Miałam bardzo podobnie w małżeństwie. Niby wszystko „w porządku”, normalne życie, blok, cienkie ściany, w tle zawsze jakiś serial… Do dziś pamiętam, jak potrafiły przelecieć dwa odcinki Gry o tron, a ja dalej leżałam pod nim i czułam tylko frustrację.
Próbowaliśmy różnych pozycji, ale to nic nie dawało. We mnie wszystko było jakieś takie… chłodne, tak samo chłodne jak mój wybór kiedy go poderwałam, on był ogarnięty życiowo, naprawdę w porządku facet, tylko że kompletnie mnie nie pociągał. I tego się nie dało oszukać.
Najlepiej było po ciemku, wtedy mogłam się trochę „schować”,włączyc wyobraźnię. Ale on uparcie wolał przy świetle, a ja czułam się wtedy jeszcze bardziej spięta, wystawiona na widok, zamiast swobodna.
Często kończyło się tak, że po prostu mówiłam mu, żeby już skończył. Czułam dyskomfort, zdarzały się otarcia, potem musiałam to leczyć… i zamiast przyjemności zostawało tylko zmęczenie i ulga, że już po wszystkim.
Później przychodził okres i to był dla mnie trochę „ratunek”. Potrafiłam przeciągnąć ten czas — tydzień, dwa, z leczeniem otarc nawet pięć — byle tylko mieć spokój. Zdarzało się też, że wywoływałam kłótnię o nic, żeby stworzyć dystans. I nagle miałam miesiąc czy dwa dla siebie, bez tej presji.
A poza małżeństwem… to była zupełnie inna historia. Tam pojawiał się dreszczyk, napięcie, coś żywego. Nagle ciało reagowało inaczej, emocje były prawdziwe, a nie wymuszone. To był inny świat — taki, w którym w końcu coś czułam.