Czytałem niedawno Sztukę obsługi penisa, czyli wywiad-rzekę z Andrzejem Gryżewskim, seksuologiem i psychoterapeutą. Sporo miejsca poświęcił temu, z jakim trudem przychodzi mężczyznom zaakceptować pogorszenie kondycji seksualnej. To trochę jak w tej anegdocie o Dunikowskim: "Kiedyś, jak tylko zobaczyłem na ulicy ładną dziewczynę, kutas od razu stał mi jak dzwon! A teraz patrzę, patrzę – i nic. Czyżby mi się tak bardzo wzrok popsuł?"
W tym roku stuknie mi 50 lat i jak na razie nie narzekam, ale zauważam w innych dziedzinach, że "dusza wciąż ochocza, tylko ciało mdłe". Niekiedy zwykły, codzienny wysiłek staje się nagle sporym wyzwaniem, a po durnej grypie potrzebuję paru dni, żeby dojść do siebie.
Viagry ani innych rzeczy na razie nie potrzebowałem, ani nie brałem, ale też mam jedną partnerkę (żonę) i jestem w tej cudownej sytuacji, że nie muszę jej nic udowadniać, a poza tym umiem ją doprowadzić do orgazmu na inne sposoby, w razie gdybym klapnięte uszko miał. Jeśli mam być szczery, to bardziej boję się dnia, w którym nie będę mógł samodzielnie wejść do wanny.