręczniku. Teraz leżała naga. Całkowicie. Słońce miało ją całą.

Przymknęła oczy i dopiero wtedy naprawdę to poczuła — tę dziwną, cichą swobodę, jakby ciało wreszcie przestało się przed nią chować.

Dłoń zsunęła się między nogi sama, bez decyzji. Palce najpierw otarły się o wilgotne wargi, a potem trafiły wyżej, dokładnie tam, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Łechtaczka była już mokra i lekko nabrzmiała od słońca i od tego, co działo się w niej od kilku minut. Palec osiadł na niej wprost. Nie obok. Na niej.

Zatrzymała się na sekundę, czując pod opuszką to małe, twarde, pulsujące miejsce. Potem zaczęła krążyć. Powoli, dookoła napletka, potem odrobinę ciaśniej, muskając sam czubek. Za każdym okrążeniem łechtaczka robiła się wyraźniejsza, bardziej obecna, jakby wychodziła naprzeciw palcowi. Była śliska od własnej wilgoci, ciepła, wrażliwa aż do dreszczu.

Leżała naga w słońcu i oddawała się dwóm rzeczom naraz: ciepłu na skórze i temu równomiernemu, uporczywemu dotykaniu własnej łechtaczki. Oddech się zmienił. Biodra pozostały prawie nieruchome, ale całe napięcie schodziło teraz w to jedno miejsce pod palcem.

Nagle usłyszała głosy.

Nie od razu zrozumiała słowa — najpierw doszedł tylko dźwięk, ludzki, zbyt bliski jak na tę pustą plażę. Serce podskoczyło. Przerwała natychmiast. Dłoń oderwała się od ciała, jakby sama się jej wyparła. Chwyciła ręcznik i szybko przeciągnęła go przez biodra, przykrywając to, co jeszcze przed chwilą było wystawione na słońce. Między nogami zostało mokre ciepło i niedokończone napięcie.

Obejrzała się.

W oddali szła para. Dość młoda. On i ona, w kostiumach, z ręcznikami pod pachą, śmiejący się o coś cicho. Monika leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach i piersiami nadal nagimi. Stanik leżał obok, w zasięgu ręki. Mogła go założyć. Nie założyła.

Sama nie rozumiała, dlaczego. Może naprawdę chciała, żeby ktoś to zobaczył. Albo tylko nie zdążyła się zdecydować, a teraz było już za późno, żeby ten gest nie wyglądał na ucieczkę.
Para zbliżała się właśnie do jedynego miejsca, gdzie piasku było więcej niż kamieni. Tego samego, które wybrała ona. Rozłożyli ręczniki nieopodal. Na tyle blisko, że słyszała już ich głosy wyraźniej, szelest materiału, odgłos butelki odstawianej na piasek.

Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła na piersiach słońce i nagle także ich obecność. Ręcznik krył dół ciała. Górę zostawiła odsłoniętą. Leżała tak, jakby nic się nie stało — tylko serce biło trochę za głośno, a pod ręcznikiem wciąż jeszcze pamiętała ruch własnego palca.

Dziewczyna usiadła jeszcze na chwilę obok niego. Coś do niego mówiła, ściszonym głosem, i śmiała się krótko, odchylając głowę. On odpowiadał, ale już nie całkiem przy niej. Monika słyszała tylko strzępy — że woda wygląda dobrze, że nie zostaną długo. Potem dziewczyna wstała, poprawiła ramiączka kostiumu i poszła w stronę morza. Jej kroki zagubiły się w piasku. Weszła do wody bez pośpiechu i wkrótce została tylko ciemną głową na tle słońca.
Zostali we dwoje.

On usiadł, opierając się na rękach, i przez chwilę naprawdę patrzył przed siebie. Potem wzrok ześlizgnął mu się w bok. Szybko. Jakby przypadkiem. Na jej piersi. Niewielkie, nagie, nadal wystawione na światło. Sutki były ciemniejsze na rozgrzanej skórze i zbyt wyraźne, żeby dało się je przeoczyć. Odwrócił oczy. Po kilku sekundach wrócił.
Monika to widziała.

Leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach, i czuła, jak to spojrzenie osiada na niej fizycznie. Miał może dwadzieścia dwa lata. Prawie chłopak. A patrzył na nią tak, jakby nie potrafił przestać. Wstyd przyszedł pierwszy. Zaraz za nim coś cieplejszego, gęstszego. Podniecenie wróciło nagle, ostro, jakby to, co przed chwilą robiła sama, wcale się nie skończyło, tylko czekało na świadka.

Pozwoliła sobie na więcej.

Przesunęła się trochę, niby szukając wygodniejszej pozycji. Ręcznik zsunął się z bioder nie od razu, tylko leniwie, jakby sam nie wiedział, czy jeszcze ma ją zasłaniać. Przytrzymała go palcami — za krótko. Materiał odsłonił najpierw linię brzucha, potem ciemniejszy ślad skóry między udami. Nie zasłoniła się. Uda rozchyliły się odrobinę, wystarczająco, żeby w pełnym świetle widać było jej nagą cipkę: wąskie wargi, wilgotny, różowy środek i łechtaczkę, która po tym wszystkim wciąż była wyraźna, trochę nabrzmiała, błyszcząca.
On patrzył.

Tym razem już nie udawał, że to przypadek. Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła jego wzrok tam, gdzie przed chwilą miała własny palec. I nic nie zrobiła, żeby mu to odebrać.

Monika otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
Najpierw w twarz. Potem niżej. Bez pośpiechu, prawie ciekawie, jakby miała do tego prawo. Kostium nie ukrywał już nic. Pod cienkim materiałem było widać, że mu stwardniało — wyraźnie, napięte, trochę nieporadne w tej nagłej twardej linii.
Uśmiechnęła się.

— Wiesz, że ci stwardniał?

Chłopak wzdrygnął się, jakby dopiero teraz sam to poczuł. Dłoń poszła w dół odruchowo, niezdarnie, zasłaniając to, czego i tak nie dało się już schować. Odwrócił wzrok, potem znów na nią, czerwony aż po szyję.

— Przepraszam. Nie chciałem się tak na panią patrzeć. Jakoś… samo wyszło.
Monika nie zasłoniła się. Ręcznik leżał tam, gdzie go zostawiła, a ona nadal była odsłonięta — piersi na słońcu, między udami wilgotna, gładka skóra, którą on przed chwilą tak długo ogarniał wzrokiem.

— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Naprawdę.

Chwilę milczeli. W wodzie Ania odwróciła się plecami, płynąc dalej.

— Jak masz na imię?
— Marek.
— A twoja dziewczyna?
— Ania.

Imię padło między nimi za zwyczajnie, jakby nie leżeli kilka metrów od siebie w takiej pozycji, w jakiej leżeli. Monika przygryzła lekko wargę. Palce poprawiły ręcznik tylko po to, żeby nic nie poprawić. Spojrzała na niego znowu.

— Podoba ci się moje ciało?

Marek przełknął ślinę. Kiwnął głową, zanim zdążył się opanować.
— Bardzo.

Urwał, jakby szukał bezpieczniejszego zdania. Nie znalazł.

— Najbardziej… ta wydepilowana cipka. I piersi. Że nie za duże. W sam raz.

Powiedział to ciszej niż resztę, prawie wstydząc się własnych słów. Monika nie odwróciła wzroku. Słońce było ciepłe, Ania daleko, a to zdanie zostało między nimi na piasku, nagie jak ona.

Monika usiadła najpierw, jakby jeszcze się wahała. Potem wstała.
Ręcznik odłożyła obok, powoli, bez pośpiechu. Nie zasłoniła się ręką. Nie odwróciła się bokiem. Stanęła tak, jak stała — naga, na piasku, w pełnym świetle — i przez chwilę po prostu dała mu na siebie popatrzeć. Szczupłe ciało, niewielkie piersi, ciemne krótkie włosy rozrzucone od wiatru, gładkie, wydepilowane miejsce między udami. Zrobiła to z całą świadomością. I z przyjemnością, która była już wyraźna: w oddechu, w ustach, w tym, że nie spieszyła się, żeby znowu usiąść.

Uśmiechnęła się.

— A twoja dziewczyna co na to, że podobają ci się takie stare laski?
Marek spuścił wzrok, potem znów go podniósł, jakby nie umiał wybrać. Przesunął się na ręczniku, zawstydzony, ale nie na tyle, żeby odwrócić twarz.

— Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Ania raczej nie jest jakoś wyjątkowo zazdrosna. Ale o panią… pewnie by była. Nie lubi, jak patrzę na piękne kobiety.

Monika podeszła o krok bliżej słońca. Odwróciła ramiona tak, żeby światło padło na nią wprost — na piersi, na brzuch, na mokrą jeszcze, gładką cipkę. Skóra zabłysnęła. Wszystko stało się ostrzejsze.

— Nie mów do mnie pani — poprawiła go cicho.

Monika stała nadal naga, zwrócona do słońca, i nawet nie udawała, że nie widzi, gdzie ma wzrok.

— Myślisz, że jak twoja dziewczyna wróci, będzie jej przeszkadzać, że opalam się nago?

Marek odpowiedział nie od razu. Ciągle był zapatrzony w jej ciało — w piersi, w wąską talię, w gładką, odsłoniętą cipkę, która w tym świetle wydawała się jeszcze bardziej naga.

— Raczej nie. Byliśmy już na plaży nudystów.

Uśmiechnęła się kątem ust. Skinęła brodą w dół, tam, gdzie on wciąż trzymał dłoń.

— A ty nie zasłaniaj się tak ręką. I tak widzę, że ci stoi. To naturalna reakcja. Nie masz się czego wstydzić.

Zrobiła mały krok, nie za blisko, tylko na tyle, żeby jej głos stał się bardziej prywatny.

— Póki jesteśmy sami… pokaż, co tam masz.

Marek uniósł na nią oczy, zmieszany.
— Jak to?
— Po prostu. Majtki w dół i pokaż mi go.

Przez chwilę nic nie zrobił. Oddychał płycej, jakby ciało już się zgodziło, a on jeszcze nie. Potem wsunął kciuki pod gumkę kąpielówek i zsunął je w dół.

Od razu, bez tkaniny, która go do tej pory przytrzymywała, wyskoczył duży, naprężony penis. Był obrzezany — żołądź całkiem odsłonięta, gładka, ciemniejsza od reszty, nabrzmiała i błyszcząca. Trzon gruby, napięty, z wyraźną żyłką po stronie, pulsuje trochę od tego, jak mocno stał. Skóra na nim była cienka, obcisła, bez fałdu, który mógłby cokolwiek schować. Cały był mokry. Nie od wody. Od niego. Przezroczysta, gęsta wilgoć zebrała się już na czubku i spłynęła cienką nitką w dół, aż po napięty trzon. Wisiorek cienia kładł mu się na udzie. Stał twardo, prawie pionowo, zbyt wyraźny jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował się zasłaniać.

Monika spojrzała na to bez pośpiechu. Uśmiechnęła się.

— O… jesteś obrzezany. Jak ładnie.

Marek przełknął ślinę. Kąpielówki zostały w połowie ud, a on nie wiedział, czy je podciągnąć, czy zostawić.

— Z jakiej to okazji?

— Na prośbę Ani — powiedział ciszej. — Podobają jej się obrzezani.

Monika potaknęła powoli. Wzrok miała nadal tam, na mokrej, odsłoniętej żołędzi, która błyszczała w słońcu.

— Mnie też.

Monika stanęła przed nim. Blisko. Naga, spokojna, jakby to on był teraz wystawiony, nie ona. Marek wciąż miał kąpielówki w dole ud, a penis — twardy, obrzezany, mokry na czubku — trzymał się między nimi zbyt wyraźnie, żeby dało się udawać, że rozmawiają o pogodzie.

— Skoro Ania wymagała od ciebie obrzezania — powiedziała cicho, prawie zwyczajnym głosem — to regularnie ci obciąga?

Zamrugał. Otworzył usta i zamknął je z powrotem.

— Dwa, trzy razy w miesiącu.

Monika skinęła lekko, jakby zapisywała to sobie w głowie.

— A pozwala ci wchodzić w dupkę?

Tym razem poczerwieniał już wyraźnie. Spojrzał przez ramię, ku wodzie, ale Ania była jeszcze daleko.

— Nie. Niestety się nie zdarza.

Westchnęła, krótko, z uśmiechem, który nie był do końca życzliwy.

— Szkoda. Takim atrakcyjnym facetom to najintymniejsze miejsce kobiety powinno się należeć.

Nie zdążył odpowiedzieć. Z wody dobiegł plusk, potem głos — nie słowa jeszcze, tylko dźwięk, że ktoś wraca. Oboje odwrócili głowy.

Ania szła ku nim powoli. Mokry kostium przylegał do niej ciemniej, cięższy od wody, włosy sklejone, sylwetka coraz wyraźniejsza na tle słońca.
Marek poruszył się pierwszy. Szarpnął kąpielówki w górę, za szybko, prawie nieporadnie, wciskając twardego jeszcze penisa pod materiał. Tkanina stanęła mu nienaturalnie. Odwrócił się trochę bokiem, jakby to mogło pomóc.

Monika schyliła się po ręcznik. Nie ubrała się. Przepasała nim tylko uda, ciasno, na tyle, żeby zasłonić to, czego Ania nie powinna zobaczyć od razu. Piersi zostawiła nagie. Stanęła tak, jakby od początku tylko opalała się nago i nic więcej.

Ania podeszła bliżej. Uśmiechnęła się najpierw do Marka, potem dopiero spojrzała na kobietę obok.

— To Monika — powiedział Marek za szybko, zanim ktoś zdążył zapytać. — Rozmawialiśmy. Wszyscy z Polski.

Ania uniosła brwi, jeszcze przyjazna, jeszcze nic nie wiedząc.

— A o czym?
— O wakacjach — skłamał. — O urlopie. Że wrzesień jest lepszy niż sierpień.

Monika uśmiechnęła się lekko, poprawiając ręcznik na udach.

Ania stała mokra, jeszcze z morza. Długie włosy ciemniały od wody i kleiły się do ramion, do obojczyków, do pleców. Kostium był cienki i obcisły, ciemny, i po kąpieli przylegał do niej jak druga skóra — do małych, zgrabnych piersi, do płaskiego brzucha, do bioder. Tuż pod piersiami, prawie na żebrach, miała mały tatuaż. Niewielki, ciemny, jeszcze błyszczący od wody. Wyglądała młodo. Pewnie. Jak ktoś, kto nie musi się tłumaczyć z własnego ciała.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział.

Cisza była niezręczna, gęsta, za długa na zwykłe przedstawienie przy plaży.
To Ania odezwała się pierwsza. Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała uważne.

— A ten ręcznik to w jakim celu pani na siebie założyła? Czyżby się pani mnie krępowała?
Monika zamarła.

Pytanie było proste. I przez to gorsze. Poczuła ciepło na twarzy, nagle, jakby ktoś odsłonił nie ciało, tylko ją. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy zaprzeczyć, czy w ogóle coś powiedzieć. Marek stał obok i milczał za głośno.

— Nie… — zaczęła i urwała.

Potem zrobiła to, czego sama od siebie nie oczekiwała. Chwyciła ręcznik, zsunęła go z ud i rzuciła na piasek. Została znowu naga. Całkiem. W słońcu, przed nimi obojgiem.

— Nie chciałam się zbytnio obnażać publicznie — powiedziała.

Głos miała równy. Prawie. W środku było inaczej. Czuła się skrępowana aż do gardła. Że taka młoda siksa potrafiła ją zawstydzić. Że to ona, starsza, pewniejsza jeszcze przed chwilą, teraz stoi rozebrana nie dlatego, że sama tak chciała, tylko dlatego, że tamta ją do tego zmusiła jednym zdaniem.

Ania spojrzała na nią spokojnie. Na piersi. Niżej. Potem znowu w twarz.

Nie spieszyła się. Słońce schło jej na ramionach, mokry kostium ciemniał, a ona stała tak, jakby miała do tego ciała więcej prawa niż sama Monika.

Potem raptem padło pytanie.

— Znam takie osoby jak pani. Podnieca was nagość. To, że ktoś patrzy. I do tego jeszcze to uczucie zawstydzenia i skrępowania. Czy nie mam racji?

Monika otworzyła usta i nic z nich nie wyszło.

Serce uderzyło mocniej, głupio, jak u przyłapanej. Chciała zaprzeczyć. Albo się zaśmiać. Albo powiedzieć, że to nie tak. Ale Ania patrzyła za uważnie, a Marek stał obok i słyszał każde słowo. Wstyd wszedł jej pod skórę głębiej niż słońce.

Skinęła głową. Lekko. Prawie niechętnie.

— Tak.

To było wszystko, co zdołała z siebie wydusić. Jedno słowo, ciche, zawstydzone, i nagle cała jej nagość przestała być tylko ciałem na plaży. Stała się odpowiedzią.

CDN
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Ania przyjrzała się jej jeszcze chwilę, jakby odmierzała, ile z tamtej „pani” zostało po jednym tak. Potem pokręciła głową z lekkim uśmiechem.

— Skoro tak łatwo się rozebrałaś na pokaz, nie wypada, żebym zwracała się do ciebie per pani.
Powiedziała to spokojnie. Bez złośliwości na głos. Tym gorzej.

— Obróć się. Stań tyłem. Chętnie popatrzymy.

Monika drgnęła. Przez sekundę wyglądała, jakby nie dosłyszała. Potem zrobiła to. Obróciła się na piasku i stanęła do nich plecami. Ramiona miała sztywne, łopatki uniesione, krótkie ciemne włosy odsłaniały kark. Od tyłu było widać całą jej szczupłość: wąską talię, równe linie pleców, zgrabne, napięte pośladki, długie nogi. Nic się nie trzęsło. Nic nie prosiło. A jednak stała tak, bo jej kazano.

Ania przez chwilę nic nie mówiła. Potem odezwała się już do Marka, ciszej, ale na tyle wyraźnie, żeby Monika słyszała każde słowo.

— Ładny tyłek. Na trzydzieści osiem lat aż za ładny. I te plecy. Nie wygląda, jakby miała się wstydzić, a stoi jak uczennica.

Marek milczał. Ania spojrzała w dół, na jego kąpielówki, i uniosła brew.
— Serio?

Głos miała rozbawiony, ale ostry.

— Wracałam z wody, a tobie znowu stanął. Na nią. Na kobietę, która mogłaby być ci ciotką. Nie na mnie. Stoisz przy swojej dziewczynie i twardniejesz, bo starsza pani pokazała ci cipkę na plaży.
Marek przesunął się, zawstydzony.

— Ania…
— Nic. Widziałam.

Obejęła wzrokiem nagie plecy Moniki jeszcze raz, wolniej.

— No i co, podoba ci się od tyłu też? Bo mnie akurat tak. Taka grzeczna, a rozbiera się dla obcych. Tylko nie udawaj, że ci nie stanęło. Stoi ci na nią, nawet jak patrzy w drugą stronę.
Monika zacisnęła palce. Słyszała to wszystko tyłem. Słońce miało ją na karku, na pośladkach, na zgięciach kolan. Nie odwróciła głowy. Została tak, jak Ania kazała — naga, odwrócona, słuchająca, jak młodsza dziewczyna i jej chłopak omawiają ją kawałek po kawałku, a wstyd spływał jej po plecach cieplej niż powietrze.

— Stań przodem.

Monika odwróciła się. Wolniej niż przed chwilą. Stanęła naga, twarzą do nich. Słońce padło jej prosto na piersi, na brzuch i niżej, na gładką, odsłoniętą cipkę. Nie wiedziała, gdzie podziać oczy, więc zostawiła je nisko, gdzieś przy piasku.

Ania skinęła palcem na Marka.

Wstał niepewnie. Stanął obok niej, za blisko Moniki jak na kogoś, kto przyszedł tu z własną dziewczyną. Ania najpierw nawet na niego nie spojrzała. Wsunęła tylko dwa palce pod gumkę jego kąpielówek i sprawdziła, jak mocno materiał obciąga mu krocze.

Potem ściągnęła mu je jednym ruchem.

Do samego dołu. Bez ostrzeżenia. Kąpielówki zjechały na kostki, a spod nich od razu wyskoczył twardy, wilgotny penis. Był obrzezany, gruby, z całkiem odsłoniętą żołędzią. Na czubku miał świeżą kroplę, która spływała po napiętym trzonie. Pulsował. Nie dało się tego schować.

Ania przytrzymała mu kąpielówki w dole ud, żeby nie mógł ich podciągnąć.

— Widzisz, jak na niego działasz — powiedziała do Moniki.

Głos miała spokojny, prawie jak przy zwykłej uwadze.

— Powinnaś się wstydzić. Chodzisz tu naga po plaży. Przed cudzym chłopakiem. Jeszcze takim młodym. Popatrz. Nawet go nie dotknęłaś, a stoi jak byk.

Marek zacisnął szczękę. Chciał się schylić i podciągnąć majtki. Ania nie puściła. Monika stała naprzeciwko i widziała wszystko za dokładnie: mokrą żołądź, napięcie, to, jak jego ciało reaguje na nią szybciej niż on sam. Wstyd wszedł jej pod skórę razem z gorącem. Nie dlatego, że była naga. Dlatego, że Ania pokazała jej ten penis jak dowód. I zostawiła ich tak — ją rozebraną słowem, jego rozebranego gestem — w pełnym słońcu.

Ania uśmiechnęła się. Nie szeroko. Tak, jakby Monika wreszcie potwierdziła coś, co ta już wiedziała.

— W życiu bym nie pomyślała, że spotkam uległą kobietę w twoim wieku. I to na plaży. I jeszcze nagą.

Poprawiła mokry kostium na ramieniu i skinęła brodą w stronę piasku.

— Przynieś mi twoje ubrania. I ręcznik.
Monika poczuła, jak wszystko w niej się spina. Chciała powiedzieć dość. Schylić się po ręcznik, owinąć biodra, skończyć to, zanim zajdzie dalej. Zamiast tego pochyliła się. Zebrała stanik, majtki, ręcznik. Piasek osypał się jej z materiału na stopy. Podeszła i podała to Ani milcząc, jakby sama nie wierzyła, że to robi.

Ania włożyła wszystko do plażowej torby. Zapięła ją bez pośpiechu.

— Na razie nie będą ci potrzebne.

Potem stanęła trochę z tyłu za Markiem. Objęła go ramieniem, a drugą ręką sięgnęła w dół. Wzięła jego penisa w dłoń. Powoli. Pewnie. Palce zamknęły się na wilgotnym, naprężonym trzonie i zaczęły iść w górę i w dół, leniwie, jakby pokazywała Monice, do kogo to należy. Marek wciągnął powietrze. Ania nawet na niego nie spojrzała.

Patrzyła na Monikę.

— Wiesz, jak nazywa się takie zachowanie jak twoje?

Monika pokręciła głową. Głos miała cieńszy niż przed chwilą.

— Nie wiem.

— Uległa dziwka. Tak się zachowujesz.

Ręka Ani nie przyspieszyła. Tylko zacisnęła się odrobinę ciaśniej na nim.

— Jestem ciekawa, jak daleko się posuniesz.
Monika otworzyła usta i nic nie przyszło. Stała naga, bez ręcznika, bez ubrań, naprzeciwko nich. Widziała, jak Ania masturbuje Marka jej widokiem. Wstyd i podniecenie siedziały w niej w tym samym miejscu.

— Chyba… dotarłam już do granicy — powiedziała cicho.
Ania zaśmiała się. Krótko. Prawie ciepło.

— Na pewno nie.

Ania nie zwolniła ręki. Palce ślizgały się po mokrym, obrzezanym penisie Marka wolno, równo, jakby miała na to cały wieczór.
— Obciągałaś kiedyś takiego obrzezanego?

Monika pokręciła głową.

— Nie.

— To nie jest takie łatwe — powiedziała Ania, nadal patrząc na nią, nie na niego. — Obrzezany jest mniej czuły. Trzeba dłużej. Pewniej. Nie wystarczy tylko polizać czubka i czekać, aż sam dojdzie.

Ścisnęła go mocniej przy żołędzi. Marek wciągnął powietrze.

— Teraz uklęknij przed nim. Ale go nie dotykaj. To mój facet. Nie twój.

W Monice uniósł się sprzeciw od razu. Ostry, gorący, prawie rozsądny. Miała męża. Miała jeszcze resztkę twarzy. Mogła się wyprostować, zażądać ubrań, odejść. Zamiast tego zgięły się jej kolana. Piasek wszedł jej pod skórę. Im bardziej czuła się uległa, tym bardziej było jej mokro. Klęknęła przed Markiem. Jego penis znalazł się blisko jej twarzy — ciepły, napięty, pachnący skórą i solą. Żołądź błyszczała tuż przy jej ustach. Nie dotknęła. Aż palce jej zadrżały od tego, że nie wolno.

— Wiem, że chciałabyś mu obciągnąć — spokojnie rzuciła Ania. — Bo jesteś wyjątkowo uległą dziwką. Ale na razie tylko obserwuj.
Przyspieszyła. Ręka chodziła już krócej, ciaśniej, mokrym dźwiękiem po naprężonym trzonie. Kropla spłynęła z czubka i zawisła, zanim spadła w piasek obok kolan Moniki.

— Masz kogoś?

Monika uniosła oczy. Głos miała nierówny.

— Męża.

— I jaki seks z nim uprawiasz?

Zawahała się. Ania nie zwolniła.

— Głównie klasyczny. Czasami mu obciągam. Czasami… daję w tyłek.
Ania uśmiechnęła się krótko, jakby dostała dokładnie to, czego chciała.

— Czyli nie taka święta.
Ręka na Marku poszła jeszcze szybciej. On zacisnął szczękę, biodra same drgnęły do przodu. Było widać, że już nie trenuje cierpliwości. Żyłka na trzonie nabrzmiała. Żołądź ściemniała, mokra, napięta do pęknięcia.

— Usta — powiedziała Ania. — I język na zewnątrz.

Monika pokręciła głową. Cienko.

— Nie…

— Rób, co mówię.

Otworzyła usta. Najpierw trochę. Potem szerzej. Język wyszedł sam, wilgotny, posłuszny wcześniej niż ona. Klęczała naga, z twarzą podstawioną, i nie dotykała go nawet oddechem za blisko. Ania szarpnęła Marka ostatnimi, krótkimi ruchami.
Doszedł z niskim, zdławionym dźwiękiem.

Gorąca sperma trysnęła mu z żołędzi prosto na usta Moniki. Potem na język. Potem wyżej, na policzek, na brzeg warg. Gruba, ciepła, słona. Nikogo nie dotknęła. Ani jego skóra nie starła się z jej skórą. Tylko to, co z niego wyszło, osiadło na niej jak znak. Kolejny strumień spadł jej na brodę i spłynął powoli po języku, gęsty, ciągnący się. Kapało jej z wargi na piersi.
Stała tak — klęczała — z twarzą oblepioną, z nasieniem na języku, i nie wiedziała, czy ma się odsunąć, czy przełknąć sama.

Ania nie dała jej tego wyboru.

— Połknij.

Monika zamknęła oczy. W środku było nie. Ostre, wyraźne nie. I i tak zebrała język. Ciepłe, słone, obce weszło jej do gardła. Przełknęła. Raz. Potem drugi, bo na wardze została jeszcze smuga i Ania patrzyła. Wstyd uderzył ją mocniej niż smak. A pod tym wstydem, nisko, między nagimi udami, ciało odpowiedziało tak głośno, że przez chwilę bała się, że Ania to też zobaczy.

Ania nie podała jej ręcznika. Nawet nie pozwoliła jej zetrzeć twarzy. Sperma lśniła Monice na wardze i na policzku, ciepła jeszcze, gęsta.

— Opisz.

Monika uniosła na nią oczy, wciąż na kolanach.

— Co?

— Smak. I to, co teraz czujesz. Szczerze.

Milczała chwilę. Język miała ciężki, obcy. Sperma zostawiła na nim słony, gorzki, ciepły ślad. Nie był to smak, który dało się pomylić z czymkolwiek innym. Gęsty. Lekko metaliczny. Taki, który zostaje pod podniebieniem i nie chce zejść razem z jednym przełknięciem.

— Jest słona — powiedziała cicho. — I ciepła. Gęstsza, niż myślałam. Czułam ją na języku, zanim ją połknęłam. Potem w gardle. Nadal ją czuję.
Ania czekała. Palce miała jeszcze na więdnącym, mokrym penisie Marka, ale wzrok tylko na Monice.

— A ty? Nie smak. Ty.
Monika wciągnęła powietrze. Chciała powiedzieć coś rozsądnego. Nie umiała.

— Było mi bardzo wstyd. I upokarzająco. Klęczeć nago, z otwartymi ustami, i czekać, aż spryska mi twarz. Nigdy w życiu czegoś takiego nie czułam. Ani przy mężu. Ani sama. To było… brudne. Jakbym przestała być sobą.
Przełknęła. Sperma zostawiła na języku jeszcze jeden, cieńszy posmak.

— A jednocześnie byłam podniecona. Mocno. Aż mnie zatkało, jak to na mnie spadło. Wstyd, upokorzenie i to mokre napięcie na raz. Sama nie wiem, co o tym sądzić. Wiem tylko, że nie odeszłam. I że połknęłam, chociaż nie chciałam.
Ania uśmiechnęła się ledwie.

— To już coś wiesz. Resztę też się dowiesz.

Ania puściła miękkiego już penisa Marka. Przez sekundę wisiał bezwładnie, wilgotny, zmniejszony, jeszcze błyszczący po tym, co przed chwilą zrobił Monice na twarz.

Potem, znienacka, uderzyła go.

Z całej siły. Dwa razy. Otwartą dłonią, prosto w miękkie, wrażliwe ciało. Marek zgiął się z cichym, zduszonym dźwiękiem, jakby nie zdążył nawet zrozumieć, że to się dzieje. Sam nie mógł uwierzyć. Że po tym wszystkim, po plaży, po tym jak Ania sama go masturbowała i sama wycelowała w usta

Moniki, dostał za to po swoim.

— A ty jak będziesz się spuszczał przy każdej lasce, którą zobaczysz, to cię zostawię — powiedziała równo, bez krzyku. — Masz się kontrolować.

Następnym razem.

Odetchnął ostro, z twarzą ściągniętą.

— To, że ona zachowuje się jak dziwka, nie oznacza, że ty możesz sobie pozwalać na co chcesz. Ubieraj się. I zbieraj nasze rzeczy.
Marek nie dyskutował. Podciągnął kąpielówki, schylił się po ręczniki, butelki, jej klapki. Ręce mu się trochę trzęsły, ale polecenie wykonał od razu.
Ania odwróciła się do Moniki. Ta nadal klęczała. Naga. Z spermą na ustach, na policzku, na brodzie. Biała, gęsta smuga spłynęła jej już niżej, ku szyi.

— A co do ciebie — rzuciła Ania — to nie skończyłyśmy.

Sięgnęła do torby. Wyjęła telefon. Nie uprzedziła. Ekran kliknął raz, drugi, trzeci. Seria zdjęć. Naga Monika na kolanach, krótko obcięte ciemne włosy, piersi odsłonięte, twarz mokra od spermy, która lśniła jej w słońcu jak dowód.

— Co robisz? — zaprotestowała Monika, unosząc rękę za późno.

— Nic. Taka gwarancja twojego posłuszeństwa.

Schowała telefon do torby, w której już leżały ubrania Moniki.

— Jutro przyjdziesz tu o tej samej porze. W to samo miejsce. Jeśli chcesz odzyskać zdjęcia.

Potem odwróciła się i poszła w stronę Marka. Nawet nie obejrzała się drugi raz. On podniósł ich rzeczy i poszedł za nią, milcząc. Zostawili po sobie tylko ślady stóp i to, czego Monika nie zdążyła zetrzeć z twarzy.

Została sama.

Wstała nie od razu. Piasek kleił się do kolan, sperma do skóry, myśli biły się w niej bez ładu. Mogła krzyczeć. Mogła ich gonić. Mogła iść do męża i powiedzieć wszystko. Zamiast tego przez długą chwilę stała naga na pustej już plaży i czuła, że to „jutro” weszło w nią głębiej niż smak, który nadal miała na języku.

W swojej torbie miała cienką, prześwitującą narzutę. Założyła ją na nagie ciało. Materiał prawie nic nie zasłaniał, tylko oblepiał piersi i biodra, a pod słońcem było widać zarys sutków i ciemną kreskę między nogami. Wsunęła stopy w klapki. Torba plażowa poszła jej pod pachę, przyciśnięta do brzucha, jakby mogła zasłonić to, czego narzuta nie brała.

Ruszyła do domu.

Każdy krok był za długi i za krótki jednocześnie. Wstyd wracał falami. Podniecenie nie odeszło do końca. A w głowie, mimo sprzeciwu, kręciło się już tylko jedno: że Ania ma jej zdjęcia. I że jutro, o tej samej porze, znowu tu wróci.
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry