Tylko szum morza, ciepły wiatr i to późnowrześniowe słońce, które na greckiej wyspie wciąż jeszcze umiało być łagodne i intensywne jednocześnie. Plaża była mała, kameralna – jasny piasek poprzetykany drobnymi, gładkimi kamykami, które przyjemnie nagrzewały się pod stopami. Woda leżała blisko, turkusowa i spokojna.
Monika rozłożyła ręcznik i na chwilę stanęła, zanim się położyła. Miała trzydzieści osiem lat. Szczupła, z ciemnymi, krótkimi włosami, które wiatr unosił jej na kark i skronie. Przed czterdziestką, a ciało wciąż było lekkie, smukłe, bez zbędnej miękkości. Niewielkie piersi, wąskie biodra, długie nogi. Skóra już zdążyła złapać pierwszy, złotawy odcień.
Przyjechała z mężem. Na plażę wybrała się sama.
Położyła się na plecach, przymknęła oczy. Słońce osiadało na niej powoli, ciepło wnikało głębiej, niż się spodziewała. Czuła każdy centymetr skóry – ramiona, brzuch, wewnętrzną stronę ud. Kostium kąpielowy przylegał cienko, prawie nieobecny. Oddychała równo. Nie myślała o niczym konkretnym. Albo raczej starała się nie myśleć.
Wiatr przesunął jej włosy. Gdzieś daleko mewa. Poza tym cisza.
I to dziwne, ciche poczucie, że jest tu tylko ona, słońce i własne ciało, które nagle stało się bardziej obecne niż zwykle.
Rozejrzała się powoli, prawie nie unosząc głowy.
Plaża była nadal pusta. Ani jednej sylwetki na horyzoncie, tylko linia skał po lewej i spokojne, powtarzalne oddychanie morza. Wtedy dopiero pozwoliła sobie na ten gest. Uniosła się trochę, sięgnęła do pleców i rozpięła stanik. Zsunął się łatwo. Odkładając go obok, poczuła, jak powietrze od razu zmienia wszystko.
Jej piersi były niewielkie, zgrabne, jeszcze twarde. Skóra jaśniejsza niż reszta ciała, delikatna, z ledwie zaznaczoną różowością wokół sutków. Te, wystawione nagle na słońce i wiatr, ściągnęły się prawie natychmiast. Leżała tak dłuższą chwilę, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Promienie kładły się na niej bezpośrednio — ciepłe, równe, bez tkaniny, która do tej pory je osłaniała. To było inne ciepło. Bardziej osobiste. Jakby ktoś bardzo powoli, bardzo uważnie kładł dłoń właśnie tam.
Zapragnęła więcej.
Dłoń powędrowała niżej sama, najpierw niepewnie, potem już świadomie. Palce zahaczyły o brzeg majtek. Zsunęła je powoli, centymetr po centymetrze, aż materiał zsunął się z bioder i odsłonił to, co zwykle zostawało ukryte. Ciepłe powietrze i słońce dotknęły jej między udami. Czuła to wyraźnie — nagłość, lekki dreszcz i to dziwne, ciche rozluźnienie, jakby ciało od razu wiedziało, że właśnie o to chodziło.
Rozejrzała się jeszcze raz.
Nadal nikogo.
Dopiero wtedy zsunęła majtki całkiem. Odkładając je obok, na piasek, tuż przy ręczniku. Teraz leżała naga. Całkowicie. Słońce miało ją całą.
Przymknęła oczy i dopiero wtedy naprawdę to poczuła — tę dziwną, cichą swobodę, jakby ciało wreszcie przestało się przed nią chować.
Dłoń zsunęła się między nogi sama, bez decyzji. Palce najpierw otarły się o wilgotne wargi, a potem trafiły wyżej, dokładnie tam, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Łechtaczka była już mokra i lekko nabrzmiała od słońca i od tego, co działo się w niej od kilku minut. Palec osiadł na niej wprost. Nie obok. Na niej.
Zatrzymała się na sekundę, czując pod opuszką to małe, twarde, pulsujące miejsce. Potem zaczęła krążyć. Powoli, dookoła napletka, potem odrobinę ciaśniej, muskając sam czubek. Za każdym okrążeniem łechtaczka robiła się wyraźniejsza, bardziej obecna, jakby wychodziła naprzeciw palcowi. Była śliska od własnej wilgoci, ciepła, wrażliwa aż do dreszczu.
Leżała naga w słońcu i oddawała się dwóm rzeczom naraz: ciepłu na skórze i temu równomiernemu, uporczywemu dotykaniu własnej łechtaczki. Oddech się zmienił. Biodra pozostały prawie nieruchome, ale całe napięcie schodziło teraz w to jedno miejsce pod palcem.
Nagle usłyszała głosy.
Nie od razu zrozumiała słowa — najpierw doszedł tylko dźwięk, ludzki, zbyt bliski jak na tę pustą plażę. Serce podskoczyło. Przerwała natychmiast. Dłoń oderwała się od ciała, jakby sama się jej wyparła. Chwyciła ręcznik i szybko przeciągnęła go przez biodra, przykrywając to, co jeszcze przed chwilą było wystawione na słońce. Między nogami zostało mokre ciepło i niedokończone napięcie.
Obejrzała się.
W oddali szła para. Dość młoda. On i ona, w kostiumach, z ręcznikami pod pachą, śmiejący się o coś cicho. Monika leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach i piersiami nadal nagimi. Stanik leżał obok, w zasięgu ręki. Mogła go założyć. Nie założyła.
Sama nie rozumiała, dlaczego. Może naprawdę chciała, żeby ktoś to zobaczył. Albo tylko nie zdążyła się zdecydować, a teraz było już za późno, żeby ten gest nie wyglądał na ucieczkę.
Para zbliżała się właśnie do jedynego miejsca, gdzie piasku było więcej niż kamieni. Tego samego, które wybrała ona. Rozłożyli ręczniki nieopodal. Na tyle blisko, że słyszała już ich głosy wyraźniej, szelest materiału, odgłos butelki odstawianej na piasek.
Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła na piersiach słońce i nagle także ich obecność. Ręcznik krył dół ciała. Górę zostawiła odsłoniętą. Leżała tak, jakby nic się nie stało — tylko serce biło trochę za głośno, a pod ręcznikiem wciąż jeszcze pamiętała ruch własnego palca.
Dziewczyna usiadła jeszcze na chwilę obok niego. Coś do niego mówiła, ściszonym głosem, i śmiała się krótko, odchylając głowę. On odpowiadał, ale już nie całkiem przy niej. Monika słyszała tylko strzępy — że woda wygląda dobrze, że nie zostaną długo. Potem dziewczyna wstała, poprawiła ramiączka kostiumu i poszła w stronę morza. Jej kroki zagubiły się w piasku. Weszła do wody bez pośpiechu i wkrótce została tylko ciemną głową na tle słońca.
Zostali we dwoje.
On usiadł, opierając się na rękach, i przez chwilę naprawdę patrzył przed siebie. Potem wzrok ześlizgnął mu się w bok. Szybko. Jakby przypadkiem. Na jej piersi. Niewielkie, nagie, nadal wystawione na światło. Sutki były ciemniejsze na rozgrzanej skórze i zbyt wyraźne, żeby dało się je przeoczyć. Odwrócił oczy. Po kilku sekundach wrócił.
Monika to widziała.
Leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach, i czuła, jak to spojrzenie osiada na niej fizycznie. Miał może dwadzieścia dwa lata. Prawie chłopak. A patrzył na nią tak, jakby nie potrafił przestać. Wstyd przyszedł pierwszy. Zaraz za nim coś cieplejszego, gęstszego. Podniecenie wróciło nagle, ostro, jakby to, co przed chwilą robiła sama, wcale się nie skończyło, tylko czekało na świadka.
Pozwoliła sobie na więcej.
Przesunęła się trochę, niby szukając wygodniejszej pozycji. Ręcznik zsunął się z bioder nie od razu, tylko leniwie, jakby sam nie wiedział, czy jeszcze ma ją zasłaniać. Przytrzymała go palcami — za krótko. Materiał odsłonił najpierw linię brzucha, potem ciemniejszy ślad skóry między udami. Nie zasłoniła się. Uda rozchyliły się odrobinę, wystarczająco, żeby w pełnym świetle widać było jej nagą cipkę: wąskie wargi, wilgotny, różowy środek i łechtaczkę, która po tym wszystkim wciąż była wyraźna, trochę nabrzmiała, błyszcząca.
On patrzył.
Tym razem już nie udawał, że to przypadek. Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła jego wzrok tam, gdzie przed chwilą miała własny palec. I nic nie zrobiła, żeby mu to odebrać.
Monika otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
Najpierw w twarz. Potem niżej. Bez pośpiechu, prawie ciekawie, jakby miała do tego prawo. Kostium nie ukrywał już nic. Pod cienkim materiałem było widać, że mu stwardniało — wyraźnie, napięte, trochę nieporadne w tej nagłej twardej linii.
Uśmiechnęła się.
— Wiesz, że ci stwardniał?
Chłopak wzdrygnął się, jakby dopiero teraz sam to poczuł. Dłoń poszła w dół odruchowo, niezdarnie, zasłaniając to, czego i tak nie dało się już schować. Odwrócił wzrok, potem znów na nią, czerwony aż po szyję.
— Przepraszam. Nie chciałem się tak na panią patrzeć. Jakoś… samo wyszło.
Monika nie zasłoniła się. Ręcznik leżał tam, gdzie go zostawiła, a ona nadal była odsłonięta — piersi na słońcu, między udami wilgotna, gładka skóra, którą on przed chwilą tak długo ogarniał wzrokiem.
— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Naprawdę.
Chwilę milczeli. W wodzie Ania odwróciła się plecami, płynąc dalej.
— Jak masz na imię?
— Marek.
— A twoja dziewczyna?
— Ania.
Imię padło między nimi za zwyczajnie, jakby nie leżeli kilka metrów od siebie w takiej pozycji, w jakiej leżeli. Monika przygryzła lekko wargę. Palce poprawiły ręcznik tylko po to, żeby nic nie poprawić. Spojrzała na niego znowu.
— Podoba ci się moje ciało?
Marek przełknął ślinę. Kiwnął głową, zanim zdążył się opanować.
— Bardzo.
Urwał, jakby szukał bezpieczniejszego zdania. Nie znalazł.
— Najbardziej… ta wydepilowana cipka. I piersi. Że nie za duże. W sam raz.
Powiedział to ciszej niż resztę, prawie wstydząc się własnych słów. Monika nie odwróciła wzroku. Słońce było ciepłe, Ania daleko, a to zdanie zostało między nimi na piasku, nagie jak ona.
Monika usiadła najpierw, jakby jeszcze się wahała. Potem wstała.
Ręcznik odłożyła obok, powoli, bez pośpiechu. Nie zasłoniła się ręką. Nie odwróciła się bokiem. Stanęła tak, jak stała — naga, na piasku, w pełnym świetle — i przez chwilę po prostu dała mu na siebie popatrzeć. Szczupłe ciało, niewielkie piersi, ciemne krótkie włosy rozrzucone od wiatru, gładkie, wydepilowane miejsce między udami. Zrobiła to z całą świadomością. I z przyjemnością, która była już wyraźna: w oddechu, w ustach, w tym, że nie spieszyła się, żeby znowu usiąść.
Uśmiechnęła się.
— A twoja dziewczyna co na to, że podobają ci się takie stare laski?
Marek spuścił wzrok, potem znów go podniósł, jakby nie umiał wybrać. Przesunął się na ręczniku, zawstydzony, ale nie na tyle, żeby odwrócić twarz.
— Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Ania raczej nie jest jakoś wyjątkowo zazdrosna. Ale o panią… pewnie by była. Nie lubi, jak patrzę na piękne kobiety.
Monika podeszła o krok bliżej słońca. Odwróciła ramiona tak, żeby światło padło na nią wprost — na piersi, na brzuch, na mokrą jeszcze, gładką cipkę. Skóra zabłysnęła. Wszystko stało się ostrzejsze.
— Nie mów do mnie pani — poprawiła go cicho.
Monika stała nadal naga, zwrócona do słońca, i nawet nie udawała, że nie widzi, gdzie ma wzrok.
— Myślisz, że jak twoja dziewczyna wróci, będzie jej przeszkadzać, że opalam się nago?
Marek odpowiedział nie od razu. Ciągle był zapatrzony w jej ciało — w piersi, w wąską talię, w gładką, odsłoniętą cipkę, która w tym świetle wydawała się jeszcze bardziej naga.
— Raczej nie. Byliśmy już na plaży nudystów.
Uśmiechnęła się kątem ust. Skinęła brodą w dół, tam, gdzie on wciąż trzymał dłoń.
— A ty nie zasłaniaj się tak ręką. I tak widzę, że ci stoi. To naturalna reakcja. Nie masz się czego wstydzić.
Zrobiła mały krok, nie za blisko, tylko na tyle, żeby jej głos stał się bardziej prywatny.
— Póki jesteśmy sami… pokaż, co tam masz.
Marek uniósł na nią oczy, zmieszany.
— Jak to?
— Po prostu. Majtki w dół i pokaż mi go.
Przez chwilę nic nie zrobił. Oddychał płycej, jakby ciało już się zgodziło, a on jeszcze nie. Potem wsunął kciuki pod gumkę kąpielówek i zsunął je w dół.
Od razu, bez tkaniny, która go do tej pory przytrzymywała, wyskoczył duży, naprężony penis. Był obrzezany — żołądź całkiem odsłonięta, gładka, ciemniejsza od reszty, nabrzmiała i błyszcząca. Trzon gruby, napięty, z wyraźną żyłką po stronie, pulsuje trochę od tego, jak mocno stał. Skóra na nim była cienka, obcisła, bez fałdu, który mógłby cokolwiek schować. Cały był mokry. Nie od wody. Od niego. Przezroczysta, gęsta wilgoć zebrała się już na czubku i spłynęła cienką nitką w dół, aż po napięty trzon. Wisiorek cienia kładł mu się na udzie. Stał twardo, prawie pionowo, zbyt wyraźny jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował się zasłaniać.
Monika spojrzała na to bez pośpiechu. Uśmiechnęła się.
— O… jesteś obrzezany. Jak ładnie.
Marek przełknął ślinę. Kąpielówki zostały w połowie ud, a on nie wiedział, czy je podciągnąć, czy zostawić.
— Z jakiej to okazji?
— Na prośbę Ani — powiedział ciszej. — Podobają jej się obrzezani.
Monika potaknęła powoli. Wzrok miała nadal tam, na mokrej, odsłoniętej żołędzi, która błyszczała w słońcu.
— Mnie też.
Monika stanęła przed nim. Blisko. Naga, spokojna, jakby to on był teraz wystawiony, nie ona. Marek wciąż miał kąpielówki w dole ud, a penis — twardy, obrzezany, mokry na czubku — trzymał się między nimi zbyt wyraźnie, żeby dało się udawać, że rozmawiają o pogodzie.
— Skoro Ania wymagała od ciebie obrzezania — powiedziała cicho, prawie zwyczajnym głosem — to regularnie ci obciąga?
Zamrugał. Otworzył usta i zamknął je z powrotem.
— Dwa, trzy razy w miesiącu.
Monika skinęła lekko, jakby zapisywała to sobie w głowie.
— A pozwala ci wchodzić w dupkę?
Tym razem poczerwieniał już wyraźnie. Spojrzał przez ramię, ku wodzie, ale Ania była jeszcze daleko.
— Nie. Niestety się nie zdarza.
Westchnęła, krótko, z uśmiechem, który nie był do końca życzliwy.
— Szkoda. Takim atrakcyjnym facetom to najintymniejsze miejsce kobiety powinno się należeć.
Nie zdążył odpowiedzieć. Z wody dobiegł plusk, potem głos — nie słowa jeszcze, tylko dźwięk, że ktoś wraca. Oboje odwrócili głowy.
Ania szła ku nim powoli. Mokry kostium przylegał do niej ciemniej, cięższy od wody, włosy sklejone, sylwetka coraz wyraźniejsza na tle słońca.
Marek poruszył się pierwszy. Szarpnął kąpielówki w górę, za szybko, prawie nieporadnie, wciskając twardego jeszcze penisa pod materiał. Tkanina stanęła mu nienaturalnie. Odwrócił się trochę bokiem, jakby to mogło pomóc.
Monika schyliła się po ręcznik. Nie ubrała się. Przepasała nim tylko uda, ciasno, na tyle, żeby zasłonić to, czego Ania nie powinna zobaczyć od razu. Piersi zostawiła nagie. Stanęła tak, jakby od początku tylko opalała się nago i nic więcej.
Ania podeszła bliżej. Uśmiechnęła się najpierw do Marka, potem dopiero spojrzała na kobietę obok.
— To Monika — powiedział Marek za szybko, zanim ktoś zdążył zapytać. — Rozmawialiśmy. Wszyscy z Polski.
Ania uniosła brwi, jeszcze przyjazna, jeszcze nic nie wiedząc.
— A o czym?
— O wakacjach — skłamał. — O urlopie. Że wrzesień jest lepszy niż sierpień.
Monika uśmiechnęła się lekko, poprawiając ręcznik na udach.
Ania stała mokra, jeszcze z morza. Długie włosy ciemniały od wody i kleiły się do ramion, do obojczyków, do pleców. Kostium był cienki i obcisły, ciemny, i po kąpieli przylegał do niej jak druga skóra — do małych, zgrabnych piersi, do płaskiego brzucha, do bioder. Tuż pod piersiami, prawie na żebrach, miała mały tatuaż. Niewielki, ciemny, jeszcze błyszczący od wody. Wyglądała młodo. Pewnie. Jak ktoś, kto nie musi się tłumaczyć z własnego ciała.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział.
Cisza była niezręczna, gęsta, za długa na zwykłe przedstawienie przy plaży.
To Ania odezwała się pierwsza. Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała uważne.
— A ten ręcznik to w jakim celu pani na siebie założyła? Czyżby się pani mnie krępowała?
Monika zamarła.
Pytanie było proste. I przez to gorsze. Poczuła ciepło na twarzy, nagle, jakby ktoś odsłonił nie ciało, tylko ją. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy zaprzeczyć, czy w ogóle coś powiedzieć. Marek stał obok i milczał za głośno.
— Nie… — zaczęła i urwała.
Potem zrobiła to, czego sama od siebie nie oczekiwała. Chwyciła ręcznik, zsunęła go z ud i rzuciła na piasek. Została znowu naga. Całkiem. W słońcu, przed nimi obojgiem.
— Nie chciałam się zbytnio obnażać publicznie — powiedziała.
Głos miała równy. Prawie. W środku było inaczej. Czuła się skrępowana aż do gardła. Że taka młoda siksa potrafiła ją zawstydzić. Że to ona, starsza, pewniejsza jeszcze przed chwilą, teraz stoi rozebrana nie dlatego, że sama tak chciała, tylko dlatego, że tamta ją do tego zmusiła jednym zdaniem.
Ania spojrzała na nią spokojnie. Na piersi. Niżej. Potem znowu w twarz.
Nie spieszyła się. Słońce schło jej na ramionach, mokry kostium ciemniał, a ona stała tak, jakby miała do tego ciała więcej prawa niż sama Monika.
Potem raptem padło pytanie.
— Znam takie osoby jak pani. Podnieca was nagość. To, że ktoś patrzy. I do tego jeszcze to uczucie zawstydzenia i skrępowania. Czy nie mam racji?
Monika otworzyła usta i nic z nich nie wyszło.
Serce uderzyło mocniej, głupio, jak u przyłapanej. Chciała zaprzeczyć. Albo się zaśmiać. Albo powiedzieć, że to nie tak. Ale Ania patrzyła za uważnie, a Marek stał obok i słyszał każde słowo. Wstyd wszedł jej pod skórę głębiej niż słońce.
Skinęła głową. Lekko. Prawie niechętnie.
— Tak.
To było wszystko, co zdołała z siebie wydusić. Jedno słowo, ciche, zawstydzone, i nagle cała jej nagość przestała być tylko ciałem na plaży. Stała się odpowiedzią.
CDN
Monika rozłożyła ręcznik i na chwilę stanęła, zanim się położyła. Miała trzydzieści osiem lat. Szczupła, z ciemnymi, krótkimi włosami, które wiatr unosił jej na kark i skronie. Przed czterdziestką, a ciało wciąż było lekkie, smukłe, bez zbędnej miękkości. Niewielkie piersi, wąskie biodra, długie nogi. Skóra już zdążyła złapać pierwszy, złotawy odcień.
Przyjechała z mężem. Na plażę wybrała się sama.
Położyła się na plecach, przymknęła oczy. Słońce osiadało na niej powoli, ciepło wnikało głębiej, niż się spodziewała. Czuła każdy centymetr skóry – ramiona, brzuch, wewnętrzną stronę ud. Kostium kąpielowy przylegał cienko, prawie nieobecny. Oddychała równo. Nie myślała o niczym konkretnym. Albo raczej starała się nie myśleć.
Wiatr przesunął jej włosy. Gdzieś daleko mewa. Poza tym cisza.
I to dziwne, ciche poczucie, że jest tu tylko ona, słońce i własne ciało, które nagle stało się bardziej obecne niż zwykle.
Rozejrzała się powoli, prawie nie unosząc głowy.
Plaża była nadal pusta. Ani jednej sylwetki na horyzoncie, tylko linia skał po lewej i spokojne, powtarzalne oddychanie morza. Wtedy dopiero pozwoliła sobie na ten gest. Uniosła się trochę, sięgnęła do pleców i rozpięła stanik. Zsunął się łatwo. Odkładając go obok, poczuła, jak powietrze od razu zmienia wszystko.
Jej piersi były niewielkie, zgrabne, jeszcze twarde. Skóra jaśniejsza niż reszta ciała, delikatna, z ledwie zaznaczoną różowością wokół sutków. Te, wystawione nagle na słońce i wiatr, ściągnęły się prawie natychmiast. Leżała tak dłuższą chwilę, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Promienie kładły się na niej bezpośrednio — ciepłe, równe, bez tkaniny, która do tej pory je osłaniała. To było inne ciepło. Bardziej osobiste. Jakby ktoś bardzo powoli, bardzo uważnie kładł dłoń właśnie tam.
Zapragnęła więcej.
Dłoń powędrowała niżej sama, najpierw niepewnie, potem już świadomie. Palce zahaczyły o brzeg majtek. Zsunęła je powoli, centymetr po centymetrze, aż materiał zsunął się z bioder i odsłonił to, co zwykle zostawało ukryte. Ciepłe powietrze i słońce dotknęły jej między udami. Czuła to wyraźnie — nagłość, lekki dreszcz i to dziwne, ciche rozluźnienie, jakby ciało od razu wiedziało, że właśnie o to chodziło.
Rozejrzała się jeszcze raz.
Nadal nikogo.
Dopiero wtedy zsunęła majtki całkiem. Odkładając je obok, na piasek, tuż przy ręczniku. Teraz leżała naga. Całkowicie. Słońce miało ją całą.
Przymknęła oczy i dopiero wtedy naprawdę to poczuła — tę dziwną, cichą swobodę, jakby ciało wreszcie przestało się przed nią chować.
Dłoń zsunęła się między nogi sama, bez decyzji. Palce najpierw otarły się o wilgotne wargi, a potem trafiły wyżej, dokładnie tam, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Łechtaczka była już mokra i lekko nabrzmiała od słońca i od tego, co działo się w niej od kilku minut. Palec osiadł na niej wprost. Nie obok. Na niej.
Zatrzymała się na sekundę, czując pod opuszką to małe, twarde, pulsujące miejsce. Potem zaczęła krążyć. Powoli, dookoła napletka, potem odrobinę ciaśniej, muskając sam czubek. Za każdym okrążeniem łechtaczka robiła się wyraźniejsza, bardziej obecna, jakby wychodziła naprzeciw palcowi. Była śliska od własnej wilgoci, ciepła, wrażliwa aż do dreszczu.
Leżała naga w słońcu i oddawała się dwóm rzeczom naraz: ciepłu na skórze i temu równomiernemu, uporczywemu dotykaniu własnej łechtaczki. Oddech się zmienił. Biodra pozostały prawie nieruchome, ale całe napięcie schodziło teraz w to jedno miejsce pod palcem.
Nagle usłyszała głosy.
Nie od razu zrozumiała słowa — najpierw doszedł tylko dźwięk, ludzki, zbyt bliski jak na tę pustą plażę. Serce podskoczyło. Przerwała natychmiast. Dłoń oderwała się od ciała, jakby sama się jej wyparła. Chwyciła ręcznik i szybko przeciągnęła go przez biodra, przykrywając to, co jeszcze przed chwilą było wystawione na słońce. Między nogami zostało mokre ciepło i niedokończone napięcie.
Obejrzała się.
W oddali szła para. Dość młoda. On i ona, w kostiumach, z ręcznikami pod pachą, śmiejący się o coś cicho. Monika leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach i piersiami nadal nagimi. Stanik leżał obok, w zasięgu ręki. Mogła go założyć. Nie założyła.
Sama nie rozumiała, dlaczego. Może naprawdę chciała, żeby ktoś to zobaczył. Albo tylko nie zdążyła się zdecydować, a teraz było już za późno, żeby ten gest nie wyglądał na ucieczkę.
Para zbliżała się właśnie do jedynego miejsca, gdzie piasku było więcej niż kamieni. Tego samego, które wybrała ona. Rozłożyli ręczniki nieopodal. Na tyle blisko, że słyszała już ich głosy wyraźniej, szelest materiału, odgłos butelki odstawianej na piasek.
Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła na piersiach słońce i nagle także ich obecność. Ręcznik krył dół ciała. Górę zostawiła odsłoniętą. Leżała tak, jakby nic się nie stało — tylko serce biło trochę za głośno, a pod ręcznikiem wciąż jeszcze pamiętała ruch własnego palca.
Dziewczyna usiadła jeszcze na chwilę obok niego. Coś do niego mówiła, ściszonym głosem, i śmiała się krótko, odchylając głowę. On odpowiadał, ale już nie całkiem przy niej. Monika słyszała tylko strzępy — że woda wygląda dobrze, że nie zostaną długo. Potem dziewczyna wstała, poprawiła ramiączka kostiumu i poszła w stronę morza. Jej kroki zagubiły się w piasku. Weszła do wody bez pośpiechu i wkrótce została tylko ciemną głową na tle słońca.
Zostali we dwoje.
On usiadł, opierając się na rękach, i przez chwilę naprawdę patrzył przed siebie. Potem wzrok ześlizgnął mu się w bok. Szybko. Jakby przypadkiem. Na jej piersi. Niewielkie, nagie, nadal wystawione na światło. Sutki były ciemniejsze na rozgrzanej skórze i zbyt wyraźne, żeby dało się je przeoczyć. Odwrócił oczy. Po kilku sekundach wrócił.
Monika to widziała.
Leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach, i czuła, jak to spojrzenie osiada na niej fizycznie. Miał może dwadzieścia dwa lata. Prawie chłopak. A patrzył na nią tak, jakby nie potrafił przestać. Wstyd przyszedł pierwszy. Zaraz za nim coś cieplejszego, gęstszego. Podniecenie wróciło nagle, ostro, jakby to, co przed chwilą robiła sama, wcale się nie skończyło, tylko czekało na świadka.
Pozwoliła sobie na więcej.
Przesunęła się trochę, niby szukając wygodniejszej pozycji. Ręcznik zsunął się z bioder nie od razu, tylko leniwie, jakby sam nie wiedział, czy jeszcze ma ją zasłaniać. Przytrzymała go palcami — za krótko. Materiał odsłonił najpierw linię brzucha, potem ciemniejszy ślad skóry między udami. Nie zasłoniła się. Uda rozchyliły się odrobinę, wystarczająco, żeby w pełnym świetle widać było jej nagą cipkę: wąskie wargi, wilgotny, różowy środek i łechtaczkę, która po tym wszystkim wciąż była wyraźna, trochę nabrzmiała, błyszcząca.
On patrzył.
Tym razem już nie udawał, że to przypadek. Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła jego wzrok tam, gdzie przed chwilą miała własny palec. I nic nie zrobiła, żeby mu to odebrać.
Monika otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
Najpierw w twarz. Potem niżej. Bez pośpiechu, prawie ciekawie, jakby miała do tego prawo. Kostium nie ukrywał już nic. Pod cienkim materiałem było widać, że mu stwardniało — wyraźnie, napięte, trochę nieporadne w tej nagłej twardej linii.
Uśmiechnęła się.
— Wiesz, że ci stwardniał?
Chłopak wzdrygnął się, jakby dopiero teraz sam to poczuł. Dłoń poszła w dół odruchowo, niezdarnie, zasłaniając to, czego i tak nie dało się już schować. Odwrócił wzrok, potem znów na nią, czerwony aż po szyję.
— Przepraszam. Nie chciałem się tak na panią patrzeć. Jakoś… samo wyszło.
Monika nie zasłoniła się. Ręcznik leżał tam, gdzie go zostawiła, a ona nadal była odsłonięta — piersi na słońcu, między udami wilgotna, gładka skóra, którą on przed chwilą tak długo ogarniał wzrokiem.
— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Naprawdę.
Chwilę milczeli. W wodzie Ania odwróciła się plecami, płynąc dalej.
— Jak masz na imię?
— Marek.
— A twoja dziewczyna?
— Ania.
Imię padło między nimi za zwyczajnie, jakby nie leżeli kilka metrów od siebie w takiej pozycji, w jakiej leżeli. Monika przygryzła lekko wargę. Palce poprawiły ręcznik tylko po to, żeby nic nie poprawić. Spojrzała na niego znowu.
— Podoba ci się moje ciało?
Marek przełknął ślinę. Kiwnął głową, zanim zdążył się opanować.
— Bardzo.
Urwał, jakby szukał bezpieczniejszego zdania. Nie znalazł.
— Najbardziej… ta wydepilowana cipka. I piersi. Że nie za duże. W sam raz.
Powiedział to ciszej niż resztę, prawie wstydząc się własnych słów. Monika nie odwróciła wzroku. Słońce było ciepłe, Ania daleko, a to zdanie zostało między nimi na piasku, nagie jak ona.
Monika usiadła najpierw, jakby jeszcze się wahała. Potem wstała.
Ręcznik odłożyła obok, powoli, bez pośpiechu. Nie zasłoniła się ręką. Nie odwróciła się bokiem. Stanęła tak, jak stała — naga, na piasku, w pełnym świetle — i przez chwilę po prostu dała mu na siebie popatrzeć. Szczupłe ciało, niewielkie piersi, ciemne krótkie włosy rozrzucone od wiatru, gładkie, wydepilowane miejsce między udami. Zrobiła to z całą świadomością. I z przyjemnością, która była już wyraźna: w oddechu, w ustach, w tym, że nie spieszyła się, żeby znowu usiąść.
Uśmiechnęła się.
— A twoja dziewczyna co na to, że podobają ci się takie stare laski?
Marek spuścił wzrok, potem znów go podniósł, jakby nie umiał wybrać. Przesunął się na ręczniku, zawstydzony, ale nie na tyle, żeby odwrócić twarz.
— Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Ania raczej nie jest jakoś wyjątkowo zazdrosna. Ale o panią… pewnie by była. Nie lubi, jak patrzę na piękne kobiety.
Monika podeszła o krok bliżej słońca. Odwróciła ramiona tak, żeby światło padło na nią wprost — na piersi, na brzuch, na mokrą jeszcze, gładką cipkę. Skóra zabłysnęła. Wszystko stało się ostrzejsze.
— Nie mów do mnie pani — poprawiła go cicho.
Monika stała nadal naga, zwrócona do słońca, i nawet nie udawała, że nie widzi, gdzie ma wzrok.
— Myślisz, że jak twoja dziewczyna wróci, będzie jej przeszkadzać, że opalam się nago?
Marek odpowiedział nie od razu. Ciągle był zapatrzony w jej ciało — w piersi, w wąską talię, w gładką, odsłoniętą cipkę, która w tym świetle wydawała się jeszcze bardziej naga.
— Raczej nie. Byliśmy już na plaży nudystów.
Uśmiechnęła się kątem ust. Skinęła brodą w dół, tam, gdzie on wciąż trzymał dłoń.
— A ty nie zasłaniaj się tak ręką. I tak widzę, że ci stoi. To naturalna reakcja. Nie masz się czego wstydzić.
Zrobiła mały krok, nie za blisko, tylko na tyle, żeby jej głos stał się bardziej prywatny.
— Póki jesteśmy sami… pokaż, co tam masz.
Marek uniósł na nią oczy, zmieszany.
— Jak to?
— Po prostu. Majtki w dół i pokaż mi go.
Przez chwilę nic nie zrobił. Oddychał płycej, jakby ciało już się zgodziło, a on jeszcze nie. Potem wsunął kciuki pod gumkę kąpielówek i zsunął je w dół.
Od razu, bez tkaniny, która go do tej pory przytrzymywała, wyskoczył duży, naprężony penis. Był obrzezany — żołądź całkiem odsłonięta, gładka, ciemniejsza od reszty, nabrzmiała i błyszcząca. Trzon gruby, napięty, z wyraźną żyłką po stronie, pulsuje trochę od tego, jak mocno stał. Skóra na nim była cienka, obcisła, bez fałdu, który mógłby cokolwiek schować. Cały był mokry. Nie od wody. Od niego. Przezroczysta, gęsta wilgoć zebrała się już na czubku i spłynęła cienką nitką w dół, aż po napięty trzon. Wisiorek cienia kładł mu się na udzie. Stał twardo, prawie pionowo, zbyt wyraźny jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował się zasłaniać.
Monika spojrzała na to bez pośpiechu. Uśmiechnęła się.
— O… jesteś obrzezany. Jak ładnie.
Marek przełknął ślinę. Kąpielówki zostały w połowie ud, a on nie wiedział, czy je podciągnąć, czy zostawić.
— Z jakiej to okazji?
— Na prośbę Ani — powiedział ciszej. — Podobają jej się obrzezani.
Monika potaknęła powoli. Wzrok miała nadal tam, na mokrej, odsłoniętej żołędzi, która błyszczała w słońcu.
— Mnie też.
Monika stanęła przed nim. Blisko. Naga, spokojna, jakby to on był teraz wystawiony, nie ona. Marek wciąż miał kąpielówki w dole ud, a penis — twardy, obrzezany, mokry na czubku — trzymał się między nimi zbyt wyraźnie, żeby dało się udawać, że rozmawiają o pogodzie.
— Skoro Ania wymagała od ciebie obrzezania — powiedziała cicho, prawie zwyczajnym głosem — to regularnie ci obciąga?
Zamrugał. Otworzył usta i zamknął je z powrotem.
— Dwa, trzy razy w miesiącu.
Monika skinęła lekko, jakby zapisywała to sobie w głowie.
— A pozwala ci wchodzić w dupkę?
Tym razem poczerwieniał już wyraźnie. Spojrzał przez ramię, ku wodzie, ale Ania była jeszcze daleko.
— Nie. Niestety się nie zdarza.
Westchnęła, krótko, z uśmiechem, który nie był do końca życzliwy.
— Szkoda. Takim atrakcyjnym facetom to najintymniejsze miejsce kobiety powinno się należeć.
Nie zdążył odpowiedzieć. Z wody dobiegł plusk, potem głos — nie słowa jeszcze, tylko dźwięk, że ktoś wraca. Oboje odwrócili głowy.
Ania szła ku nim powoli. Mokry kostium przylegał do niej ciemniej, cięższy od wody, włosy sklejone, sylwetka coraz wyraźniejsza na tle słońca.
Marek poruszył się pierwszy. Szarpnął kąpielówki w górę, za szybko, prawie nieporadnie, wciskając twardego jeszcze penisa pod materiał. Tkanina stanęła mu nienaturalnie. Odwrócił się trochę bokiem, jakby to mogło pomóc.
Monika schyliła się po ręcznik. Nie ubrała się. Przepasała nim tylko uda, ciasno, na tyle, żeby zasłonić to, czego Ania nie powinna zobaczyć od razu. Piersi zostawiła nagie. Stanęła tak, jakby od początku tylko opalała się nago i nic więcej.
Ania podeszła bliżej. Uśmiechnęła się najpierw do Marka, potem dopiero spojrzała na kobietę obok.
— To Monika — powiedział Marek za szybko, zanim ktoś zdążył zapytać. — Rozmawialiśmy. Wszyscy z Polski.
Ania uniosła brwi, jeszcze przyjazna, jeszcze nic nie wiedząc.
— A o czym?
— O wakacjach — skłamał. — O urlopie. Że wrzesień jest lepszy niż sierpień.
Monika uśmiechnęła się lekko, poprawiając ręcznik na udach.
Ania stała mokra, jeszcze z morza. Długie włosy ciemniały od wody i kleiły się do ramion, do obojczyków, do pleców. Kostium był cienki i obcisły, ciemny, i po kąpieli przylegał do niej jak druga skóra — do małych, zgrabnych piersi, do płaskiego brzucha, do bioder. Tuż pod piersiami, prawie na żebrach, miała mały tatuaż. Niewielki, ciemny, jeszcze błyszczący od wody. Wyglądała młodo. Pewnie. Jak ktoś, kto nie musi się tłumaczyć z własnego ciała.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział.
Cisza była niezręczna, gęsta, za długa na zwykłe przedstawienie przy plaży.
To Ania odezwała się pierwsza. Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała uważne.
— A ten ręcznik to w jakim celu pani na siebie założyła? Czyżby się pani mnie krępowała?
Monika zamarła.
Pytanie było proste. I przez to gorsze. Poczuła ciepło na twarzy, nagle, jakby ktoś odsłonił nie ciało, tylko ją. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy zaprzeczyć, czy w ogóle coś powiedzieć. Marek stał obok i milczał za głośno.
— Nie… — zaczęła i urwała.
Potem zrobiła to, czego sama od siebie nie oczekiwała. Chwyciła ręcznik, zsunęła go z ud i rzuciła na piasek. Została znowu naga. Całkiem. W słońcu, przed nimi obojgiem.
— Nie chciałam się zbytnio obnażać publicznie — powiedziała.
Głos miała równy. Prawie. W środku było inaczej. Czuła się skrępowana aż do gardła. Że taka młoda siksa potrafiła ją zawstydzić. Że to ona, starsza, pewniejsza jeszcze przed chwilą, teraz stoi rozebrana nie dlatego, że sama tak chciała, tylko dlatego, że tamta ją do tego zmusiła jednym zdaniem.
Ania spojrzała na nią spokojnie. Na piersi. Niżej. Potem znowu w twarz.
Nie spieszyła się. Słońce schło jej na ramionach, mokry kostium ciemniał, a ona stała tak, jakby miała do tego ciała więcej prawa niż sama Monika.
Potem raptem padło pytanie.
— Znam takie osoby jak pani. Podnieca was nagość. To, że ktoś patrzy. I do tego jeszcze to uczucie zawstydzenia i skrępowania. Czy nie mam racji?
Monika otworzyła usta i nic z nich nie wyszło.
Serce uderzyło mocniej, głupio, jak u przyłapanej. Chciała zaprzeczyć. Albo się zaśmiać. Albo powiedzieć, że to nie tak. Ale Ania patrzyła za uważnie, a Marek stał obok i słyszał każde słowo. Wstyd wszedł jej pod skórę głębiej niż słońce.
Skinęła głową. Lekko. Prawie niechętnie.
— Tak.
To było wszystko, co zdołała z siebie wydusić. Jedno słowo, ciche, zawstydzone, i nagle cała jej nagość przestała być tylko ciałem na plaży. Stała się odpowiedzią.
CDN

