• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Jak dorosła kobieta od pewności siebie stała się zawstydzoną dziewczyną.

Kobieta

julita38

Nowicjusz
Tylko szum morza, ciepły wiatr i to późnowrześniowe słońce, które na greckiej wyspie wciąż jeszcze umiało być łagodne i intensywne jednocześnie. Plaża była mała, kameralna – jasny piasek poprzetykany drobnymi, gładkimi kamykami, które przyjemnie nagrzewały się pod stopami. Woda leżała blisko, turkusowa i spokojna.

Monika rozłożyła ręcznik i na chwilę stanęła, zanim się położyła. Miała trzydzieści osiem lat. Szczupła, z ciemnymi, krótkimi włosami, które wiatr unosił jej na kark i skronie. Przed czterdziestką, a ciało wciąż było lekkie, smukłe, bez zbędnej miękkości. Niewielkie piersi, wąskie biodra, długie nogi. Skóra już zdążyła złapać pierwszy, złotawy odcień.
Przyjechała z mężem. Na plażę wybrała się sama.

Położyła się na plecach, przymknęła oczy. Słońce osiadało na niej powoli, ciepło wnikało głębiej, niż się spodziewała. Czuła każdy centymetr skóry – ramiona, brzuch, wewnętrzną stronę ud. Kostium kąpielowy przylegał cienko, prawie nieobecny. Oddychała równo. Nie myślała o niczym konkretnym. Albo raczej starała się nie myśleć.

Wiatr przesunął jej włosy. Gdzieś daleko mewa. Poza tym cisza.
I to dziwne, ciche poczucie, że jest tu tylko ona, słońce i własne ciało, które nagle stało się bardziej obecne niż zwykle.

Rozejrzała się powoli, prawie nie unosząc głowy.
Plaża była nadal pusta. Ani jednej sylwetki na horyzoncie, tylko linia skał po lewej i spokojne, powtarzalne oddychanie morza. Wtedy dopiero pozwoliła sobie na ten gest. Uniosła się trochę, sięgnęła do pleców i rozpięła stanik. Zsunął się łatwo. Odkładając go obok, poczuła, jak powietrze od razu zmienia wszystko.

Jej piersi były niewielkie, zgrabne, jeszcze twarde. Skóra jaśniejsza niż reszta ciała, delikatna, z ledwie zaznaczoną różowością wokół sutków. Te, wystawione nagle na słońce i wiatr, ściągnęły się prawie natychmiast. Leżała tak dłuższą chwilę, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Promienie kładły się na niej bezpośrednio — ciepłe, równe, bez tkaniny, która do tej pory je osłaniała. To było inne ciepło. Bardziej osobiste. Jakby ktoś bardzo powoli, bardzo uważnie kładł dłoń właśnie tam.

Zapragnęła więcej.

Dłoń powędrowała niżej sama, najpierw niepewnie, potem już świadomie. Palce zahaczyły o brzeg majtek. Zsunęła je powoli, centymetr po centymetrze, aż materiał zsunął się z bioder i odsłonił to, co zwykle zostawało ukryte. Ciepłe powietrze i słońce dotknęły jej między udami. Czuła to wyraźnie — nagłość, lekki dreszcz i to dziwne, ciche rozluźnienie, jakby ciało od razu wiedziało, że właśnie o to chodziło.

Rozejrzała się jeszcze raz.

Nadal nikogo.

Dopiero wtedy zsunęła majtki całkiem. Odkładając je obok, na piasek, tuż przy ręczniku. Teraz leżała naga. Całkowicie. Słońce miało ją całą.

Przymknęła oczy i dopiero wtedy naprawdę to poczuła — tę dziwną, cichą swobodę, jakby ciało wreszcie przestało się przed nią chować.

Dłoń zsunęła się między nogi sama, bez decyzji. Palce najpierw otarły się o wilgotne wargi, a potem trafiły wyżej, dokładnie tam, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Łechtaczka była już mokra i lekko nabrzmiała od słońca i od tego, co działo się w niej od kilku minut. Palec osiadł na niej wprost. Nie obok. Na niej.

Zatrzymała się na sekundę, czując pod opuszką to małe, twarde, pulsujące miejsce. Potem zaczęła krążyć. Powoli, dookoła napletka, potem odrobinę ciaśniej, muskając sam czubek. Za każdym okrążeniem łechtaczka robiła się wyraźniejsza, bardziej obecna, jakby wychodziła naprzeciw palcowi. Była śliska od własnej wilgoci, ciepła, wrażliwa aż do dreszczu.

Leżała naga w słońcu i oddawała się dwóm rzeczom naraz: ciepłu na skórze i temu równomiernemu, uporczywemu dotykaniu własnej łechtaczki. Oddech się zmienił. Biodra pozostały prawie nieruchome, ale całe napięcie schodziło teraz w to jedno miejsce pod palcem.

Nagle usłyszała głosy.

Nie od razu zrozumiała słowa — najpierw doszedł tylko dźwięk, ludzki, zbyt bliski jak na tę pustą plażę. Serce podskoczyło. Przerwała natychmiast. Dłoń oderwała się od ciała, jakby sama się jej wyparła. Chwyciła ręcznik i szybko przeciągnęła go przez biodra, przykrywając to, co jeszcze przed chwilą było wystawione na słońce. Między nogami zostało mokre ciepło i niedokończone napięcie.

Obejrzała się.

W oddali szła para. Dość młoda. On i ona, w kostiumach, z ręcznikami pod pachą, śmiejący się o coś cicho. Monika leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach i piersiami nadal nagimi. Stanik leżał obok, w zasięgu ręki. Mogła go założyć. Nie założyła.

Sama nie rozumiała, dlaczego. Może naprawdę chciała, żeby ktoś to zobaczył. Albo tylko nie zdążyła się zdecydować, a teraz było już za późno, żeby ten gest nie wyglądał na ucieczkę.
Para zbliżała się właśnie do jedynego miejsca, gdzie piasku było więcej niż kamieni. Tego samego, które wybrała ona. Rozłożyli ręczniki nieopodal. Na tyle blisko, że słyszała już ich głosy wyraźniej, szelest materiału, odgłos butelki odstawianej na piasek.

Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła na piersiach słońce i nagle także ich obecność. Ręcznik krył dół ciała. Górę zostawiła odsłoniętą. Leżała tak, jakby nic się nie stało — tylko serce biło trochę za głośno, a pod ręcznikiem wciąż jeszcze pamiętała ruch własnego palca.

Dziewczyna usiadła jeszcze na chwilę obok niego. Coś do niego mówiła, ściszonym głosem, i śmiała się krótko, odchylając głowę. On odpowiadał, ale już nie całkiem przy niej. Monika słyszała tylko strzępy — że woda wygląda dobrze, że nie zostaną długo. Potem dziewczyna wstała, poprawiła ramiączka kostiumu i poszła w stronę morza. Jej kroki zagubiły się w piasku. Weszła do wody bez pośpiechu i wkrótce została tylko ciemną głową na tle słońca.
Zostali we dwoje.

On usiadł, opierając się na rękach, i przez chwilę naprawdę patrzył przed siebie. Potem wzrok ześlizgnął mu się w bok. Szybko. Jakby przypadkiem. Na jej piersi. Niewielkie, nagie, nadal wystawione na światło. Sutki były ciemniejsze na rozgrzanej skórze i zbyt wyraźne, żeby dało się je przeoczyć. Odwrócił oczy. Po kilku sekundach wrócił.
Monika to widziała.

Leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach, i czuła, jak to spojrzenie osiada na niej fizycznie. Miał może dwadzieścia dwa lata. Prawie chłopak. A patrzył na nią tak, jakby nie potrafił przestać. Wstyd przyszedł pierwszy. Zaraz za nim coś cieplejszego, gęstszego. Podniecenie wróciło nagle, ostro, jakby to, co przed chwilą robiła sama, wcale się nie skończyło, tylko czekało na świadka.

Pozwoliła sobie na więcej.

Przesunęła się trochę, niby szukając wygodniejszej pozycji. Ręcznik zsunął się z bioder nie od razu, tylko leniwie, jakby sam nie wiedział, czy jeszcze ma ją zasłaniać. Przytrzymała go palcami — za krótko. Materiał odsłonił najpierw linię brzucha, potem ciemniejszy ślad skóry między udami. Nie zasłoniła się. Uda rozchyliły się odrobinę, wystarczająco, żeby w pełnym świetle widać było jej nagą cipkę: wąskie wargi, wilgotny, różowy środek i łechtaczkę, która po tym wszystkim wciąż była wyraźna, trochę nabrzmiała, błyszcząca.
On patrzył.

Tym razem już nie udawał, że to przypadek. Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła jego wzrok tam, gdzie przed chwilą miała własny palec. I nic nie zrobiła, żeby mu to odebrać.

Monika otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
Najpierw w twarz. Potem niżej. Bez pośpiechu, prawie ciekawie, jakby miała do tego prawo. Kostium nie ukrywał już nic. Pod cienkim materiałem było widać, że mu stwardniało — wyraźnie, napięte, trochę nieporadne w tej nagłej twardej linii.
Uśmiechnęła się.

— Wiesz, że ci stwardniał?

Chłopak wzdrygnął się, jakby dopiero teraz sam to poczuł. Dłoń poszła w dół odruchowo, niezdarnie, zasłaniając to, czego i tak nie dało się już schować. Odwrócił wzrok, potem znów na nią, czerwony aż po szyję.

— Przepraszam. Nie chciałem się tak na panią patrzeć. Jakoś… samo wyszło.
Monika nie zasłoniła się. Ręcznik leżał tam, gdzie go zostawiła, a ona nadal była odsłonięta — piersi na słońcu, między udami wilgotna, gładka skóra, którą on przed chwilą tak długo ogarniał wzrokiem.

— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Naprawdę.

Chwilę milczeli. W wodzie Ania odwróciła się plecami, płynąc dalej.

— Jak masz na imię?
— Marek.
— A twoja dziewczyna?
— Ania.

Imię padło między nimi za zwyczajnie, jakby nie leżeli kilka metrów od siebie w takiej pozycji, w jakiej leżeli. Monika przygryzła lekko wargę. Palce poprawiły ręcznik tylko po to, żeby nic nie poprawić. Spojrzała na niego znowu.

— Podoba ci się moje ciało?

Marek przełknął ślinę. Kiwnął głową, zanim zdążył się opanować.
— Bardzo.

Urwał, jakby szukał bezpieczniejszego zdania. Nie znalazł.

— Najbardziej… ta wydepilowana cipka. I piersi. Że nie za duże. W sam raz.

Powiedział to ciszej niż resztę, prawie wstydząc się własnych słów. Monika nie odwróciła wzroku. Słońce było ciepłe, Ania daleko, a to zdanie zostało między nimi na piasku, nagie jak ona.

Monika usiadła najpierw, jakby jeszcze się wahała. Potem wstała.
Ręcznik odłożyła obok, powoli, bez pośpiechu. Nie zasłoniła się ręką. Nie odwróciła się bokiem. Stanęła tak, jak stała — naga, na piasku, w pełnym świetle — i przez chwilę po prostu dała mu na siebie popatrzeć. Szczupłe ciało, niewielkie piersi, ciemne krótkie włosy rozrzucone od wiatru, gładkie, wydepilowane miejsce między udami. Zrobiła to z całą świadomością. I z przyjemnością, która była już wyraźna: w oddechu, w ustach, w tym, że nie spieszyła się, żeby znowu usiąść.

Uśmiechnęła się.

— A twoja dziewczyna co na to, że podobają ci się takie stare laski?
Marek spuścił wzrok, potem znów go podniósł, jakby nie umiał wybrać. Przesunął się na ręczniku, zawstydzony, ale nie na tyle, żeby odwrócić twarz.

— Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Ania raczej nie jest jakoś wyjątkowo zazdrosna. Ale o panią… pewnie by była. Nie lubi, jak patrzę na piękne kobiety.

Monika podeszła o krok bliżej słońca. Odwróciła ramiona tak, żeby światło padło na nią wprost — na piersi, na brzuch, na mokrą jeszcze, gładką cipkę. Skóra zabłysnęła. Wszystko stało się ostrzejsze.

— Nie mów do mnie pani — poprawiła go cicho.

Monika stała nadal naga, zwrócona do słońca, i nawet nie udawała, że nie widzi, gdzie ma wzrok.

— Myślisz, że jak twoja dziewczyna wróci, będzie jej przeszkadzać, że opalam się nago?

Marek odpowiedział nie od razu. Ciągle był zapatrzony w jej ciało — w piersi, w wąską talię, w gładką, odsłoniętą cipkę, która w tym świetle wydawała się jeszcze bardziej naga.

— Raczej nie. Byliśmy już na plaży nudystów.

Uśmiechnęła się kątem ust. Skinęła brodą w dół, tam, gdzie on wciąż trzymał dłoń.

— A ty nie zasłaniaj się tak ręką. I tak widzę, że ci stoi. To naturalna reakcja. Nie masz się czego wstydzić.

Zrobiła mały krok, nie za blisko, tylko na tyle, żeby jej głos stał się bardziej prywatny.

— Póki jesteśmy sami… pokaż, co tam masz.

Marek uniósł na nią oczy, zmieszany.
— Jak to?
— Po prostu. Majtki w dół i pokaż mi go.

Przez chwilę nic nie zrobił. Oddychał płycej, jakby ciało już się zgodziło, a on jeszcze nie. Potem wsunął kciuki pod gumkę kąpielówek i zsunął je w dół.

Od razu, bez tkaniny, która go do tej pory przytrzymywała, wyskoczył duży, naprężony penis. Był obrzezany — żołądź całkiem odsłonięta, gładka, ciemniejsza od reszty, nabrzmiała i błyszcząca. Trzon gruby, napięty, z wyraźną żyłką po stronie, pulsuje trochę od tego, jak mocno stał. Skóra na nim była cienka, obcisła, bez fałdu, który mógłby cokolwiek schować. Cały był mokry. Nie od wody. Od niego. Przezroczysta, gęsta wilgoć zebrała się już na czubku i spłynęła cienką nitką w dół, aż po napięty trzon. Wisiorek cienia kładł mu się na udzie. Stał twardo, prawie pionowo, zbyt wyraźny jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował się zasłaniać.

Monika spojrzała na to bez pośpiechu. Uśmiechnęła się.

— O… jesteś obrzezany. Jak ładnie.

Marek przełknął ślinę. Kąpielówki zostały w połowie ud, a on nie wiedział, czy je podciągnąć, czy zostawić.

— Z jakiej to okazji?

— Na prośbę Ani — powiedział ciszej. — Podobają jej się obrzezani.

Monika potaknęła powoli. Wzrok miała nadal tam, na mokrej, odsłoniętej żołędzi, która błyszczała w słońcu.

— Mnie też.

Monika stanęła przed nim. Blisko. Naga, spokojna, jakby to on był teraz wystawiony, nie ona. Marek wciąż miał kąpielówki w dole ud, a penis — twardy, obrzezany, mokry na czubku — trzymał się między nimi zbyt wyraźnie, żeby dało się udawać, że rozmawiają o pogodzie.

— Skoro Ania wymagała od ciebie obrzezania — powiedziała cicho, prawie zwyczajnym głosem — to regularnie ci obciąga?

Zamrugał. Otworzył usta i zamknął je z powrotem.

— Dwa, trzy razy w miesiącu.

Monika skinęła lekko, jakby zapisywała to sobie w głowie.

— A pozwala ci wchodzić w dupkę?

Tym razem poczerwieniał już wyraźnie. Spojrzał przez ramię, ku wodzie, ale Ania była jeszcze daleko.

— Nie. Niestety się nie zdarza.

Westchnęła, krótko, z uśmiechem, który nie był do końca życzliwy.

— Szkoda. Takim atrakcyjnym facetom to najintymniejsze miejsce kobiety powinno się należeć.

Nie zdążył odpowiedzieć. Z wody dobiegł plusk, potem głos — nie słowa jeszcze, tylko dźwięk, że ktoś wraca. Oboje odwrócili głowy.

Ania szła ku nim powoli. Mokry kostium przylegał do niej ciemniej, cięższy od wody, włosy sklejone, sylwetka coraz wyraźniejsza na tle słońca.
Marek poruszył się pierwszy. Szarpnął kąpielówki w górę, za szybko, prawie nieporadnie, wciskając twardego jeszcze penisa pod materiał. Tkanina stanęła mu nienaturalnie. Odwrócił się trochę bokiem, jakby to mogło pomóc.

Monika schyliła się po ręcznik. Nie ubrała się. Przepasała nim tylko uda, ciasno, na tyle, żeby zasłonić to, czego Ania nie powinna zobaczyć od razu. Piersi zostawiła nagie. Stanęła tak, jakby od początku tylko opalała się nago i nic więcej.

Ania podeszła bliżej. Uśmiechnęła się najpierw do Marka, potem dopiero spojrzała na kobietę obok.

— To Monika — powiedział Marek za szybko, zanim ktoś zdążył zapytać. — Rozmawialiśmy. Wszyscy z Polski.

Ania uniosła brwi, jeszcze przyjazna, jeszcze nic nie wiedząc.

— A o czym?
— O wakacjach — skłamał. — O urlopie. Że wrzesień jest lepszy niż sierpień.

Monika uśmiechnęła się lekko, poprawiając ręcznik na udach.

Ania stała mokra, jeszcze z morza. Długie włosy ciemniały od wody i kleiły się do ramion, do obojczyków, do pleców. Kostium był cienki i obcisły, ciemny, i po kąpieli przylegał do niej jak druga skóra — do małych, zgrabnych piersi, do płaskiego brzucha, do bioder. Tuż pod piersiami, prawie na żebrach, miała mały tatuaż. Niewielki, ciemny, jeszcze błyszczący od wody. Wyglądała młodo. Pewnie. Jak ktoś, kto nie musi się tłumaczyć z własnego ciała.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział.

Cisza była niezręczna, gęsta, za długa na zwykłe przedstawienie przy plaży.
To Ania odezwała się pierwsza. Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała uważne.

— A ten ręcznik to w jakim celu pani na siebie założyła? Czyżby się pani mnie krępowała?
Monika zamarła.

Pytanie było proste. I przez to gorsze. Poczuła ciepło na twarzy, nagle, jakby ktoś odsłonił nie ciało, tylko ją. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy zaprzeczyć, czy w ogóle coś powiedzieć. Marek stał obok i milczał za głośno.

— Nie… — zaczęła i urwała.

Potem zrobiła to, czego sama od siebie nie oczekiwała. Chwyciła ręcznik, zsunęła go z ud i rzuciła na piasek. Została znowu naga. Całkiem. W słońcu, przed nimi obojgiem.

— Nie chciałam się zbytnio obnażać publicznie — powiedziała.

Głos miała równy. Prawie. W środku było inaczej. Czuła się skrępowana aż do gardła. Że taka młoda siksa potrafiła ją zawstydzić. Że to ona, starsza, pewniejsza jeszcze przed chwilą, teraz stoi rozebrana nie dlatego, że sama tak chciała, tylko dlatego, że tamta ją do tego zmusiła jednym zdaniem.

Ania spojrzała na nią spokojnie. Na piersi. Niżej. Potem znowu w twarz.

Nie spieszyła się. Słońce schło jej na ramionach, mokry kostium ciemniał, a ona stała tak, jakby miała do tego ciała więcej prawa niż sama Monika.

Potem raptem padło pytanie.

— Znam takie osoby jak pani. Podnieca was nagość. To, że ktoś patrzy. I do tego jeszcze to uczucie zawstydzenia i skrępowania. Czy nie mam racji?

Monika otworzyła usta i nic z nich nie wyszło.

Serce uderzyło mocniej, głupio, jak u przyłapanej. Chciała zaprzeczyć. Albo się zaśmiać. Albo powiedzieć, że to nie tak. Ale Ania patrzyła za uważnie, a Marek stał obok i słyszał każde słowo. Wstyd wszedł jej pod skórę głębiej niż słońce.

Skinęła głową. Lekko. Prawie niechętnie.

— Tak.

To było wszystko, co zdołała z siebie wydusić. Jedno słowo, ciche, zawstydzone, i nagle cała jej nagość przestała być tylko ciałem na plaży. Stała się odpowiedzią.

CDN
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Ania przyjrzała się jej jeszcze chwilę, jakby odmierzała, ile z tamtej „pani” zostało po jednym tak. Potem pokręciła głową z lekkim uśmiechem.

— Skoro tak łatwo się rozebrałaś na pokaz, nie wypada, żebym zwracała się do ciebie per pani.
Powiedziała to spokojnie. Bez złośliwości na głos. Tym gorzej.

— Obróć się. Stań tyłem. Chętnie popatrzymy.

Monika drgnęła. Przez sekundę wyglądała, jakby nie dosłyszała. Potem zrobiła to. Obróciła się na piasku i stanęła do nich plecami. Ramiona miała sztywne, łopatki uniesione, krótkie ciemne włosy odsłaniały kark. Od tyłu było widać całą jej szczupłość: wąską talię, równe linie pleców, zgrabne, napięte pośladki, długie nogi. Nic się nie trzęsło. Nic nie prosiło. A jednak stała tak, bo jej kazano.

Ania przez chwilę nic nie mówiła. Potem odezwała się już do Marka, ciszej, ale na tyle wyraźnie, żeby Monika słyszała każde słowo.

— Ładny tyłek. Na trzydzieści osiem lat aż za ładny. I te plecy. Nie wygląda, jakby miała się wstydzić, a stoi jak uczennica.

Marek milczał. Ania spojrzała w dół, na jego kąpielówki, i uniosła brew.
— Serio?

Głos miała rozbawiony, ale ostry.

— Wracałam z wody, a tobie znowu stanął. Na nią. Na kobietę, która mogłaby być ci ciotką. Nie na mnie. Stoisz przy swojej dziewczynie i twardniejesz, bo starsza pani pokazała ci cipkę na plaży.
Marek przesunął się, zawstydzony.

— Ania…
— Nic. Widziałam.

Obejęła wzrokiem nagie plecy Moniki jeszcze raz, wolniej.

— No i co, podoba ci się od tyłu też? Bo mnie akurat tak. Taka grzeczna, a rozbiera się dla obcych. Tylko nie udawaj, że ci nie stanęło. Stoi ci na nią, nawet jak patrzy w drugą stronę.
Monika zacisnęła palce. Słyszała to wszystko tyłem. Słońce miało ją na karku, na pośladkach, na zgięciach kolan. Nie odwróciła głowy. Została tak, jak Ania kazała — naga, odwrócona, słuchająca, jak młodsza dziewczyna i jej chłopak omawiają ją kawałek po kawałku, a wstyd spływał jej po plecach cieplej niż powietrze.

— Stań przodem.

Monika odwróciła się. Wolniej niż przed chwilą. Stanęła naga, twarzą do nich. Słońce padło jej prosto na piersi, na brzuch i niżej, na gładką, odsłoniętą cipkę. Nie wiedziała, gdzie podziać oczy, więc zostawiła je nisko, gdzieś przy piasku.

Ania skinęła palcem na Marka.

Wstał niepewnie. Stanął obok niej, za blisko Moniki jak na kogoś, kto przyszedł tu z własną dziewczyną. Ania najpierw nawet na niego nie spojrzała. Wsunęła tylko dwa palce pod gumkę jego kąpielówek i sprawdziła, jak mocno materiał obciąga mu krocze.

Potem ściągnęła mu je jednym ruchem.

Do samego dołu. Bez ostrzeżenia. Kąpielówki zjechały na kostki, a spod nich od razu wyskoczył twardy, wilgotny penis. Był obrzezany, gruby, z całkiem odsłoniętą żołędzią. Na czubku miał świeżą kroplę, która spływała po napiętym trzonie. Pulsował. Nie dało się tego schować.

Ania przytrzymała mu kąpielówki w dole ud, żeby nie mógł ich podciągnąć.

— Widzisz, jak na niego działasz — powiedziała do Moniki.

Głos miała spokojny, prawie jak przy zwykłej uwadze.

— Powinnaś się wstydzić. Chodzisz tu naga po plaży. Przed cudzym chłopakiem. Jeszcze takim młodym. Popatrz. Nawet go nie dotknęłaś, a stoi jak byk.

Marek zacisnął szczękę. Chciał się schylić i podciągnąć majtki. Ania nie puściła. Monika stała naprzeciwko i widziała wszystko za dokładnie: mokrą żołądź, napięcie, to, jak jego ciało reaguje na nią szybciej niż on sam. Wstyd wszedł jej pod skórę razem z gorącem. Nie dlatego, że była naga. Dlatego, że Ania pokazała jej ten penis jak dowód. I zostawiła ich tak — ją rozebraną słowem, jego rozebranego gestem — w pełnym słońcu.

Ania uśmiechnęła się. Nie szeroko. Tak, jakby Monika wreszcie potwierdziła coś, co ta już wiedziała.

— W życiu bym nie pomyślała, że spotkam uległą kobietę w twoim wieku. I to na plaży. I jeszcze nagą.

Poprawiła mokry kostium na ramieniu i skinęła brodą w stronę piasku.

— Przynieś mi twoje ubrania. I ręcznik.
Monika poczuła, jak wszystko w niej się spina. Chciała powiedzieć dość. Schylić się po ręcznik, owinąć biodra, skończyć to, zanim zajdzie dalej. Zamiast tego pochyliła się. Zebrała stanik, majtki, ręcznik. Piasek osypał się jej z materiału na stopy. Podeszła i podała to Ani milcząc, jakby sama nie wierzyła, że to robi.

Ania włożyła wszystko do plażowej torby. Zapięła ją bez pośpiechu.

— Na razie nie będą ci potrzebne.

Potem stanęła trochę z tyłu za Markiem. Objęła go ramieniem, a drugą ręką sięgnęła w dół. Wzięła jego penisa w dłoń. Powoli. Pewnie. Palce zamknęły się na wilgotnym, naprężonym trzonie i zaczęły iść w górę i w dół, leniwie, jakby pokazywała Monice, do kogo to należy. Marek wciągnął powietrze. Ania nawet na niego nie spojrzała.

Patrzyła na Monikę.

— Wiesz, jak nazywa się takie zachowanie jak twoje?

Monika pokręciła głową. Głos miała cieńszy niż przed chwilą.

— Nie wiem.

— Uległa dziwka. Tak się zachowujesz.

Ręka Ani nie przyspieszyła. Tylko zacisnęła się odrobinę ciaśniej na nim.

— Jestem ciekawa, jak daleko się posuniesz.
Monika otworzyła usta i nic nie przyszło. Stała naga, bez ręcznika, bez ubrań, naprzeciwko nich. Widziała, jak Ania masturbuje Marka jej widokiem. Wstyd i podniecenie siedziały w niej w tym samym miejscu.

— Chyba… dotarłam już do granicy — powiedziała cicho.
Ania zaśmiała się. Krótko. Prawie ciepło.

— Na pewno nie.

Ania nie zwolniła ręki. Palce ślizgały się po mokrym, obrzezanym penisie Marka wolno, równo, jakby miała na to cały wieczór.
— Obciągałaś kiedyś takiego obrzezanego?

Monika pokręciła głową.

— Nie.

— To nie jest takie łatwe — powiedziała Ania, nadal patrząc na nią, nie na niego. — Obrzezany jest mniej czuły. Trzeba dłużej. Pewniej. Nie wystarczy tylko polizać czubka i czekać, aż sam dojdzie.

Ścisnęła go mocniej przy żołędzi. Marek wciągnął powietrze.

— Teraz uklęknij przed nim. Ale go nie dotykaj. To mój facet. Nie twój.

W Monice uniósł się sprzeciw od razu. Ostry, gorący, prawie rozsądny. Miała męża. Miała jeszcze resztkę twarzy. Mogła się wyprostować, zażądać ubrań, odejść. Zamiast tego zgięły się jej kolana. Piasek wszedł jej pod skórę. Im bardziej czuła się uległa, tym bardziej było jej mokro. Klęknęła przed Markiem. Jego penis znalazł się blisko jej twarzy — ciepły, napięty, pachnący skórą i solą. Żołądź błyszczała tuż przy jej ustach. Nie dotknęła. Aż palce jej zadrżały od tego, że nie wolno.

— Wiem, że chciałabyś mu obciągnąć — spokojnie rzuciła Ania. — Bo jesteś wyjątkowo uległą dziwką. Ale na razie tylko obserwuj.
Przyspieszyła. Ręka chodziła już krócej, ciaśniej, mokrym dźwiękiem po naprężonym trzonie. Kropla spłynęła z czubka i zawisła, zanim spadła w piasek obok kolan Moniki.

— Masz kogoś?

Monika uniosła oczy. Głos miała nierówny.

— Męża.

— I jaki seks z nim uprawiasz?

Zawahała się. Ania nie zwolniła.

— Głównie klasyczny. Czasami mu obciągam. Czasami… daję w tyłek.
Ania uśmiechnęła się krótko, jakby dostała dokładnie to, czego chciała.

— Czyli nie taka święta.
Ręka na Marku poszła jeszcze szybciej. On zacisnął szczękę, biodra same drgnęły do przodu. Było widać, że już nie trenuje cierpliwości. Żyłka na trzonie nabrzmiała. Żołądź ściemniała, mokra, napięta do pęknięcia.

— Usta — powiedziała Ania. — I język na zewnątrz.

Monika pokręciła głową. Cienko.

— Nie…

— Rób, co mówię.

Otworzyła usta. Najpierw trochę. Potem szerzej. Język wyszedł sam, wilgotny, posłuszny wcześniej niż ona. Klęczała naga, z twarzą podstawioną, i nie dotykała go nawet oddechem za blisko. Ania szarpnęła Marka ostatnimi, krótkimi ruchami.
Doszedł z niskim, zdławionym dźwiękiem.

Gorąca sperma trysnęła mu z żołędzi prosto na usta Moniki. Potem na język. Potem wyżej, na policzek, na brzeg warg. Gruba, ciepła, słona. Nikogo nie dotknęła. Ani jego skóra nie starła się z jej skórą. Tylko to, co z niego wyszło, osiadło na niej jak znak. Kolejny strumień spadł jej na brodę i spłynął powoli po języku, gęsty, ciągnący się. Kapało jej z wargi na piersi.
Stała tak — klęczała — z twarzą oblepioną, z nasieniem na języku, i nie wiedziała, czy ma się odsunąć, czy przełknąć sama.

Ania nie dała jej tego wyboru.

— Połknij.

Monika zamknęła oczy. W środku było nie. Ostre, wyraźne nie. I i tak zebrała język. Ciepłe, słone, obce weszło jej do gardła. Przełknęła. Raz. Potem drugi, bo na wardze została jeszcze smuga i Ania patrzyła. Wstyd uderzył ją mocniej niż smak. A pod tym wstydem, nisko, między nagimi udami, ciało odpowiedziało tak głośno, że przez chwilę bała się, że Ania to też zobaczy.

Ania nie podała jej ręcznika. Nawet nie pozwoliła jej zetrzeć twarzy. Sperma lśniła Monice na wardze i na policzku, ciepła jeszcze, gęsta.

— Opisz.

Monika uniosła na nią oczy, wciąż na kolanach.

— Co?

— Smak. I to, co teraz czujesz. Szczerze.

Milczała chwilę. Język miała ciężki, obcy. Sperma zostawiła na nim słony, gorzki, ciepły ślad. Nie był to smak, który dało się pomylić z czymkolwiek innym. Gęsty. Lekko metaliczny. Taki, który zostaje pod podniebieniem i nie chce zejść razem z jednym przełknięciem.

— Jest słona — powiedziała cicho. — I ciepła. Gęstsza, niż myślałam. Czułam ją na języku, zanim ją połknęłam. Potem w gardle. Nadal ją czuję.
Ania czekała. Palce miała jeszcze na więdnącym, mokrym penisie Marka, ale wzrok tylko na Monice.

— A ty? Nie smak. Ty.
Monika wciągnęła powietrze. Chciała powiedzieć coś rozsądnego. Nie umiała.

— Było mi bardzo wstyd. I upokarzająco. Klęczeć nago, z otwartymi ustami, i czekać, aż spryska mi twarz. Nigdy w życiu czegoś takiego nie czułam. Ani przy mężu. Ani sama. To było… brudne. Jakbym przestała być sobą.
Przełknęła. Sperma zostawiła na języku jeszcze jeden, cieńszy posmak.

— A jednocześnie byłam podniecona. Mocno. Aż mnie zatkało, jak to na mnie spadło. Wstyd, upokorzenie i to mokre napięcie na raz. Sama nie wiem, co o tym sądzić. Wiem tylko, że nie odeszłam. I że połknęłam, chociaż nie chciałam.
Ania uśmiechnęła się ledwie.

— To już coś wiesz. Resztę też się dowiesz.

Ania puściła miękkiego już penisa Marka. Przez sekundę wisiał bezwładnie, wilgotny, zmniejszony, jeszcze błyszczący po tym, co przed chwilą zrobił Monice na twarz.

Potem, znienacka, uderzyła go.

Z całej siły. Dwa razy. Otwartą dłonią, prosto w miękkie, wrażliwe ciało. Marek zgiął się z cichym, zduszonym dźwiękiem, jakby nie zdążył nawet zrozumieć, że to się dzieje. Sam nie mógł uwierzyć. Że po tym wszystkim, po plaży, po tym jak Ania sama go masturbowała i sama wycelowała w usta

Moniki, dostał za to po swoim.

— A ty jak będziesz się spuszczał przy każdej lasce, którą zobaczysz, to cię zostawię — powiedziała równo, bez krzyku. — Masz się kontrolować.

Następnym razem.

Odetchnął ostro, z twarzą ściągniętą.

— To, że ona zachowuje się jak dziwka, nie oznacza, że ty możesz sobie pozwalać na co chcesz. Ubieraj się. I zbieraj nasze rzeczy.
Marek nie dyskutował. Podciągnął kąpielówki, schylił się po ręczniki, butelki, jej klapki. Ręce mu się trochę trzęsły, ale polecenie wykonał od razu.
Ania odwróciła się do Moniki. Ta nadal klęczała. Naga. Z spermą na ustach, na policzku, na brodzie. Biała, gęsta smuga spłynęła jej już niżej, ku szyi.

— A co do ciebie — rzuciła Ania — to nie skończyłyśmy.

Sięgnęła do torby. Wyjęła telefon. Nie uprzedziła. Ekran kliknął raz, drugi, trzeci. Seria zdjęć. Naga Monika na kolanach, krótko obcięte ciemne włosy, piersi odsłonięte, twarz mokra od spermy, która lśniła jej w słońcu jak dowód.

— Co robisz? — zaprotestowała Monika, unosząc rękę za późno.

— Nic. Taka gwarancja twojego posłuszeństwa.

Schowała telefon do torby, w której już leżały ubrania Moniki.

— Jutro przyjdziesz tu o tej samej porze. W to samo miejsce. Jeśli chcesz odzyskać zdjęcia.

Potem odwróciła się i poszła w stronę Marka. Nawet nie obejrzała się drugi raz. On podniósł ich rzeczy i poszedł za nią, milcząc. Zostawili po sobie tylko ślady stóp i to, czego Monika nie zdążyła zetrzeć z twarzy.

Została sama.

Wstała nie od razu. Piasek kleił się do kolan, sperma do skóry, myśli biły się w niej bez ładu. Mogła krzyczeć. Mogła ich gonić. Mogła iść do męża i powiedzieć wszystko. Zamiast tego przez długą chwilę stała naga na pustej już plaży i czuła, że to „jutro” weszło w nią głębiej niż smak, który nadal miała na języku.

W swojej torbie miała cienką, prześwitującą narzutę. Założyła ją na nagie ciało. Materiał prawie nic nie zasłaniał, tylko oblepiał piersi i biodra, a pod słońcem było widać zarys sutków i ciemną kreskę między nogami. Wsunęła stopy w klapki. Torba plażowa poszła jej pod pachę, przyciśnięta do brzucha, jakby mogła zasłonić to, czego narzuta nie brała.

Ruszyła do domu.

Każdy krok był za długi i za krótki jednocześnie. Wstyd wracał falami. Podniecenie nie odeszło do końca. A w głowie, mimo sprzeciwu, kręciło się już tylko jedno: że Ania ma jej zdjęcia. I że jutro, o tej samej porze, znowu tu wróci.
 
Mężczyzna

bigboy666

Erotoman
Świetne opowiadanie. Ciekawe i bardzo dobrze napisane. Naprawdę się wciągnąłem i jednocześnie podnieciłem. Zaletą jest to, że widać tu rękę kobiety. Pisz więcej.
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Monika zmierzała ku plaży, Ania już czekała Siedziała w tym samym miejscu co wczoraj, tam gdzie piasek był drobniejszy i cieplejszy. Czarny jednoczęściowy kostium trzymał ją całą, na to miała szorty i rozpiętą cienką koszulę. Włosy związane. Okulary na nosie. Torba leżała obok, zamknięta. Marka nie było.

Monika zobaczyła ją z daleka i zwolniła. Jasna sukienka kleiła się do ud od ciepła, pod spodem nowy czarny kostium, klapki, torba ściśnięta w dłoni. Szła jak ktoś, kto jeszcze może zawrócić. Nie zawróciła. Stanęła kilka kroków za blisko, żeby to było przypadkowe, i kilka za daleko, żeby usiąść sama.

Ania zdjęła okulary.

— Przyszłaś.
— Przyszłam.

Ania zmierzyła ją wzrokiem od ramiączek po klapki.

— Sukienkę zdejmij. Zostajesz w kostiumie.

Monika zawahała się tylko chwilę. Palce znalazły ramiączka same. Sukienka zeszła jej w dół, lekka, pognieciona od drogi, i została w ręku jak coś, czego nie miała gdzie podziać. Została w czarnym dwuczęściowym kostiumie. Szczupła, spięta, nagle dużo bardziej widoczna niż przy wejściu.

— Teraz możesz usiąść.

Usiadła na piasku przed nią. Kostium był obcisły. Słońce od razu wzięło ramiona i brzuch.
Ania zapytała o powrót tak spokojnie, jakby chodziło o pogodę. Monika odpowiedziała ciszej, niż chciała. Wróciła w cienkiej narzucie, prawie naga pod spodem. Mąż siedział na tarasie. Czytał. Uniósł tylko rękę na powitanie. Niczego nie zobaczył. Nie zapytał o kostium. Weszła do łazienki i stała chwilę przy umywalce, zanim umiała na siebie spojrzeć. Wieczorem poszli do tawerny. Jadła. Kiwała głową. Kłamała milczeniem.

Ania słuchała, a potem nagle się zaśmiała. Cicho, niedowierzająco, jakby dopiero teraz ułożyła sobie ten obraz do końca.

— Czyli wczoraj klęczałaś nago, z językiem na wierzchu, i połykałaś spermę mojego faceta jak drinka. Ciepłą. Gęstą. Prosto z jego kutasa na usta. A potem wróciłaś do męża, umyłaś twarz i usiadłaś z nim do kolacji. Jak gdybyś nie miała jeszcze na
języku obcego smaku.

Monika poczerwieniała. Między piersiami kostium zrobił się ciaśniejszy od oddechu.

— To był pierwszy raz? — zapytała Ania. — Pierwszy raz, kiedy połknęłaś spermę nie swojego męża? Przy kimś. Na rozkaz. Z twarzą pełną tego, co z niego wyszło.

Monika kiwnęła głową. Cicho.

— Tak. Pierwszy.

Ania uśmiechnęła się wolniej.

— I mimo to dziś tu jesteś. Nadal mówisz, że przyszłaś po zdjęcia.

Monika milczała dłużej, niż powinna. Słońce piekło ją w ramiona, czarny kostium przylegał do piersi i do wąskiego paska skóry na brzuchu. W głowie wracały wczorajsze zdjęcia: ona na kolanach, naga, z gęstą spermą na wardze i na policzku.

— Nie chciałabym, żeby ktoś oglądał te zdjęcia — powiedziała wreszcie.

Głos miała niski, ściśnięty. Nie chodziło o wstyd wobec Ani. Chodziło o męża. O rodzinę. O kogoś, kto zna jej imię i nie powinien zobaczyć jej twarzy oblanej obcym nasieniem.

Ania słuchała z lekkim uśmiechem.

— Dlaczego? Przecież cię podnieca, jak ktoś patrzy na ciebie jak na dziwkę.
Monika nie zaprzeczyła. Spojrzała w piasek, a ciało odpowiedziało za nią szybciej niż usta. Sutki stwardniały pod cienkim materiałem kostiumu. Między udami zrobiło się ciepło, mokro, znajomo.

— Nie chcę, żeby zobaczył je mąż. Albo ktoś z rodziny. Ktoś, kto mnie zna.
Ania przechyliła głowę.

— A inni? Jak patrzą — to cię kręci.
Monika wciągnęła powietrze. Wstyd i prawda siedziały jej w ustach obok siebie.

— Tak. Bardzo. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Dopiero tu, na tym piasku, przy Ani, zrozumiała, że to nie zaczęło się wczoraj. Że było w niej wcześniej. Tylko nigdy nie miało świadka, który potrafiłby to nazwać.

Ania bawiła się końcówką związanych włosów i uśmiechała się lekko, jakby miała czas.

— Posłuszna. Uległa. Oddana.

Odmierzała słowa spokojnie, patrząc Monice prosto w twarz.

— Czy to dobrze opisuje twój charakter? Chciałabyś sprawdzić, czy faktycznie taka jesteś?

Monika zawahała się. W kostiumie było jej nagle za ciasno. Pokiwała głową niepewnie, prawie niewidocznie.
Ania rozejrzała się dookoła. W pobliżu nie było nikogo. Kilka osób leżało dalej na plaży, zbyt daleko, żeby słyszeć,

wystarczająco blisko, żeby przy ostrzejszym świetle dało się kogoś rozpoznać.

— W takim razie wstań. I rozbierz się do naga.

Monika wstała wolno. Najpierw sięgnęła do zapięcia stanika kostiumu. Materiał zsunął się z niewielkich piersi, sutki od razu stwardniały od powietrza. Potem kciuki weszły pod gumkę majtek. Zsunęła je po udach, po kolanach, aż czarny kostium został na piasku. Stanęła naga. Szczupła, krótko obcięta, z gładkim, odsłoniętym krocem i rumieńcem, którego nie dało się schować.
Ania sięgnęła do torby bez pośpiechu. Wyjęła stamtąd ciężki, metalowy korek. Był większy, niż powinien być przedmiot schowany w plażowej torbie. Stalowe ciało lśniło chłodno w słońcu, gładkie, obłe, lite. Czubek miał kształt zaokrąglonej, szerokiej główki, potem zwężał się w krótki, gruby trzon i kończył się krążkiem, za który dało się złapać. Gdy Ania przekładała go z dłoni do dłoni, było słychać jego ciężar.

Uniosła korek trochę wyżej, żeby Monika dobrze go widziała. Potem wsunęła palec między usta i zwilżyła go śliną. Poślinionym czubkiem palca dotknęła najpierw główki zatyczki. Ślina błysnęła na metalu. Palec zjechał w dół po chłodnej powierzchni, obkręcił trzon, jeszcze raz, aż cały korek zrobił się mokry i lśniący, jakby już był do użycia.
Dopiero wtedy Ania uniosła na nią oczy.

— Wiesz, co to jest?

Monika patrzyła na mokry metal i pokręciła głową.

— Nie wiem. Może jakaś figurka.

Ania obróciła mokry korek w palcach, powoli, tak żeby słońce przejechało po całej jego gładkiej powierzchni.

— To taki mały, prywatny przedmiot. Wchodzi tam, gdzie zwykle nikt nie ma wstępu. W najciaśniejsze, najintymniejsze miejsce. Rozpycha się. Penetruje. Zostaje w tobie, zimny i twardy, nawet kiedy stoisz i udajesz, że nic się nie dzieje. I właśnie tym sprawdza, jak bardzo jesteś oddana.

Nie słowem. Tym, czy rozchylisz się i przyjmiesz go, chociaż ci głupio.

Monika przełknęła. Gardło miała suche, a ciało — nie. Nogami czuła ciepło piasku, a wzrokiem chłodny błysk metalu, wciąż mokrego od śliny Ani. Wyobrażenie przyszło za szybko: ciężka główka przy jej zaciśniętym otworze, powolne wtłaczanie, uczucie, że ktoś zajmuje ją od środka na oczach plaży.

Kiwneła głową znowu. Niepewnie. Ale kiwnęła.

Ania uklękła przed nią na piasku.

Uniosła metalowy korek do twarzy i oblizała go językiem. Wolno, od podstawy aż po zaokrągloną główkę. Ślina zostawała na chłodnej stali cienką, błyszczącą warstwą. Jeszcze raz przejechała językiem po trzonie i obróciła przedmiot w palcach, aż cały był mokry.

Potem położyła dłoń na pośladku Moniki.

Monika drgnęła. Po raz pierwszy dotykała jej kobieta. Dłoń Ani była ciepła, pewna i nie pytała o zgodę drugim gestem. Ujęła oba pośladki i rozchyliła je. Najpierw ostrożnie, potem wyraźniej, aż słońce i powietrze doszły do miejsca, które Monika zawsze trzymała schowane. Stała naga na plaży, zawstydzona do granic, z rozwartymi pośladkami przed klęczącą dziewczyną.
Ania zwilżyła palec śliną i położyła go wprost na odbycie. Monika zacisnęła się odruchowo. Palec zatoczył małe koło, rozprowadził wilgoć po zaciśniętym otworze i wcisnął odrobinę śliny do środka.

Zanim zdążyła to zrozumieć, poczuła zimno.

Czubek korka przywarł do odbytu. Metal był twardszy i chłodniejszy niż palec. Ania przytrzymała ją za biodro i zaczęła naciskać. Najpierw tylko opierała główkę o ciasny otwór. Potem wciskała. Monika ściągnęła pośladki i spróbowała odsunąć się do przodu.

— Nie… — wydusiła.

Ania nie odpuściła. Nacisk był coraz silniejszy. Główka rozpychała odbyt milimetr po milimetrze, śliska, obła, nieubłagana. Monika sapnęła. Palce wpiły się w puste powietrze, bo nie miała się czego złapać. Wstyd palił ją mocniej niż rozciąganie. Czuła, że stoi nago, że ktoś może spojrzeć z daleka, i że Ania i tak nie przestanie.

Korek wchodził coraz głębiej. Ciasny pierścień najpierw bronił się, potem ustępował, piekąc i pulsując wokół metalu. Ania wcisnęła mocniej. Jeszcze mocniej. Przez sekundę opór był największy — szeroka główka rozpierała ją na granicy.
Potem korek wszedł.

Wskoczył do środka jednym, mokrym, ostatecznym ruchem i został zatrzymany przez krążek. Odbyt zacisnął się za główką i wessał przedmiot głęboko, mocno, jakby sam nie chciał go oddać. Monika jęknęła. Zimny, ciężki metal wypełnił ją od środka. Stała naga, z korkiem w pupie, spłoniona ze wstydu, i czuła każde jego milimetry.

— Opss.

Uśmiechnęła się Ania.

— Ale się zassał. Nie wiem, jak go teraz wyciągniemy.

Monika nie potrafiła odpowiedzieć. Stała naga, z rozchylonymi trochę nogami, i czuła ten przedmiot o wiele wyraźniej, niż była gotowa przyznać. To nie był tylko obcy kształt w odbycie. Metal wypełniał ją głęboko, długi, ciężki, twardy. Sięgał dalej, niż się spodziewała. Naciskał od środka na brzuch, na całe ciało, na oddech. Przy każdym spięciu mięśni korek poruszał się w niej minimalnie i przypominał, że już tam jest.

Wstyd uderzył ją falą. Potem upokorzenie. A pod spodem, nisko, tam gdzie nie chciała tego czuć, rosło ostre, mokre podniecenie. Stała na plaży z zatyczką wsuniętą głęboko w pupę i nie wiedziała, co z tym zrobić. Wiedziała tylko, że Ania uśmiecha się nadal, a ona nawet nie próbuje się schylić i wyjąć tego sama.

Ania spojrzała na nią z uśmiechem, trochę z góry, jakby oglądała skutek własnej roboty.

— Zrobiłaś się mokra jak zwykła dziwka. I pomyśleć, że wystarczyło wsadzić ci coś w tyłek.
Monika nie zdążyła zasłonić się ręką. Między udami naprawdę było mokro. Korek siedział w niej głęboko, ciężki, obcy, i przy każdym oddechu przypominał o sobie.

Ania wyjęła telefon.

— Teraz pozuj. Chcę widzieć cię całą. Twarz i tyłek.

— Miałaś oddać zdjęcia — zaprotestowała Monika. — Nie robić więcej.

Ania nawet nie podniosła oczu znad ekranu.

— Nie żartuj.

Pierwsze zdjęcie zrobiła od razu. Monika stała jeszcze sztywno, naga, z rumieńcem na twarzy i dłońmi, które nie wiedziały, czy iść w dół, czy zostać wzdłuż ciała. Ania podeszła bokiem.

— Odwróć się.

Potem, ciszej:

- Pochyl się.

Monika odwróciła się. Pochyliła. Pośladki rozeszły się same, a między nimi błysnął krążek korka. Migawka kliknęła jeszcze raz. I jeszcze. Ania kazała jej spojrzeć przez ramię. Potem stanąć bokiem. Potem znowu przodem, z rękami za plecami, żeby nic nie zasłaniało piersi ani gładkiego krocza.

Monika protestowała już tylko oddechem. Ciało robiło swoje wcześniej niż duma. Ustawiała barki. Odchylała biodra. Unosiła twarz, choć oczy miała pełne wstydu. Pozowała mimowolnie, jakby Ania trzymała ją nie telefonem, tylko tym, co siedziało w niej od środka.

Ania krążyła. Klękała. Wstawała. Zdjęcia szły jedno po drugim: twarz, piersi, mokra cipka, rozchylone pośladki, metal w jej pupie. Na plaży pachniało solą i ciepłem, a Monika słyszała tylko te krótkie kliknięcia i własny, zbyt płytki oddech.

Ania schowała telefon na sekundę i spojrzała jej na twarz, potem niżej.

— I widzisz. Nie bolało. A do tego cię to podnieca.

Monika nie zaprzeczyła. Stała naga, z korkiem głęboko w sobie, i czuła, że między nogami jest mokro od samego stania w tej pozie.

— Zrobię ci tę przyjemność — powiedziała Ania ciszej. — Bo wiem, że tego pragniesz. Tylko nie
powiesz.

Monika otworzyła usta.

— Zdjęcia…

— Odzyskasz. Może. Po powrocie do Warszawy. Jeśli będziesz się słuchać.

Spróbowała protestować. Że tak nie było umówione. Że miała je dostać dziś. Ania zbyła to jednym ruchem ręki, jak muchę.

— Kiedy miałaś orgazm ostatni raz?

Monika spuściła wzrok.

— Nie pamiętam dokładnie. Sama. Ze dwa, trzy tygodnie temu.

Ania uniosła brwi, naprawdę zdziwiona.

— Tak rzadko to robisz?

Monika nic nie odpowiedziała.

— To się zmieni. Ale na razie koniec dyskusji. Chcę więcej zdjęć.
Telefon wrócił na wysokość twarzy. Tym razem Ania nie kazała jej stać prosto. Podeszła bliżej i ustawiała ją dłońmi, krótko, konkretnie.

— Na kolana.

Monika uklękła na piasku. Kolana rozsunęły się same. Ania stanęła nad nią i zrobiła zdjęcie z góry: twarz uniesiona, piersi odsłonięte, brzuch napięty, korek niewidoczny, a wstyd bardzo.

— Teraz na czworaka.

Monika pochyliła się. Dłonie wpiły się w ciepły piasek. Pośladki uniosły się wyżej, rozchylone, i metalowy krążek błysnął między nimi. Ania klęknęła z tyłu i fotografowała z bliska. Najpierw całe plecy. Potem sam tyłek. Potem to ciasne miejsce, w którym korek siedział jak znak.

— Spójrz na mnie.

Monika odwróciła głowę przez ramię. Włosy miała krótkie, twarz rozpaloną, usta lekko otwarte. Migawka kliknęła w tej sekundzie, w której nie zdążyła jeszcze ułożyć miny.
Ania kazała jej położyć się na plecach. Nogi ugięte, stopy na piasku, kolana na zewnątrz. Czarny kostium leżał obok, zbędny. Ania stanęła między jej kolanami i zrobiła serię zdjęć z bardzo bliska: gładka, mokra cipka, małe piersi, twarz, która już nie umiała udawać obojętności.

— Przytrzymaj się za kolana. Rozchyl się.

Monika zrobiła to. Wstyd szedł jej po brzuchu w dół, a ciało i tak słuchało. Ania fotografowała wolno, dokładnie, jakby miała czas i prawo. Każde kliknięcie było jak kolejny palec na niej. Monika oddychała płytko i czuła korek od środka przy każdym zdjęciu, przy każdym rozchyleniu, przy każdym „jeszcze tak”.

Ania nie mówiła już wiele. Tylko ustawiała. I robiła zdjęcia coraz intymniejsze, aż Monika przestała rozumieć, czy pozuje, żeby skończyć, czy dlatego, że nie potrafi przestać.

— Wystarczy.

Ania podeszła. Monika leżała jeszcze na plecach, z rozchylonymi kolanami, z korkiem głęboko w sobie i z taką pustką między nogami, że prawie bolała. Miała ochotę, żeby Ania wreszcie ją dotknęła. Żeby włożyła palce, przycisnęła łechtaczkę, doprowadziła do orgazmu i skończyła to napięcie, które rosło od wczoraj. Ania stanęła blisko. Na tyle blisko, żeby Monika poczuła jej cień. I nie dotknęła.

— Wiem, co myślisz — odezwała się nagle. — Chciałabyś, żebym cię wymacała. Żebym zrobiła ci orgazm.

Uśmiechnęła się krótko.

— Ale jestem hetero. Lubię tylko takie uległe szmatki jak ty. Nie martw się. Coś ci pokażę.

Wyjęła telefon. Odwróciła ekran. Zaczęła przewijać.
Zdjęcia szły jedno po drugim. Młodzi faceci. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat, nie więcej. Krótkie włosy, ramiona, brzuchy. Większość naga. Na kolejnych kadrach mieli już twarde, naprężone penisy, trzymane w dłoni albo zostawione tak, żeby było widać wszystko. Ania nie przyspieszała. Dawała Monice czas, żeby każde zdjęcie zdążyło opaść.

— Poznaj moich znajomych.

Monika odwróciła twarz. Rumieniec wszedł jej aż na szyję.

— Nie…

— Jak będziesz chciała odzyskać zdjęcia, udowodnisz mi, że jesteś oddana. Zaprezentujesz się nago
przed nimi wszystkimi.

Monika pokręciła głową. Głos miała cienki, załamany.

— Nie potrafię. To za dużo. Wstydzę się. Nie znam ich. Nie mogę stanąć naga przed bandą obcych chłopaków.

Ania nie podniosła tonu. Przewinęła jeszcze jedno zdjęcie i zostawiła je na ekranie.

— Wczoraj klęczałaś na plaży i połykałaś spermę. Dziś masz korek w dupie i pozujesz mi do zdjęć.
A teraz nagle nie potrafisz?
Monika zasłoniła twarz dłonią. Palce jej drżały.

— To coś innego. Wtedy byliście wy. Teraz… tylu. Będą patrzeć. Będą oceniać.

— Właśnie o to chodzi — powiedziała Ania spokojnie. — Że będą patrzeć. Ty sama przed chwilą
powiedziałaś, że cię to kręci.

Cisza. Monika oddychała płytko. Między udami było mokro, korek naciskał od środka, a na ekranie telefonu nadal stał nagi, młody chłopak z twardym kutasem w dłoni. Chciała powiedzieć nie. Chciała wstać, ubrać się, skończyć.

Zamiast tego spuściła rękę z twarzy.

— Tylko… nago? Nic więcej?

Ania wzruszyła ramieniem.

— Na początek nago. Resztę zobaczymy, jak się sprawdzisz.

Monika zamknęła oczy. Kiwnęła głową. Cicho, niechętnie, z rumieńcem, który nie schodził.

— Dobrze.

To słowo wyszło z niej jak kolejne zdjęcie: za późno, żeby je cofnąć, i wystarczająco wyraźne, żeby Ania je zachowała.

— Teraz kolej na ciebie. Popatrzysz sobie.

Ania odblokowała telefon i napisała krótko. Nie minęło wiele czasu, a na horyzoncie pojawił się Marek. Szedł w kąpielówkach, szybko, jak ktoś, kto dostał konkretne wezwanie. Stanął przy nich. Spojrzał na nagą Monikę, na korek, którego krążek było widać, kiedy się odwróciła, i zaraz spuścił oczy na Anię.

— Jesteś gotowy?

Pokiwał głową.

Ania ściągnęła mu kąpielówki do kolan jednym ruchem. Penis był już twardy, obrzezany, z odsłoniętą żołądźią. Ujęła go u nasady i wzięła do ust. Od razu intensywnie. Wessała żołądź, język zatoczył mokre koło, głowa poszła do przodu i do tyłu. Ślina zbierała się jej w kącikach ust. Marek sapnął. Dłonie miał zaciśnięte, biodra sztywne.

Monika patrzyła z dołu, naga, z rozchylonymi nogami i korkiem, który przy każdym oddechu przesuwał się w niej od środka. Nie powinna była tego chcieć. Chciała. Gardło miała suche, a cipkę mokrą. Wzrok leciał jej na usta Ani, na mokrą żołądź, na to, jak cudzy penis znika i pojawia się znowu.

Ania oderwała się od niego, zostawiając nitkę śliny.

— Chciałabyś mu obciągnąć?

Monika przełknęła i kiwnęła głową za szybko.
Ania uśmiechnęła się i znowu wzięła go do ust. Ssąc, spojrzała na Monikę. Potem puściła żołądź z
cichym, mokrym dźwiękiem.

— A chciałabyś, żeby cię zerżnął? Żeby zrobił ci orgazm?

Monika nie odpowiedziała od razu. Piersi unosiły się za szybko. Uda zjechały jej jeszcze trochę na zewnątrz. W oczach było widać, że tak. Że po tych dniach bez orgazmu, po korku, po zdjęciach, po byciu oglądaną i nietkniętą, wzięłaby go teraz. Wzięłaby go do ust. Rozchyliłaby nogi. Dałaby się przelecieć na tym piasku, byle ktoś wreszcie ją doprowadził do końca.

— Tak — wydusiła.

Ania wróciła do niego. Ssanie było już szybsze, ciaśniejsze, głębokie przy żołędzi. Marek zacisnął szczękę. Było widać, że długo nie wytrzyma. Kiedy Ania wyjęła go z ust, penis był mokry, ciemny, napięty, z kroplą na czubku. Monika uniosła się, jakby sama miała po niego sięgnąć.

— Mówiłam ci — rzuciła Ania. — To mój facet. I się nim nie dzielę.

Monika zamarła.

— Na kolana. Język na wierzch.

Uklękła. Otworzyła usta. Język wyszedł sam. Ania puściła penisa tylko na moment; od jej dolnej wargi do mokrej żołędzi ciągnęła się jeszcze cienka nitka śliny i jego wydzieliny, błyszcząca, klejąca, zanim pękła. Potem ujęła go dłonią i skończyła mu szybko, krótko, pewnie. Marek sapnął i doszedł.

Sperma trysnęła gorąca, gęsta, prosto na usta Moniki. Na język. Na brodę. Kolejny strumień uderzył w dolną wargę i spłynął jej po twarzy. Ania nie odsunęła go od razu. Przytrzymała mięknący penis nad otwartymi ustami Moniki i ścisnęła trzon od nasady ku żołędzi, wyciskając resztki. Jeszcze jedna, gęstsza kropla spadła Monice na język.

— Połknij. Wszystko.

Monika przełknęła. Słona, ciepła sperma zeszła jej do gardła. Ania ścisnęła jeszcze raz, dokładniej, aż na czubku nie zostało nic.

Dopiero wtedy zobaczyła, że dłoń Moniki zniknęła między udami. Palce pracowały szybko, mokro, po cipce, jakby ciało samo chciało dostać to, czego Ania jej nie dawała.

Ania chwyciła ją za nadgarstek i odciągnęła rękę.

— Co ty robisz? Nie pozwoliłam ci.

Monika uniosła mokre palce, zawstydzona, z twarzą pełną spermy i z korkiem, który nadal siedział w niej głęboko. Oddychała płytko. Orgazmu nie dostała. Dostała tylko zakaz.

Ania puściła jej nadgarstek i otarła kciukiem kącik ust Moniki, jakby sprawdzała, czy na pewno nic nie zostało na zewnątrz.

— Chyba powinnam zacząć nazywać cię spermopijką.

Zaśmiała się krótko, bez ciepła.

— Przyznam, że podoba mi się, jak łykasz spermę. Niby się wstydzisz, a wypijasz wszystko jak posłuszna suka.

Monika tylko pokiwała głową. Klęczała nadal naga, z twarzą lepką, z dłonią, której nie wolno było wrócić między nogi.

— Mogę wyciągnąć korek? — zapytała cicho. — Bardzo mnie uwiera.
Sprzeciw przyszedł od razu.

— Nie. Wyciągniesz go sobie sama. W domu. Ja nie muszę na to patrzeć.

Ania zaśmiała się znowu i odwróciła do Marka. On stał z kąpielówkami w dole ud, jeszcze miękki, jeszcze mokry, i patrzył na Monikę dłużej, niż powinien.

— A ty podciągaj. Co się tak na nią gapisz?

Marek sięgnął po materiał.

— Parę razy nim poruszałam i od razu się spuściłeś takiej starej lasce do ust. Chyba cię podnieca.

Marek ani nie zaprzeczył, ani nie potwierdził. Podciągnął kąpielówki i spuścił wzrok. Cisza powiedziała za niego wystarczająco.

Monika wstała z piasku. Kolana miała czerwone, uda lepkie, na brodzie i na piersiach schła jeszcze sperma. Ania sięgnęła do plażowej torby, wyjęła chusteczkę i podała jej ją bez ceremonii.

— Wytrzyj się. Cała jesteś w spermie.

Monika przetarła usta, brodę, szyję. Chusteczka zrobiła się mokra od razu. Korek nadal siedział w niej głęboko i przy prostowaniu się przesunął tak, że musiała zacisnąć zęby.

Ania już miała w ręku telefon.

— Daj mi swojego Facebooka. Dodasz mnie do znajomych.

Monika pokręciła głową ostro.

— Nie. Tego nie. Zdjęcia to jedno. Facebook to mąż, rodzina, praca. Nie.

Ania nawet nie podniosła głosu.

— Daj. Albo zdjęć nie odzyskasz.

— To szantaż.

— To wybór.

Monika stała naga, z chusteczką w dłoni i z korkiem, który uwierał przy każdym oddechu. Próbowała jeszcze raz. Że to za daleko. Że Ania i tak ma za dużo. Że Facebook zostawi jej ślad tam, skąd nie da się już wyjść. Ania słuchała tego spokojnie i powtarzała to samo, aż opór zaczął się kruszyć nie z przekonania, tylko ze zmęczenia.

— Nie będę wchodzić do ciebie na ścianę — powiedziała wreszcie Ania. — Nie napiszę do twojego męża. Nie wrzucę nic. Potrzebuję tego tylko jako motywacji. Żebyś była bardziej posłuszna. Bardziej uległa.

Monika milczała.

— W Warszawie poznasz moich znajomych. Zaprezentujesz się, jak mówiłam. Jeśli będziesz posłuszna, oddam ci zdjęcia.

Dłoń Moniki drgnęła. Potem, cicho, podała imię i nazwisko. Ania wpisała, znalazła profil i uniosła ekran.

— Ta?

Monika spojrzała. Własna twarz. Zwyczajne zdjęcie. Ubrana. Uśmiechnięta. Obok męża.

Kiwnęła głową.

Ania wysłała zaproszenie.

— Teraz zaakceptujesz. Jeszcze tu, przy mnie.

Monika wzięła swój telefon mokrymi palcami i kliknęła. Zostały znajomymi. Na plaży, naga, z resztkami spermy w kąciku ust i z metalem w sobie. Ania schowała telefon do torby, jakby załatwiła zwykłą sprawę.

Ania tym razem mówiła już tylko do niej, spokojnie, prawie zwyczajnie.

— Wiesz co? Naprawdę zachowujesz się jak uległa dziwka. Ja bym sobie nigdy nie pozwoliła, żeby obcy facet spuścił mi się do ust. Jeszcze przy swojej dziewczynie. I żebym nawet nie mogła go dotknąć.

Przejechała wzrokiem po nagim ciele Moniki, po resztkach spermy w kąciku ust, po dłoń, której nie wolno było wrócić między nogi.

— Ale rozumiem cię. Że czerpiesz z tego podniecenie. Mnie podnieca patrzenie na ciebie, jak dajesz się tak poniżać.

Monika nic nie powiedziała od razu. Wzrok jej uciekł, potem wrócił, jakby nie miała prawa schować twarzy. Rumieniec wszedł jej na szyję i na piersi. Korek w niej leżał ciężko, a między udami znowu zrobiło się mokro, właśnie od tych słów. Wstyd była ostry, prawie fizyczny. Razem z nim szło to drugie: że Ania nazwała ją wprost i że to nie oburzyło jej tak, jak powinno.
Przełknęła. Palce zacisnęła na zmiętej chusteczce.

Chciała powiedzieć, że to nieprawda. Że się zagalopowała. Że jutro już tu nie przyjdzie. Zamiast tego stała naga i kiwała głową tak lekko, że prawie dało się to przeoczyć. Jakby ciało potwierdzało szybciej niż ona. Jakby poniżenie, które Ania właśnie jej podała, weszło w nią tak samo głęboko jak metal i tak samo nie chciało wyjść.

Ubieraj się.

Ania rzuciła jej sukienkę, kostium zostawiła w torbie. Monika wciągnęła materiał na nagie ciało. Cienka tkanina obcisnęła piersi i brzuch. Korek siedział w niej głęboko; kiedy się prostowała, krążek nacisnął od środka i musiała na chwilę stanąć.

— W domu nie wyjmujesz — powiedziała Ania, już pakując ręcznik. — Dopiero jak dostaniesz ode mnie
pozwolenie na Messengerze. Nie wcześniej.

Monika kiwnęła głową. Innego wyjścia nie było.
Marek zebrał rzeczy. Ania zarzuciła torbę na ramię i odeszła pierwsza, nawet się nie oglądając. Monika została sama na piasku. Wsunęła klapki, przycisnęła torbę do boku i ruszyła w stronę apartamentów. Każdy krok przesuwał metal w odbycie. Sukienka oblepiała ją od potu. Mijała ludzi. Uśmiechała się byle jak i zaciskała pośladki, żeby korek nie zrobił pod materiałem zbyt wyraźnego kształtu.

Mąż był na tarasie, jak rano. Uniósł wzrok znad książki.

— Długo cię nie było. Plaża dobra?

— Spokojna — skłamała. — Mało ludzi.

Weszła bliżej. On objął ją w pasie i, całkiem zwyczajnie, położył dłoń na jej pośladku. Ścisnął. Monika zesztywniała. Korek poruszył się w niej od tego ucisku, głęboko, obolałe. Przez sekundę była pewna, że wyczuje twardy krążek pod sukienką.

Nie wyczuł. Pogłaskał ją jeszcze raz i puścił.

— Idziemy wieczorem gdzieś, czy zostajemy?

— Zostańmy — powiedziała za szybko. — Jestem zmęczona.

Wzięła prysznic dopiero od pasa w górę. Wody między nogi prawie nie puściła. Bała się, że przy myciu korek wyjdzie albo że zacznie wyjmować go bez pozwolenia. Usiedli potem do kolacji. On mówił o jutrzejszej wycieczce. Ona kiwała głową i siedziała na krześle bokiem, bo na wprost bolało. Telefon leżał obok talerza ekranem w dół.

Wiadomość przyszła dopiero wieczorem, kiedy on już wszedł pod prysznic.
Ania:

Możesz wyjąć.

I niżej, od razu:

Po powrocie do Warszawy podam ci datę i miejsce. Przyjdziesz.
Monika wstała tak, żeby nie skrzypnąć krzesłem, i zamknęła się w łazience. Sukienka spadła na kafelki. Stanęła nad sedesem, pochyliła się i sięgnęła między pośladki. Krążek był śliski od potu i od tego, jak długo siedział w środku. Palce ześlizgnęły się raz i drugi. Odbyt był obolały, opuchnięty, ciasny wokół metalu.

Pociągnęła.

Piekło. Główka opierała się od środka, za szeroka, żeby wyjść od razu. Monika zacisnęła zęby, oparła czoło o ścianę i pociągnęła mocniej. Korek ruszył się milimetr po milimetrze, rozpychając obolały otwór od środka na zewnątrz. Jęknęła cicho w kafelki. Potem, jednym, mokrym, bolesnym ruchem, główka przeszła i ciężki metal wypadł jej w dłoń.

Została pusta i bolała.

Na brzegu wanny usiadła nago, z zatyczką w ręku i z telefonem, w którym Ania już milczała. Warszawa nie była już potem. Była terminem.

Zatyczka wypadła jej z dłoni do zlewu. Została pusta, obolała, mokra. I tak napięta, że nogi miękły.

Sięgnęła po oliwkę. Kilka kropli na palce. Zapach był zwyczajny, łazienkowy, prawie niewinny. Usiadła szerzej na brzegu wanny i położyła śliskie palce na nabrzmiałej łechtaczce. Była twarda, wystająca, tak wrażliwa, że pierwszy dotyk zagiął ją w pół. Przez dwa dni nikt jej nie doprowadził do końca. Ania tylko ustawiała, fotografowała, zabraniała. Teraz ciało wzięło to sobie samo.

Masowała cipkę szybko, ciasno, po kółku. Oliwka rozeszła się po wargach i po łechtaczce, mokre dźwięki były za głośne w małej łazience. Druga dłoń wpiła się w kafelki. Odbyt, pusty i obolały, zaciskał się w pustkę przy każdym ruchu palców, jakby nadal szukał metalu.

Wybuchła nagle.

Orgazm wszedł w nią głęboko, długo, falami. Skurcze przeszły od łechtaczki w dół brzucha i dalej, aż po obolały odbyt, który zaciskał się rytmicznie, piekąc i pulsując. Jęknęła w dłoń. Uda zadrżały. To nie była krótka ulga. Trwało. Druga fala przyszła na pierwszej, trzecia zanim zdążyła złapać oddech. Palce zostawiła na cipce, bo ciało samo jeszcze tego chciało.

Potem usiadła, naga, z oliwką na udach i z pulsem, który schodził powoli.

Dopiero wtedy zrozumiała. To, co Ania zrobiła jej przez te dwa dni — nagość, sperma na twarzy, korek, zakaz, wstyd przy mężu — dało jej największe podniecenie, jakiego doznała. I największe upokorzenie. A orgazm nigdy przedtem nie był tak intensywny. Nie przy mężu. Nie samej. Nigdy.

..... co zdarzyło się w warszawie ???!! zostaw lajka ja będzie ich trochę to dopisze...
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Minął prawie tydzień od powrotu do Warszawy. Monika wróciła do pracy, jeździła tramwajem, jadła kolację z mężem i kładła się spać o zwykłej porze. Korek schowała na dnie szafki, pod ręcznikami. Ania nie pisała. Monika mimo to sprawdzała Messenger częściej, niż chciała: najpierw co godzinę, potem rano i wieczorem, a wreszcie tylko wtedy, gdy mąż wychodził z kuchni.

Wiadomość przyszła we wtorek, w środku dnia. Ania napisała, że Monika została przekazana. Jeśli chce zdjęcia, ma kontakt do Jowity. Ma czekać na kontakt. Ania tych zdjęć już nie ma. Tyle. Monika siedziała przy biurku i czytała to jeszcze raz. Nie zaproszono jej nigdzie. Nie pytano, czy się zgadza. Przekazano ją dalej, jak sprawę, która przestała kogoś obchodzić.

Kliknęła nowy kontakt. Profil był prawie pusty. Zdjęcie twarzy, imię Jowita. Kobieta po czterdziestce, ze czterdzieści pięć albo czterdzieści osiem lat, szczupła, dość ładna, z ciemnymi włosami i czarną bluzką. Zwyczajna. Taka, którą można minąć na ulicy i nie zapamiętać. Monika długo układała wiadomość. W końcu napisała, że nazywa się Monika, że Ania podała jej ten kontakt i że chce odzyskać zdjęcia. Wysłała i odłożyła telefon.

Przez kilka godzin nikt nie odpisał. Monika próbowała pracować, piła herbatę i sprawdzała ekran. Myślała, że to pomyłka, że Ania jeszcze się odezwie, że nikt nie odbierze. Odpowiedź przyszła bez powitania. Dworcowa 73A. Dziś 16:00. Spojrzała na zegarek. Zostało mało czasu. Adres był zwykły, godzina też. Nikt nie pytał, czy może przyjść. Nikt nie napisał, że nie musi. Wstała, wzięła torebkę i jeszcze raz spojrzała w telefon. Ania milczała. Jowita podała tylko miejsce i godzinę.

Wyszła z pracy kwadrans za wcześnie i przez całą drogę miała wrażenie, że spóźnienie byłoby łatwiejsze niż punktualność. Tramwaj był pełny, potem została krótka ulica przy dworcu, za głośna i za zwyczajna na to, po co jechała. Dworcowa 73A stała między sklepem i klatką, od której pachniało jedzeniem i kurzem. Monika poprawiła torebkę, spojrzała w telefon, chociaż nie było tam nic nowego, i weszła po schodach.

Na drzwiach nie było nazwiska, tylko numer. Poczekała chwilę, jakby jeszcze mogła zejść. Potem zadzwoniła.

Jowita otworzyła dość szybko. Miała czterdzieści kilka lat, szczupłą twarz i ciemne włosy zaczesane do tyłu. Na sobie czarną, obcisłą sukienkę do kolan, z wycięciem wystarczająco głębokim, żeby było widać linię piersi, ale jeszcze na tyle zwyczajnym, że dało się to wytłumaczyć wyjściem do miasta. Na szyi cienki łańcuszek, w uszach małe kolczyki, na ręce zegarek. Szpilki były wysokie, czarne, i na cichym dywanie i tak było słychać, jak do niej podeszła. Spojrzała na Monikę tak, jak się patrzy na kogoś, kogo się spodziewano.

— Monika?
— Tak.
— Wejdź.

Przedpokój był wąski. Za nim korytarz, drzwi do małego pokoju i łazienki, a dalej już duże pomieszczenie. Żaluzje w oknach były przysłonięte tylko trochę, więc dzień wpadał do środka przygaszony, nie ciemny. Pod ścianami stały sofy, na środku leżał gęsty, przyjemny dywan. Pachniało kawą i czystą tkaniną. Nic tu nie wyglądało na pułapkę. Właśnie dlatego Monika zatrzymała się na dywanie dłużej, niż powinna.

Jowita zamknęła drzwi od korytarza. Łańcuszek błysnął, kiedy przekręciła klucz.

Jowita usiadła na sofie przy ścianie, nogę zarzuciła na nogę, i dopiero wtedy Monika zobaczyła, jak bardzo nie pasuje do tego pomieszczenia. Sama miała na sobie to, w czym rano wyszła do biura: jasną koszulę, cygaretki, marynarkę, niskie czółenka. Zwyczajny strój do pracy. Obrączka, zegarek, torebka jeszcze w dłoni. Stała na dywanie jak wezwana do gabinetu, tylko nikt nie podał jej krzesła.

Jowita sięgnęła po tablet leżący na niskim stoliku. Ekran zapłonął i Monika od razu poznała własne ciało. Plaża. Słońce. Ona naga na kolanach, potem odwrócona, potem z rozchylonymi udami, z twarzą, której nie chciała oglądać. Jowita nic nie powiedziała. Przewijała zdjęcia jednym palcem, wolno, jedno po drugim, jak dokumenty. Czasem zatrzymywała kadr dłużej, czasem iść dalej bez pośpiechu. Szpilka kołysała się lekko. Łańcuszek na szyi nie drżał.

Monika czuła ciepło na twarzy i ciężar marynarki na ramionach. Chciała powiedzieć, że przyszła po te zdjęcia, że to pomyłka, że Ania nie miała prawa. Zamiast tego stała i słuchała cichego przesuwania palca po szkle. W dużym pokoju było słychać tylko to i swój własny oddech. Jowita nie uniosła oczu. Oglądała ją najpierw na ekranie, jakby żywa Monika mogła poczekać.

W końcu Jowita podniosła oczy. Tablet zostawiła na kolanie, na ostatnim zdjęciu, i przez chwilę patrzyła już nie w ekran, tylko w kobietę w marynarce, która stała na jej dywanie.

— Uległość. Posłuszeństwo. Oddanie. Bez względu na to, czy się wstydzisz, czy nie. Nie lubię odmów. Masz zwracać się do mnie „pani Jowita” albo „proszę pani”. Ania oddała mi te zdjęcia i powiedziała, że podnieca cię uległość. Że zrobisz za nie wiele. Jeżeli będziesz posłuszna, odzyskasz je. Co ty na to?

Głos miała spokojny, prawie urzędowy. Przez to zdanie o Ani padło ciężej niż krzyk. Monika przełknęła i zaczęła mówić za szybko, jak w pracy, kiedy trzeba sprostować pomyłkę. Że to nie tak. Że Ania przesadziła. Że na plaży stało się coś, czego nie planowała, i że nie jest kobietą, która komuś służy. Że ma męża, pracę, zwykłe życie, i przyjechała tylko po to, żeby te zdjęcia zniknęły.

Jowita słuchała bez przerywania. Palcem przesunęła ekran i znowu pokazała jej twarz z Grecji, uniesioną, zbyt szczerą, żeby dało się ją nazwać pomyłką. Nic nie dodała. Zostawiła kadr między nimi i czekała.

Monika zamilkła. Marynarka nagle była za ciepła. Mogła wyjść. Drzwi były za plecami. Zamiast tego skinęła głową, najpierw ledwie, potem wyraźniej.

— Dobrze — powiedziała ciszej. — Zgadzam się. Jeśli je odda pani… jeśli będę posłuszna.
Jowita poprawiła się na sofie. Łańcuszek błysnął.

— Nie „pani”. Pani Jowita. Albo proszę pani. Od początku.

Monika wciągnęła powietrze.

— Tak, proszę pani.

Na tablecie nadal leżała naga. W dużym pokoju zostało tylko to zdanie i cisza po nim.

— No dobrze — powiedziała Jowita. — Marynarka. Koszula. Spodnie. Rozbieraj się do samej bielizny.

Monika zdjęła najpierw marynarkę i położyła ją na brzegu sofy. Potem rozpięła koszulę od góry. Jasny materiał zsunął się z ramion i zostało na niej zwykłe, beżowe body, takie do pracy. Rozpięła spodnie, zsunęła je w dół i zdjęła buty. Została w biustonoszu i majtkach, w obrączce i zegarku, na środku dywanu. Jowita nawet nie skinęła, że może usiąść.
— Obróć się.

Monika odwróciła się wolno. Czuła wzrok na plecach i na zapięciu stanika. Za sobą usłyszała szelest kartki. Jowita coś zapisała w notatniku.

— Teraz do naga.

Monika wiedziała, że musi. Wstyd uderzył od razu, a ręce i tak poszły do pleców. Zapięcie puściło, biustonosz zsunął się w dół i odsłonił niewielkie piersi. Majtki ściągnęła po udach i została naga. Szczupła, z krótkimi ciemnymi włosami i czerwonymi policzkami. Między nogami miała cipkę już nie całkiem wygoloną: pod światło było widać krótki, odrastający cień włosków.

Jowita zmrużyła oczy.

— Piersi małe. Talia dobra. To zostawiamy.

Uniosła długopis i wskazała nim prosto między jej nogi.

— A to nie. Niewygolona. Zawsze masz być przygotowana. Wydepilowana do zera. Cipka i tyłek. Nie przychodzisz do mnie z odrastającymi włosami.

Monika spuściła wzrok. Wstyd zgęstniał, bo nagość była jedno, a ta uwaga drugie. Długopis nie dotknął skóry, a i tak poczuła się poprawiona jak uczennica.

— Teraz tyłem. Pochyl się. Pośladki szeroko.

Odwróciła się, pochyliła i rękami rozchyliła pośladki. Twarz miała blisko dywanu. Między nimi też było widać ten sam krótki cień.

— To samo. Ma być gładko. Do zera. Zapamiętaj.

— Stań przodem.

Wyprostowała się i odwróciła. Ręce zostawiła wzdłuż ciała. Jowita siedziała na sofie, nogę za nogą, i patrzyła na nią całą: na twarz, na małe piersi, na wąską talię i na cipkę, której nie uznała za gotową. Na tablecie obok leżały zdjęcia z Grecji. Przed nią stała żywa Monika, naga i już skarcona.

Ania, wysyłając mi twoje zdjęcia i kontakt, powiedziała, że zachowujesz się jak typowa dziwka. Nie przepadam za tym słowem. Można znaleźć inne. Może mi wytłumaczysz, dlaczego tak o tobie powiedziała.

Monika stała naga i długo nie mogła zebrać głosu. Palce splotła przed sobą, potem je opuściła, bo nie było czym zasłonić cipki, której Jowita przed chwilą nie uznała za gotową.
— Bo… mimo że jestem mężatką, pozwoliłam, żeby obcy mężczyzna wytrysnął mi na twarz. I łykałam jego spermę. Czułam się upokorzona. I wykorzystana. A mimo to byłam podniecona. Sama siebie za to źle oceniam. Ale chcę być szczera.

Powiedziała to ciszej pod koniec, ze wzrokiem w dywanie. Wstyd miał smak tamtej plaży: słony, gęsty, nadal zbyt bliski.

Jowita słuchała bez zmiany miny i nagle powiedziała.

— Obróć się.

Monika odwróciła się tyłem. Usłyszała, że Jowita po coś sięga. Potem tylko świst. Siarczyste uderzenie spadło jej na prawy pośladek tak mocno, że ciało samo odskoczyło do przodu. Krzyknęła. Palący ból rozlał się po skórze od razu, ostry, gorący, jakby ktoś odcisnął na niej całą dłoń. Monika złapała się za tyłek i odwróciła, zszokowana, z otwartymi ustami. Na pośladku piekło tak, że oczy jej łzawiły. Jowita siedziała nadal spokojnie, tylko rękę miała jeszcze uniesioną.

— Zapomniałaś w trakcie używać odpowiedniej formy. Proszę pani. Nie zapominaj o tym.

Monika stała naga, z dłonią na piekącym pośladku i z sercem, które odeszło jej w gardło. Wstyd wrócił mocniejszy niż ból. Wymusiła z siebie głos.

— Przepraszam, proszę pani.

Jowita uniosła szpicrutę. Na końcu miała małą skórzaną kulkę i krótkie rzemyki. Skierowała ją prosto między nogi Moniki i lekkim ruchem, do przodu i do tyłu, wsunęła między wargi sromowe tak, że kulka osiadła na łechtaczce. Skóra była ciepła i już wilgotna. Kulka musnęła ją raz, drugi, wystarczająco wyraźnie, żeby Monikę przeszedł dreszcz od kolan aż po brzuch. Wiedziała, czym to pachnie. Wiedziała też, gdzie może spaść następne uderzenie, jeśli znowu się pomyli.

— Teraz zadam ci pytanie — powiedziała Jowita. — Odpowiesz szczerze i w prawidłowej formie. I pamiętaj, gdzie może zostać wymierzona następna kara.

Monika drżała cała. Szpicruta nie odeszła. Kulka leżała na łechtaczce jak ostrzeżenie.

— Opowiedz mi o połykaniu spermy. Co czułaś. Czy czułaś się naprawdę jak dziwka. I co w sytuacji, gdybyś miała tej spermy połknąć więcej niż raz.

Monika wciągnęła powietrze. Głos miała nierówny, ale formę utrzymała.

— Proszę pani… na plaży kazała mi uklęknąć i otworzyć usta. Nie wolno mi było go dotknąć. Sperma spadła mi na twarz i na język. Była ciepła, gęsta, słona. Musiałam połknąć. Wstydziłam się bardzo. Czułam się upokorzona. I tak, proszę pani Jowito, czułam się wtedy jak dziwka. Mężatka na kolanach, z obcą spermą w ustach, przy jego dziewczynie. To było brudne. A jednocześnie byłam mokra. Podnieciło mnie to mocniej niż seks z mężem.

Kulka na łechtaczce przesunęła się odrobinę, kiedy nabierała powietrza.

— Gdybym miała połknąć więcej niż raz… — urwała i poprawiła się. — Proszę pani, chyba bym to zrobiła. Wstydziłabym się jeszcze bardziej. Myślałabym o mężu. I i tak bym otworzyła usta. Bo wtedy, na plaży, najgorsze nie było to, że łyknęłam. Najgorsze było to, że ciało tego chciało. Jeśli kazałaby mi pani Jowita zrobić to znowu, spaliła bym się ze wstydu. I pewnie znowu bym połknęła.

Jowita nie odsunęła szpicruty. Kulka została na łechtaczce Moniki i przesuwała się delikatnie do przodu i do tyłu, równo, bez pośpiechu. Skóra była już mokra, więc skóra po skórze schodziła łatwo, za każdym ruchem odrobinę mocniej. Monika stała nago, z piekącym pośladkiem i z dłońmi, które nie miały prawa zejść między nogi. Oddech złapała płytko. Kolana jej miękły.

— Widzisz. Jak chcesz, to potrafisz.

Jowita mówiła spokojnie, jakby tarła nie ją, tylko punkt na liście.

— Nie wiesz tego, ale prowadzę profesjonalny salon dominacji i uległości. Nie tylko dla kobiet. Też dla mężczyzn. Klienci są różni. Mniej i bardziej wymagający. Ale posłuszna suka taka jak ty zawsze jest w cenie.

Kulka nie przestawała się poruszać. Łechtaczka nabrzmiała, twarda, zbyt wyraźna pod tamtą małą skórzaną główką. Każde przesunięcie wysyłało dreszcz w brzuch i niżej, w uda, w obolały tyłek. Monika czuła, jak robi się jej coraz mokrej, wstydliwie, mimo słów o salonie, mimo obcych klientów, mimo tego, że dopiero co dostała pasem po pośladku. Podniecenie rosło razem ze strachem. Nie wiedziała, co znaczy „w cenie”. Czy ktoś ma na nią patrzeć. Czy ktoś ma jej użyć. Czy Jowita chce ją tu zostawić jak usługę. Obrazy przychodziły same i nie umiała ich odpędzić, bo ciało słuchało kulki, nie rozsądku.

— Proszę pani… — zaczęła i urwała, bo głos jej się zazgrzytał.
Jowita nie zdjęła szpicruty. Przesunęła kulkę jeszcze raz, wolniej, prosto po czubku.
— Stoisz i mokniesz, a jednocześnie boisz się tego, czego nie znasz. To dobry początek. Resztę też wytrzymasz. Albo nie. Wtedy zobaczymy, ile naprawdę warte są te zdjęcia.

Kulka chodziła po łechtaczce coraz pewniej i Monika poczuła, że orgazm jest blisko. Brzuch się spiął, uda zadrżały, oddech się urwał. Jowita odsunęła szpicrutę w tej samej sekundzie. Zostawiła ją mokrą, napiętą, z pulsem między nogami i z niczym.

— Stoisz. Rozmawiamy.

Monika kiwnęła głową, jeszcze za szybko.

— Tak, proszę pani.

— Jak często uprawiasz seks z mężem?

— Raz, czasem dwa razy w tygodniu, proszę pani.

— Myślisz wtedy o innych mężczyznach?

Zawahała się. Kulka już jej nie dotykała, a ciało i tak pamiętało.

— Czasem tak. Ostatnio… o tamtym z plaży. Proszę pani Jowito.

— Masz orgazmy przy nim?

— Rzadko. Częściej sama. Ostatnio w łazience Proszę pani.

— Obciągasz mu?

— Tak. Nie zawsze. Czasami, proszę pani.

— A tyłek? Wypinasz?

Monika poczerwieniała.

— Czasem tak. Proszę pani.

Jowita odłożyła szpicrutę na sofę i spojrzała na nią spokojnie, jakby domykała umowę.
— Od dziś seks z mężem tylko za moją zgodą. Orgazm też. Sama nie dochodzisz. On też cię nie doprowadza, dopóki ja nie pozwolę.

Monika otworzyła oczy szerzej.

— Proszę pani, to niemożliwe. On nic nie wie. Przecież żyjemy razem, nie mogę…
Świst przyszedł zanim skończyła. Uderzenie wpadło dokładnie w ten sam, jeszcze piekący pośladek. Monika krzyknęła i złapała się za tyłek, zgięta, z łzami w oczach od ostrego, podwójnego palenia.

— Nie lubię odmów. Musisz sie do tego to w sobie przezwyciężyć

Monika ciężko oddychała, wciąż trzymając pośladek.

— Przepraszam, proszę pani. Zgadzam się. Seks z mężem tylko za zgodą pani Jowity. Orgazm też. Tylko za zgodą.

Jowita zostawiła ją nagą, z ręką na piekącym pośladku i z ciałem, któremu odebrano koniec. Sama odchyliła się na sofie, rozłożyła nogi i podwinęła sukienkę. Pod spodem miała czarne, koronkowe majtki. Przez chwilę nic więcej nie zrobiła, tylko pozwoliła Monice to zobaczyć. Potem ściągnęła je najpierw z jednej nogi, potem z drugiej, i odłożyła na sofę. Między udami miała ładnie przystrzyżoną cipkę, z wąskim paskiem ciemnych włosków. Położyła palce na łechtaczce i zaczęła masować powoli, nie odrywając od Moniki wzroku.

— Wiesz, co podnieca mnie najbardziej?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani.

— Uległa suka, która się boi. I wstydzi. A jednocześnie moknie. Właśnie taka jak ty teraz. — Palce Jowity zeszły niżej i wróciły na czubek, równo, bez wstydu. — Stoisz, dostałaś dwa razy w ten sam tyłek, prawie doszłaś, zabroniłam ci męża i orgazmu, i nadal tu jesteś. W oczach masz strach. Na twarzy wstyd. A ciało i tak się zgadza. To mnie nakręca. Nie twoje piersi. Nie to, że się rozbierasz. Tylko ta chwila, w której chcesz uciec i nie uciekasz.

Sukienka została na biodrach. Szpilki nie zsunęły się z dywanu. Jowita masowała się dalej, spokojniej niż mówiła, jakby Monika była częścią tego ruchu.

— Dlatego będę podnosić poprzeczkę. Nie od razu. Ale będę. Nowe zasady. Nowe pytania. Nowe
rzeczy, których się przestraszysz i które i tak zrobisz, bo zdjęcia wiszą, a ty już kiwnęłaś głową. Lubię patrzeć, jak wstyd i podniecenie biją się w tobie, aż zostaje tylko posłuszeństwo. I lubię sprawdzać, ile jeszcze zniesiesz, zanim powiesz, że to za dużo.

Jowita nie przyspieszyła. Palce chodziły po jej łechtaczce równo, a wzrok miała na nagiej Monice.

— Często widzisz nagie kobiety?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Prawie nigdy.

— A podniecają cię kobiety?

Zawahała się. Rumieniec wszedł jej wyżej.

— Tak, proszę pani. O ile są dominujące.

Jowita uśmiechnęła się krótko.

— Lizałaś kiedyś cipkę?

— Nie, proszę pani.

— Czyli nigdy nie uprawiałaś seksu z kobietą.

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nigdy.

— Chciałabyś polizać moją cipkę?

Monika otworzyła usta i nic nie powiedziała. Ani tak, ani nie. Stała naga, z piekącym pośladkiem, i tylko patrzyła tam, gdzie Jowita trzymała palce.

Jowita ruchem dłoni kazała jej klęknąć i zbliżyć się. Monika nie zaprotestowała. Uklękła na dywanie, przysunęła się między rozstawione nogi, czuła już ciepło skóry i zapach. Pochyliła się głębiej.

Uderzenie przyszło znienacka. Silny policzek trafił ją w twarz tak, że odchyliła głowę. Policzek zapłonął od razu.

— Co ty robisz? Chciałaś mnie wylizać? Chyba nie znasz zasad. Nie sądzisz chyba, że pozwolę ci na to na pierwszym spotkaniu. Na takie zabawy musisz sobie zasłużyć.

Stań prosto.

Monika wstała. Dłoń miała na piekącej twarzy, oczy pełne łez od zaskoczenia. Ból mieszał się z podnieceniem tak ciasno, że nie wiedziała, które jest pierwsze. Między nogami nadal była mokra. Na sofie Jowita poprawiła sukienkę i nawet nie zasłoniła się.

— Formy nie zapominaj.

— Tak, proszę pani. Przepraszam, proszę pani.

Jowita nie kazała jej klękać. Skinęła tylko palcem.

— Patrz. I stój.

Monika stała nago na dywanie, z piekącym pośladkiem i z palącą się jeszcze twarzą, i patrzyła. Jowita rozsunęła uda szerzej, sukienkę miała nadal na biodrach, palce wróciły na przystrzyżoną cipkę i zaczęły chodzić szybciej, ciaśniej, już bez tej wcześniejszej rozmowy. Oddech jej się zmienił. Wzrok ani na chwilę nie zszedł z Moniki. Doszła cicho, z zaciśniętymi ustami, z biodrami, które uniosły się raz i opadły. Na palcach została wilgoć. Na twarzy nic, tylko krótki spokój.

Wstała. Wciągnęła majtki najpierw na jedną nogę, potem na drugą, poprawiła sukienkę i od razu wróciła do porządku. Sięgnęła po rzeczy Moniki i rzuciła je na dywan.

— Łap. Ubieraj się. I czekaj na kontakt.

Monika schyliła się. Zebrała biustonosz, koszulę, spodnie, marynarkę, buty. Wyszła do przedpokoju. Zapięła stanik, włożyła koszulę, wciągnęła spodnie. Majtek nie było. Nie wróciła. Zapięła spodnie na gołe ciało, wcisnęła stopy w czółenka, zarzuciła marynarkę i wyszła.
Na klatce było za jasno. Szwy spodni obcierały ją przy każdym stopniu. Za drzwiami została Jowita, tablet i jej majtki. Na Dworcowej Monika poprawiła torebkę i poszła do tramwaju jak po zwykłym dniu w pracy. Pod materiałem nie miała nic. W telefonie — tylko ciszę i polecenie, żeby czekać.
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Jowita nie kazała jej klękać. Skinęła tylko palcem.


Jowita przez te dwa tygodnie nie kazała jej przyjść. Zabroniła jej dochodzić. Seks z mężem się zdarzał, bo żyli razem. Kiedy on chciał, Monika kładła się z nim, otwierała nogi i udawała orgazm. Jęczała, spinała się, trzymała go za plecy. Naprawdę nie dochodziła. Zostawała podniecona i mokra. On zasypiał. Ona leżała obok i czekała, aż to minie.

W łazience było trudniej. Zamykała drzwi, siadała na wannie albo stawała pod prysznicem i masowała łechtaczkę. Dochodziła bardzo blisko. Raz musiała oprzeć się o ścianę, żeby się zatrzymać. Zawsze się zatrzymywała. Potem myła ręce i wychodziła, jakby nic się nie stało.
Co kilka wieczorów Jowita pisała, żeby Monika stanęła nago przed lustrem i przysłała zdjęcie. Cała, bez filtra. Cipka i tyłek wydepilowane do zera, twarz widoczna. Monika robiła te zdjęcia szybko i od razu je wysyłała. Jowita odpisywała krótko albo wcale. Następnego dnia Monika i tak goliła się znowu i czekała na kolejny tekst.

Po dwóch tygodniach bez orgazmu była stale podniecona i posłuszna. Potem przyszła wiadomość z nazwą restauracji i godziną. Miała przyjść w sukience, bez majtek, i nie pytać o nic przy stoliku, dopóki Jowita pierwsza się nie odezwie.

Wybrała luźną sukienkę do kolan, taką, pod którą nie było widać za dużo. Mężowi powiedziała, że wychodzi ze znajomą z pracy. Wzięła Ubera. W aucie siedziała z kolanami razem i patrzyła w szybę. Przed restauracją poprawiła pasek i weszła.

Jowita już tam była. Czarna sukienka, szpilki, łańcuszek. Siedziała przy stoliku z niską sofą. Monika podeszła i usiadła naprzeciwko. Jowita wstała, przeszła na drugą stronę i usiadła obok niej, od zewnątrz, tak blisko, że kolana się zetknęły. Kelner był za daleko, żeby to zobaczyć.
Jowita nic nie powiedziała. Wsunęła rękę pod sukienkę, po wewnętrznej stronie uda, wyżej, aż palce znalazły gołą skórę.

— Dobrze — szepnęła. — Wydepilowana. Posłuszna suczka.
Monika wzdrygnęła się. Przez dwa tygodnie Jowita jej nie dotykała. Teraz palec krążył dookoła łechtaczki, wolno, pod sukienką, w restauracji pełnej głosów. Nie odsunęła kolan. Złapała tylko brzeg blatu.

— Brakowało ci tego. Przez dwa tygodnie kładziesz się z mężem i udajesz. W łazience prawie dochodzisz i się zatrzymujesz. Wysyłasz mi zdjęcia i czekasz. Powiedz.

— Brakowało, proszę pani.

— Jak bardzo?

— Bardzo. Czasem nie mogłam zasnąć. Myślałam o Dworcowej. O tym, że pani wtedy przerwała. Proszę pani.

Jowita uśmiechnęła się lekko.

— A teraz siedzisz tu bez majtek i mokniesz mi na palce. Kelner może podejść w każdej chwili. I dalej jesteś grzeczna.

— Bo nie chcę, żeby przestała pani… — urwała, zacisnęła uda i puściła je, kiedy Jowita nacisnęła mocniej. — Proszę pani. Już jestem blisko.

— Wiem. Oddychaj. Nie dochodź. Jeszcze nie.
Monika kiwnęła głową. Policzki miała gorące. Sukienka kleiła się do ud. Jowita krążyła jeszcze chwilę, potem wyjęła rękę i położyła na stole telefon oraz białą kopertę.

— Moja droga. Obiecałam ci, że będziesz mogła odzyskać swoje zdjęcia. Słowa dotrzymam.

Położyła dłoń na telefonie.

— Możemy je zaraz skasować. Nikt ich już nie zobaczy. Będziesz wolna. Zrobisz jedną drobną
rzecz. Nic strasznego. Już to robiłaś.

Przesunęła palcem po kopercie.

— Albo wybierasz to. Wstyd. Skrępowanie. Uległość. Posłuszeństwo. Ten stały stan podniecenia, który tak lubisz. I spełnienie, na które czekasz. Jeśli weźmiesz kopertę, wybierasz niewiedzę. Oddajesz mi ciało i decyzje. Nie powiem ci, co będzie dalej. To jest wybór. Teraz decydujesz, co będzie potem.

Monika spojrzała na telefon, potem na kopertę. Chciała dopytać, co to za drobna rzecz, czy zdjęcia znikną naprawdę, co jest w kopercie, czy będzie musiała wracać na Dworcową. Jowita odpowiadała krótko albo wcale. W trakcie tych pytań znowu wsunęła rękę pod sukienkę i wróciła palcem na łechtaczkę. Delikatnie. Równo. Monika trzymała serwetkę i próbowała mówić, ale głos
jej siadał.

Chciała zdjęć. Chciała ich za wszelką cenę. Dwa tygodnie czekała właśnie na to: skasować, skończyć, wrócić do domu. A jednocześnie siedziała bez majtek, mokra, blisko orgazmu, i wiedziała, że wolność na stole jest zimna. Druga droga była tym, czego szukała długo i czego nie umiała nazwać, dopóki to się nie zaczęło. Uległość. Wstyd. Ktoś, kto decyduje.
Palec Jowity nie przyspieszał. Monika kiwnęła głową i położyła dłoń na kopercie.

— Tę, proszę pani.

W tej samej chwili Jowita nacisnęła mocniej. Palec wszedł ciaśniej na łechtaczkę i przyspieszył. Monika wciągnęła powietrze i złapała brzeg blatu. Po dwóch tygodniach bez końca ciało poszło do przodu od razu. Fala weszła nisko, w brzuch, w uda, i rosła za szybko, żeby ją cofnąć.
— Zachowuj się jak posłuszna suka — szepnęła Jowita. — I bądź cicho.

Monika zacisnęła usta. W restauracji ktoś się śmiał przy sąsiednim stoliku. Ona siedziała prosto, z kolanami rozchylonymi pod luźną sukienką, i nie mogła się powstrzymać. Orgazm uderzył nagle, głęboko, długo wyczekiwany. Skurcze poszły jedno po drugim. Spełnienie było ostre i wstydliwe naraz: ulga, mokrość, dreszcz, który musiała utrzymać w sobie bez głosu. Palce na blacie zbielały. Powieki jej opadły na sekundę.

Jowita wyjąła rękę od razu. Uniosła drugą i zawołała kelnera, jakby kończyła zwykłe danie. Monika została na sofie z pulsem między nogami, z mokrą sukienką i z kopertą pod dłonią. Nie umiała jeszcze otworzyć oczu do końca. Jowita otarła palce o serwetkę, uśmiechnęła się do kelnera i poprosiła o wodę.

Jowita sięgnęła po serwetkę i wsunęła ją Monice pod dłoń.

— Wytrzyj się. Tylko dyskretnie.

Monika wsunęła serwetkę pod sukienkę i otarła się krótko, z twarzą zwróconą ku stołowi, jakby poprawiała materiał. Serwetka od razu zrobiła się mokra. Złożyła ją i schowała do torebki, zanim kelner wrócił z wodą. Nogi miała jeszcze miękkie. Orgazm schodził powoli, a za nimi ktoś otwierał wino.

Jowita wstała i przesiadła się naprzeciwko. Znowu był między nimi stół. Znowu można było udawać, że to tylko kolacja. Poprosiła o dwie wody z cytryną i spojrzała na Monikę spokojnie, bez ręki pod sukienką, bez szeptu.

— Czujesz się spełniona? Rozładowałaś to napięcie?
Monika kiwnęła głową, potem poprawiła się, bo samo skinienie było za małe.

— Tak, proszę pani. Bardzo. Długo na to czekałam.

— I żal, że stało się tutaj?

— Trochę. Boję się, że ktoś zobaczył. A jednocześnie cieszę się, że pani nie kazała czekać dłużej.

Jowita odchyliła się na oparcie.

— Dwa tygodnie udawałaś przy mężu. W łazience się zatrzymywałaś. Wysyłałaś zdjęcia i czekałaś,
aż pozwolę. Dziś sama położyłaś rękę na kopercie. To nie ja cię tu doprowadziłam do końca. To twój wybór.

Monika milczała. Woda przyszła. Nie od razu jej dotknęła. Między udami było nadal mokro, a naprzeciwko siedziała kobieta, która przed chwilą miała na niej palce i teraz mówiła jak o zwykłej sprawie.

— Skoro dokonałaś wyboru, nie ma odwrotu — powiedziała Jowita ciszej, już bez pieszczoty. — Twoje zdjęcia zostają. Nie po to, żeby cię straszyć co dzień. Jako zabezpieczenie twojej uległości i posłuszeństwa. Wybrałaś niewiedzę. Zostajesz przy niej.

Przesunęła kopertę bliżej.

— Możesz otworzyć kartkę.

Monika otworzyła kopertę pod stołem, tak żeby sąsiedzi widzieli tylko złożoną kartkę. Pismo było równe, krótkie, bez imienia.

Zero orgazmów.

Codziennie 15 minut masturbacji.

Za każdy orgazm bez zgody — kara.

Seks z mężem tylko za pozwoleniem.

Jutro po pracy, 17:30, Stawisz się u mnie.

Czytała to dwa razy. Dłoń na serwetce miała jeszcze wilgotną. Przed chwilą doszła w tej restauracji, a na kartce już stało, że od tej pory nie wolno. Piętnaście minut dziennie, bez końca. Jutro po pracy spotkanie. Słowa były urzędowe i przez to gorsze.

Podniosła wzrok. Jowita już sięgała po torebkę. Położyła na stole pięćdziesiąt złotych, wstała i poprawiła sukienkę.

— Kelnerowi starczy — powiedziała. — Kartkę schowaj. Jutro nie spóźnij się.

Wyszła, zanim Monika zdążyła zapytać, co znaczy inicjacja. Została sama na sofie, bez majtek, z mokrą sukienką, z kopertą w torebce i z banknotem na stole. Woda z cytryną nadal stała nietknięta. Przez chwilę siedziała prosto, jakby Jowita mogła wrócić. Potem wsunęła kartkę do portfela, obok obrączki w środku torebki, i zrozumiała, że kolacja się skończyła. Zasady zostały.
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Monika wyszła z restauracji kilka minut po Jowicie. Na stole zostało pięćdziesiąt złotych i dwie szklanki wody. W Uberze siedziała z kolanami razem. Sukienka kleiła się do ud. Za oknem jechała zwykła Warszawa.

W domu mąż zapytał, jak kolacja. Powiedziała, że w porządku, że znajoma z pracy, że jest zmęczona. Umyła twarz, wzięła prysznic i położyła się obok niego. Długo nie mogła zasnąć.
Rano wstała wcześniej. W łazience ogoliła się dokładnie, do zera, cipkę i tyłek, aż skóra była gładka pod światło. Na wydepilowane miejsce nałożyła krem. Potem usiadła na wannie i od razu odmierzyła piętnaście minut. Palce poszły po kremie łatwo, za łatwo. Łechtaczka była jeszcze wrażliwa po wczorajszej restauracji, skóra świeżo ogolona, śliska. Doszła bardzo blisko. Brzuch się spiął, oddech się urwał, i przestraszyła się, że skończy. Że będzie musiała powiedzieć o tym Jowicie. Odsunęła rękę, oparła się o kafelki i czekała, aż to opadnie. Minuta, może dwie. Potem dokończyła kwadrans już płycej, ostrożnie, i umyła ręce.

Założyła ładną, ciemną bieliznę, naciągnęła czarne pończochy z pasem i na to ubranie do pracy. Makijaż zrobiła starannie: równa kreska, spokojne usta, twarz, która miała wyglądać na opanowaną. Do torebki włożyła sukienkę i szpilki. Chciała dobrze wypaść. Wiedziała, że i tak każe się jej rozebrać.

Dzień w pracy minął wolno. Maile, spotkanie, lunch przy biurku. Po południu zamknęła się w toalecie na piętrze, zdjęła biurowe ubranie i włożyła sukienkę oraz szpilki. Poprawiła pończochy i makijaż. Potem zawahała się. Ściągnęła majtki i schowała je do torebki. Wiedziała, że Jowita nie lubi, kiedy je nosi. Wyszła z toalety w sukience, w pasie i pończochach, już bez nic pod spodem.

Wyszła z pracy o 17:05. Na Dworcowej było już po szczycie. Klatka pachniała tak samo jak za pierwszym razem. Stanęła przed drzwiami bez nazwiska, poprawiła torebkę i zadzwoniła. Drzwi otworzyły się punktualnie.

Jowita otworzyła drzwi w samych koronkach i wysokich szpilkach. Biustonosz i majtki były czarne. Spojrzała na Monikę i nie wpuściła jej dalej.

— Rozbierz się. Do naga.

Z dużego pokoju było słychać kilka męskich głosów i śmiech. Monika poczerwieniała. Była podniecona, zawstydzona i spięta. Zdjęła sukienkę, biustonosz, pas i pończochy. Została naga na przedpokoju. Jowita podała jej obrożę.

— Załóż na szyję. Szpilki zostawiasz.

Monika zapięła obrożę. Jowita wzięła opaskę, nałożyła jej ją na oczy i zawiązała z tyłu głowy. Monika nic nie widziała.

— Chodź.

Jowita wzięła ją za ramię i wprowadziła korytarzem do dużego pokoju. Monika słyszała swoje kroki i głosy, które były coraz bliżej. Ktoś powiedział, że ma ładne nogi. Ktoś, że piersi małe, ale tyłek dobry. Ktoś zapytał, ile ma lat. Jowita nic nie odpowiedziała. Zatrzymała ją na dywanie.

— Stań na środku.

Monika stanęła. Była naga, w obroży, w szpilkach, z zasłoniętymi oczami. Nie wiedziała, ile osób siedzi na sofach i z której strony na nią patrzą. Słyszała, jak ktoś przesuwa się na siedzeniu i odstawia szklankę. Komentarze padały spokojnie.

— Ładnie ogolona.

— Na mężatkę wygląda dobrze.

— Zobacz obrożę.

Jowita chodziła dookoła niej.

— Ręce wzdłuż ciała. Nie zasłaniaj się. Niech zobaczą, po co przyszłaś.
Monika opuściła ręce. Serce biło jej mocno. Między nogami była mokra. Stała na środku pokoju i czekała, aż Jowita coś powie.

Monika stała nago na środku pokoju, w obroży, w szpilkach, z opaską na oczach. Głosy na sofach ucichły, kiedy Jowita stanęła za nią.

— To Monika. Ma trzydzieści osiem lat. Jest mężatką. I sama wybrała drogę uległej i posłusznej.
Mówiąc to, wsunęła rękę między jej nogi. Palce znalazły łechtaczkę od razu. Monika była już mokra. Jowita zaczęła masować powoli, równo.

— Stój prosto. I odpowiadaj na pytania gości.
Monika wyprostowała plecy. Ktoś z sofy odezwał się pierwszy.

— Mąż wie, że stoisz tu naga?

— Nie.

— Kiedy ostatnio mu obciągałaś?

Zawahała się. Jowita przyspieszyła palce.

— Kilka tygodni temu.

— A obcemu mężczyźnie połykałaś spermę?

Cisza. Monika poczuła ciepło na twarzy.

— Tak.

— Ile razy?

— Dwa.

Śmiech z prawej strony. Jowita nie zwolniła. Tempo było już szybsze.

— Golisz się, bo mąż tak chce, czy bo ci kazano?

— Bo mi kazano.

— Lubisz, jak patrzą ci między nogi?

— Tak… wstydzę się. Ale tak.

Palec Jowity chodził już szybko, mokro. Monika poczuła, że orgazm jest blisko. Brzuch się spiął.

— Tylko nie kończ — powiedziała Jowita jej do ucha. I nie zwolniła.

— Gdyby twój mąż wszedł teraz, co byś zrobiła?

— Nie wiem. Zostałabym… chyba.

— Jesteś dziwką czy żoną?

Monika otworzyła usta i nic nie wyszło. Jowita nacisnęła mocniej.

— Odpowiadaj.

— I tym, i tym. Dziś… tym pierwszym.

Stała prosto i odpowiadała coraz krócej. Każde słowo kosztowało ją oddech. Jowita trzymała duże tempo i nie zabierała ręki.

— Proszę pani… już…

— Trzymaj.

Nie utrzymała. Orgazm wszedł nagle, mocno, przy wszystkich. Krzyknęła. Uda jej zadrżały, ciało zgięło się do przodu, a Jowita przytrzymała ją za biodro i jeszcze chwilę nie odjęła palców. W pokoju było słychać tylko ten krzyk. Potem Monika stała na środku, ślepa, naga, mokra, i łapała oddech, podczas gdy goście milczeli.

Jowita wyjęła palce z cipki Moniki. Uniosła jej brodę w stronę sof i trzymała.

— I widzicie. Nie dość, że dziwka i zdradza męża, to jeszcze nieposłuszna. Kazano jej nie kończyć. Skończyła. Przy was. Z krzykiem.

Monika stała z opaską na oczach i z mokrymi udami. Nic nie powiedziała.

— Za orgazm bez zgody jest kara. Cztery możliwości. Pierwsza: dziesięć uderzeń skórzanym paskiem w tyłek. Druga: obciąga wybranemu gościowi i połyka. Trzecia: korek w tyłek do końca wieczoru. Czwarta: dwadzieścia minut z wibratorem na łechtaczce, bez prawa do orgazmu.

Jowita zaśmiała się cicho i pochyliła do jej ucha.

— A ty co byś chciała, moja droga?

Monika długo nic nie mówiła. Paska się bała. Wibratora też. Korek znała. Połknięcie znała.

— Drugą, proszę pani. Tę z połknięciem.

Jowita roześmiała się głośniej.

— Patrzcie, jaka chętna. Chyba to lubi.

Zaczęło się głosowanie. Monika słyszała tylko, jak goście przesuwają się na sofach. Nie widziała rąk. Nie wiedziała, co wygralo.

— Słyszysz ich? To nie ja wybieram.

— Tak, proszę pani.

Po chwili Jowita puściła jej brodę.

— Na kolana. Tyłek w górę.

Monika uklękła na dywanie i wypięła się. Szpilki zostawiła na sobie. Czekała na pasek. Ramiona miała spięte. Myślała o dziesięciu uderzeniach.

Nie usłyszała paska. Usłyszała odkręcanie zakrętki. Jowita nalała oliwkę na palce i położyła je między jej pośladki. Masowała odbyt powoli, kręciła, wciskała oliwkę do środka.

— Rozluźnij się. Wybrali korek.

Ktoś się zaśmiał. Ktoś powiedział, żeby szło głębiej. Monika poczuła wstyd mocniejszy niż przed orgazmem. Klęczała tyłem do obcych ludzi, z rozchylonymi pośladkami, i wszyscy to widzieli.
Jowita przyłożyła do odbytu dużą zatyczkę. Główka była szeroka i twarda. Nacisnęła.

— Proszę pani, za duży. Nie wejdzie.

— Wejdzie.

Nacisk wzrósł. Główka rozpychała odbyt milimetr po milimetrze. Monika próbowała zsunąć się do przodu. Jowita przytrzymała ją za biodro i pchała dalej. Goście dopingowali. Ktoś klaskał. Ktoś się śmiał.

— Nie spinaj się. Wpuść.

Monika westchnęła. Piekło. Korek był za szeroki i szedł mimo to. Jowita wciskała, odpuszczała, znowu wciskała głębiej. Główka stanęła na najszerszym miejscu. Monika potrząsnęła głową. Obroża przesunęła się na szyi.

— Proszę pani…

Jowita docisnęła mocno. Korek wszedł. Wskoczył do środka jednym ruchem i zatrzymał się za główką. Odbyt zacisnął się wokół szyjki. Monika jęknęła i opadła na łokcie. W środku leżał ciężar, duży i głęboki. Ktoś zagwizdał.
Jowita klepnęła ją w pośladek.

— Do końca wieczoru. Wstań. I nie wyjmuj.
Monika wstała wolno. Przy prostowaniu korek przesunął się w niej. Stała naga, z zasłoniętymi oczami, z zatyczką w tyłku i z twarzą, której nie mogła schować.

Monika stała nago na środku, z korkiem w tyłku i z opaską na oczach. Przy każdym oddechu czuła zatyczkę. Jowita stanęła obok.

— Możecie pytać.

Ktoś z sofy odezwał się pierwszy.

— Lubisz smak spermy?

Monika przełknęła.

— Krępuje mnie to. Ale jestem gotowa, jeżeli będzie taka potrzeba.

Cisza. Potem odezwała się kobieta. Głos miał inny ton, niższy.

— Lubisz być zawstydzana i poniżana?

Monika kiwnęła głową, potem zrozumiała, że muszą usłyszeć.

— Tak. To mnie podnieca.

Jowita nic nie dodała. Korek siedział w niej głęboko. Goście widzieli to, ona nie.

— Oddałabyś się innemu mężczyźnie przy swoim mężu?

Dłużej milczała. Szpilki wcisnęły się w dywan.

— Nie wiem, czy dałabym radę na niego patrzeć. Ale jeśli pani Jowita każe… tak. Oddałabym się.

Ktoś się odezwał bliżej, prawie za jej ramieniem.

— A gdyby mąż tylko siedział i patrzył, jak łykasz obcą spermę? Zostawiłabyś usta otwarte?

Monika poczuła, jak wstyd schodzi jej po szyi, pod obrożę, aż między nogi. Była mokra. Korek naciskał od środka.

— Zostawiłabym. Wstydziłabym się. I i tak bym połknęła.

Jowita położyła dłoń na jej karku.

— Słyszycie. Sama mówi. Nie trzeba jej już nawet kłamać.

Monika stała nago na środku pokoju, w obroży, z opaską na oczach i z korkiem, który przy każdym oddechu przypominał o sobie.

— Przechodzimy teraz do twojej inicjacji — powiedziała Jowita.

Kilka osób podeszło blisko. Monika poczuła ciepło ciał z przodu i z boków. Oddech. Tkaninę. Skórę.

— Wyciągnij ręce.

Wyciągnęła. Jowita ujęła jej nadgarstki i nakierowała. W lewej dłoni poczuła twardego penisa, gorącego, już mokrego na czubku. Jowita przesunęła jej rękę dalej. Drugi był grubszy. Trzeci cieńszy, dłuższy. Czwarty — obrzezany. Gładka, odsłonięta żołądź, napięta, śliska. Wszystkie cztery były twarde. Monika trzymała je po kolei, palce same zacisnęły się na skórze. Nie widziała twarzy. Czuła tylko to.

Jowita puściła jej ręce.

— Jesteś gotowa?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nie spodziewałam się tego. Ale jeżeli muszę… nie będę się bronić.

— Dobrze. Połóż się na sofie. Nogi do góry. Szeroko. I czekaj.

Monika cofnęła się, aż łydki trafiły na brzeg sofy. Położyła się. Uniosła nogi i rozchyliła je. Korek przesunął się w niej przy tym ruchu. Szpilki zostały w powietrzu. Nic nie widziała. Słyszała, że ktoś staje między jej kolanami. I czekała, jak kazano.

Monika stała nago na środku pokoju, w obroży, z opaską na oczach i z korkiem, który przy każdym oddechu przypominał o sobie.

— Przechodzimy teraz do twojej inicjacji — powiedziała Jowita.

Kilka osób podeszło blisko. Monika poczuła ciepło ciał z przodu i z boków.

— Wyciągnij ręce.

Wyciągnęła. Jowita ujęła jej nadgarstki i nakierowała. W dłoni poczuła twardego penisa, gorącego, już mokrego na czubku. Jowita przesunęła jej rękę dalej. Drugi był grubszy. Trzeci cieńszy, dłuższy. Czwarty — obrzezany. Gładka, odsłonięta żołądź, napięta, śliska. Wszystkie cztery były twarde. Monika trzymała je po kolei. Nie widziała twarzy. Czuła tylko to.

Jowita puściła jej ręce.

— Jesteś gotowa?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nie spodziewałam się tego. Ale jeżeli muszę… nie będę się bronić.

— Dobrze. Połóż się na sofie. Nogi do góry. Szeroko. I czekaj.

Cofnęła się, aż łydki trafiły na brzeg sofy. Położyła się. Uniosła nogi i rozchyliła je. Korek przesunął się w niej przy tym ruchu. Szpilki zostały w powietrzu. Nic nie widziała. Myślała o czterech penisach, które przed chwilą trzymała, i o tym, że zaraz każdy wejdzie w nią. Myślała o mężu. O domu. O tym, że kłamała mu od tygodni. Wstyd był gęsty. Upokorzenie też. A ciało i tak czekało.

Trwało to chwilę. Potem ktoś klęknął między jej nogami. Poczuła twardego penisa przy cipce. Przesunął się wzdłuż warg i wszedł. Monika wciągnęła powietrze. Było ciasno przez korek. Przy każdym ruchu penis dociskał zatyczkę od środka. Ktoś złapał ją za uda i zaczął posuwać szybko, równo, bez czułości. Z góry inna dłoń przycisnęła jej brzuch, żeby było jeszcze ciaśniej.

Chciała zsunąć nogi. Jowita przytrzymała jej kolano.

— Zostań tak. Nie zmieniasz pozycji.

Pierwszy się wycofał. Od razu przyszedł kolejny. Inny kąt, inna grubość, to samo szybkie tempo. Znowu korek przesuwał się w niej przy każdym pchnięciu. Głosy z sof były niskie, pewne. Monika była pewna, że to mężczyźni. Inaczej by nie leżała tak i nie myślała o zdradzie.

— Ciasna.

— Dobrze bierze.

— Patrz, jak trzyma nogi.

Gryzła wargę. Pod powiekami miała twarz męża i nie mogła jej odpędzić. Była zawstydzona, że leży tak przy ludziach, których nie zna. Upokorzona, że Jowita nawet nie pozwala jej się odwrócić.

Trzeci wszedł bez przerwy. Szybszy. Dłoń na brzuchu wróciła. Uda piekły od trzymania ich w górze. Minuty zlewały się. Słyszała oddechy, skórę i głos Jowity, kiedy biodra chciały uciec w bok.

— Nie. Nogi zostają.

Ostatnie podejście było inne. Nikt nie wszedł. Ktoś przyłożył jej do cipki masażer. Wibracja uderzyła od razu, mocna, prosto w łechtaczkę.

— Nie kończ — powiedziała Jowita.
Monika pokręciła głową i spróbowała zsunąć biodra. Jowita przytrzymała jej udo i docisnęła masażer mocniej. Korek pulsował w niej od środka. Monika zacisnęła zęby, potem nie wytrzymała.

— Proszę pani, nie. Proszę przestać. Nie dam rady.

— Musisz wytrzymać.

Jowita nie odjęła ręki. Masażer pracował bez litości, dokładnie tam, gdzie Monika była już za blisko. Nogi nadal w górze. Próbowała oddychać płycej. Próbowała uciec biodrami. Jowita szła za nią masażerem i nie odpuszczała.

Nie utrzymała.

Skończyła z krzykiem, głośno, przy wszystkich, z nogami szeroko i z korkiem w sobie. Ciało rzuciło się do przodu i opadło. Wibracja trwała jeszcze sekundę za długo.
Jowita wyłączyła masażer.

— Tak jak myślałam. Zwykła dziwka. Nie potrafi panować nad swoim ciałem.

Potem Monika poczuła świst i silne uderzenie paskiem prosto w cipkę. Krzyknęła. Ból był ostry, piekący, inny niż wibracja. Zasłoniła się kolanami odruchowo. Jowita
ściągnęła jej nogi z powrotem.

— Nie zasłaniaj się. Sama nie posłuchałaś.

Leżała tak jeszcze chwilę. Sofy znowu skrzypiały. Prawie godzina. Kilka ciał, których nie widziała. Korek nadal w niej. W głowie mąż. I pewność, że właśnie uprawiała seks z mężczyznami, chociaż nie zobaczyła ani jednej twarzy.
Monika leżała na sofie z obolałą cipką i z pewnością, że właśnie wzięło ją czterech całkowicie obcych mężczyzn. Nogi miała jeszcze rozchylone, korek uwierał tak, że bolało przy każdym oddechu, a skóra między udami piekła po pasku. Pod opaską było ciemno. W głowie został mąż i ta jedna myśl: zdradziła go naprawdę.
Po chwili Jowita położyła jej coś ciężkiego na brzuch.

— Trzymaj. To twój gwałciciel.

Monika uniosła rękę i dotknęła. Silikon. Ciepły od ciała. Kształt naturalnego penisa, żyły, żołądź, pasek, który zakłada się na biodra. Nie człowiek. Strapon.

— Zerżnęłyśmy cię razem z koleżankami — powiedziała Jowita spokojnie. — A mężczyźni tylko patrzyli. Naprawdę myślałaś, że nową dziewczynę oddam czterem napalonym facetom?

Monika nic nie odpowiedziała. Palce trzymała na tym sztucznym penisie i nie wiedziała, co czuć. Najpierw ulga, ostra, głupia: to nie byli mężczyźni. Nie weszła w nią obca skóra. Potem wstyd, jeszcze mocniejszy. Leżała godzinę z nogami w górze i była pewna, że zdradza męża z facetami. Jęczała. Doszła. Myślała o nim. A to kobiety. Koleżanki Jowity. W paskach. I mężczyźni siedzieli na sofach i oglądali, jak się myli.
Poniżenie weszło głębiej niż korek. Bo dała się oszukać całym ciałem. Bo sama powiedziała, że się nie będzie bronić. Bo do końca wierzyła głosom, twardości, mokrej żołędzi w dłoni.

Opaski nadal nie mogła zdjąć. Cipka piekła od paska i od tarcia. Korek uwierał strasznie, za duży, za głęboki, po prawie godzinie już nie do zniesienia. Leżała naga, ślepa, z straponem na brzuchu i z głosem Jowity nad sobą, i pierwszy raz nie wiedziała, czy bardziej ją kręci to, że ją użyto, czy to, że nawet nie rozumiała, kto.
Jowita ujęła ją za ramię i wyprowadziła z dużego pokoju. Monika szła po omacku, z korkiem, który przy każdym kroku uwierał, i z cipką, która nadal piekła. W łazience zapaliło się światło za powiekami, choć jeszcze nic nie widziała.

Jowita rozwiązała opaskę. Monika mrugnęła. Białe kafelki, lustro, własna naga twarz, obroża, rozmazany makijaż. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Jowita złapała za korek i docisnęła go z całej siły. Monika wygięła się, oparła dłoń o umywalkę. Jowita pocałowała ją i wsunęła język do ust. Krótko, pewnie, bez czułości.
Odsunęła się tylko na tyle, by mówić jej w usta.

— Będziemy pracować nad kontrolą orgazmów. Nie może być tak, że kończysz, kiedy chcesz.

Puściła korek. Położyła dłoń na jej karku.

— Ale dziś byłaś posłuszna. To zostawiam.

Skinęła na prysznic.

— Umyj się. Sama.

Wyszła i zamknęła drzwi.
Monika stała chwilę przed lustrem, potem weszła pod wodę. Zmyła pot, resztki oliwki, makijaż. Korek nie chciał wyjść. Ciągnęła za krążek, odbyt był obolały i ciasny. Pociągnęła jeszcze raz, mocniej, aż główka przeszła i ciężar wypadł jej w dłoń. Została pusta, rozszerzona, obolała. Umyła zatyczkę, odłożyła ją na brzeg wanny i ubrała się szybko: sukienka, szpilki, torebka. Majtki zostawiła w środku, jak rano.
Wyszła z łazienki już ubrana. Jowita czekała przy drzwiach wejściowych, znowu spokojna, jakby w salonie nic się nie stało. Otworzyła.

— Żegnam. Do następnego razu.

Monika przeszła obok niej na klatkę. Drzwi zamknęły się za jej plecami.
 
Mężczyzna

zzamszuu

Cichy Podglądacz
Tylko szum morza, ciepły wiatr i to późnowrześniowe słońce, które na greckiej wyspie wciąż jeszcze umiało być łagodne i intensywne jednocześnie. Plaża była mała, kameralna – jasny piasek poprzetykany drobnymi, gładkimi kamykami, które przyjemnie nagrzewały się pod stopami. Woda leżała blisko, turkusowa i spokojna.

Monika rozłożyła ręcznik i na chwilę stanęła, zanim się położyła. Miała trzydzieści osiem lat. Szczupła, z ciemnymi, krótkimi włosami, które wiatr unosił jej na kark i skronie. Przed czterdziestką, a ciało wciąż było lekkie, smukłe, bez zbędnej miękkości. Niewielkie piersi, wąskie biodra, długie nogi. Skóra już zdążyła złapać pierwszy, złotawy odcień.
Przyjechała z mężem. Na plażę wybrała się sama.

Położyła się na plecach, przymknęła oczy. Słońce osiadało na niej powoli, ciepło wnikało głębiej, niż się spodziewała. Czuła każdy centymetr skóry – ramiona, brzuch, wewnętrzną stronę ud. Kostium kąpielowy przylegał cienko, prawie nieobecny. Oddychała równo. Nie myślała o niczym konkretnym. Albo raczej starała się nie myśleć.

Wiatr przesunął jej włosy. Gdzieś daleko mewa. Poza tym cisza.
I to dziwne, ciche poczucie, że jest tu tylko ona, słońce i własne ciało, które nagle stało się bardziej obecne niż zwykle.

Rozejrzała się powoli, prawie nie unosząc głowy.
Plaża była nadal pusta. Ani jednej sylwetki na horyzoncie, tylko linia skał po lewej i spokojne, powtarzalne oddychanie morza. Wtedy dopiero pozwoliła sobie na ten gest. Uniosła się trochę, sięgnęła do pleców i rozpięła stanik. Zsunął się łatwo. Odkładając go obok, poczuła, jak powietrze od razu zmienia wszystko.

Jej piersi były niewielkie, zgrabne, jeszcze twarde. Skóra jaśniejsza niż reszta ciała, delikatna, z ledwie zaznaczoną różowością wokół sutków. Te, wystawione nagle na słońce i wiatr, ściągnęły się prawie natychmiast. Leżała tak dłuższą chwilę, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Promienie kładły się na niej bezpośrednio — ciepłe, równe, bez tkaniny, która do tej pory je osłaniała. To było inne ciepło. Bardziej osobiste. Jakby ktoś bardzo powoli, bardzo uważnie kładł dłoń właśnie tam.

Zapragnęła więcej.

Dłoń powędrowała niżej sama, najpierw niepewnie, potem już świadomie. Palce zahaczyły o brzeg majtek. Zsunęła je powoli, centymetr po centymetrze, aż materiał zsunął się z bioder i odsłonił to, co zwykle zostawało ukryte. Ciepłe powietrze i słońce dotknęły jej między udami. Czuła to wyraźnie — nagłość, lekki dreszcz i to dziwne, ciche rozluźnienie, jakby ciało od razu wiedziało, że właśnie o to chodziło.

Rozejrzała się jeszcze raz.

Nadal nikogo.

Dopiero wtedy zsunęła majtki całkiem. Odkładając je obok, na piasek, tuż przy ręczniku. Teraz leżała naga. Całkowicie. Słońce miało ją całą.

Przymknęła oczy i dopiero wtedy naprawdę to poczuła — tę dziwną, cichą swobodę, jakby ciało wreszcie przestało się przed nią chować.

Dłoń zsunęła się między nogi sama, bez decyzji. Palce najpierw otarły się o wilgotne wargi, a potem trafiły wyżej, dokładnie tam, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Łechtaczka była już mokra i lekko nabrzmiała od słońca i od tego, co działo się w niej od kilku minut. Palec osiadł na niej wprost. Nie obok. Na niej.

Zatrzymała się na sekundę, czując pod opuszką to małe, twarde, pulsujące miejsce. Potem zaczęła krążyć. Powoli, dookoła napletka, potem odrobinę ciaśniej, muskając sam czubek. Za każdym okrążeniem łechtaczka robiła się wyraźniejsza, bardziej obecna, jakby wychodziła naprzeciw palcowi. Była śliska od własnej wilgoci, ciepła, wrażliwa aż do dreszczu.

Leżała naga w słońcu i oddawała się dwóm rzeczom naraz: ciepłu na skórze i temu równomiernemu, uporczywemu dotykaniu własnej łechtaczki. Oddech się zmienił. Biodra pozostały prawie nieruchome, ale całe napięcie schodziło teraz w to jedno miejsce pod palcem.

Nagle usłyszała głosy.

Nie od razu zrozumiała słowa — najpierw doszedł tylko dźwięk, ludzki, zbyt bliski jak na tę pustą plażę. Serce podskoczyło. Przerwała natychmiast. Dłoń oderwała się od ciała, jakby sama się jej wyparła. Chwyciła ręcznik i szybko przeciągnęła go przez biodra, przykrywając to, co jeszcze przed chwilą było wystawione na słońce. Między nogami zostało mokre ciepło i niedokończone napięcie.

Obejrzała się.

W oddali szła para. Dość młoda. On i ona, w kostiumach, z ręcznikami pod pachą, śmiejący się o coś cicho. Monika leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach i piersiami nadal nagimi. Stanik leżał obok, w zasięgu ręki. Mogła go założyć. Nie założyła.

Sama nie rozumiała, dlaczego. Może naprawdę chciała, żeby ktoś to zobaczył. Albo tylko nie zdążyła się zdecydować, a teraz było już za późno, żeby ten gest nie wyglądał na ucieczkę.
Para zbliżała się właśnie do jedynego miejsca, gdzie piasku było więcej niż kamieni. Tego samego, które wybrała ona. Rozłożyli ręczniki nieopodal. Na tyle blisko, że słyszała już ich głosy wyraźniej, szelest materiału, odgłos butelki odstawianej na piasek.

Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła na piersiach słońce i nagle także ich obecność. Ręcznik krył dół ciała. Górę zostawiła odsłoniętą. Leżała tak, jakby nic się nie stało — tylko serce biło trochę za głośno, a pod ręcznikiem wciąż jeszcze pamiętała ruch własnego palca.

Dziewczyna usiadła jeszcze na chwilę obok niego. Coś do niego mówiła, ściszonym głosem, i śmiała się krótko, odchylając głowę. On odpowiadał, ale już nie całkiem przy niej. Monika słyszała tylko strzępy — że woda wygląda dobrze, że nie zostaną długo. Potem dziewczyna wstała, poprawiła ramiączka kostiumu i poszła w stronę morza. Jej kroki zagubiły się w piasku. Weszła do wody bez pośpiechu i wkrótce została tylko ciemną głową na tle słońca.
Zostali we dwoje.

On usiadł, opierając się na rękach, i przez chwilę naprawdę patrzył przed siebie. Potem wzrok ześlizgnął mu się w bok. Szybko. Jakby przypadkiem. Na jej piersi. Niewielkie, nagie, nadal wystawione na światło. Sutki były ciemniejsze na rozgrzanej skórze i zbyt wyraźne, żeby dało się je przeoczyć. Odwrócił oczy. Po kilku sekundach wrócił.
Monika to widziała.

Leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach, i czuła, jak to spojrzenie osiada na niej fizycznie. Miał może dwadzieścia dwa lata. Prawie chłopak. A patrzył na nią tak, jakby nie potrafił przestać. Wstyd przyszedł pierwszy. Zaraz za nim coś cieplejszego, gęstszego. Podniecenie wróciło nagle, ostro, jakby to, co przed chwilą robiła sama, wcale się nie skończyło, tylko czekało na świadka.

Pozwoliła sobie na więcej.

Przesunęła się trochę, niby szukając wygodniejszej pozycji. Ręcznik zsunął się z bioder nie od razu, tylko leniwie, jakby sam nie wiedział, czy jeszcze ma ją zasłaniać. Przytrzymała go palcami — za krótko. Materiał odsłonił najpierw linię brzucha, potem ciemniejszy ślad skóry między udami. Nie zasłoniła się. Uda rozchyliły się odrobinę, wystarczająco, żeby w pełnym świetle widać było jej nagą cipkę: wąskie wargi, wilgotny, różowy środek i łechtaczkę, która po tym wszystkim wciąż była wyraźna, trochę nabrzmiała, błyszcząca.
On patrzył.

Tym razem już nie udawał, że to przypadek. Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła jego wzrok tam, gdzie przed chwilą miała własny palec. I nic nie zrobiła, żeby mu to odebrać.

Monika otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
Najpierw w twarz. Potem niżej. Bez pośpiechu, prawie ciekawie, jakby miała do tego prawo. Kostium nie ukrywał już nic. Pod cienkim materiałem było widać, że mu stwardniało — wyraźnie, napięte, trochę nieporadne w tej nagłej twardej linii.
Uśmiechnęła się.

— Wiesz, że ci stwardniał?

Chłopak wzdrygnął się, jakby dopiero teraz sam to poczuł. Dłoń poszła w dół odruchowo, niezdarnie, zasłaniając to, czego i tak nie dało się już schować. Odwrócił wzrok, potem znów na nią, czerwony aż po szyję.

— Przepraszam. Nie chciałem się tak na panią patrzeć. Jakoś… samo wyszło.
Monika nie zasłoniła się. Ręcznik leżał tam, gdzie go zostawiła, a ona nadal była odsłonięta — piersi na słońcu, między udami wilgotna, gładka skóra, którą on przed chwilą tak długo ogarniał wzrokiem.

— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Naprawdę.

Chwilę milczeli. W wodzie Ania odwróciła się plecami, płynąc dalej.

— Jak masz na imię?
— Marek.
— A twoja dziewczyna?
— Ania.

Imię padło między nimi za zwyczajnie, jakby nie leżeli kilka metrów od siebie w takiej pozycji, w jakiej leżeli. Monika przygryzła lekko wargę. Palce poprawiły ręcznik tylko po to, żeby nic nie poprawić. Spojrzała na niego znowu.

— Podoba ci się moje ciało?

Marek przełknął ślinę. Kiwnął głową, zanim zdążył się opanować.
— Bardzo.

Urwał, jakby szukał bezpieczniejszego zdania. Nie znalazł.

— Najbardziej… ta wydepilowana cipka. I piersi. Że nie za duże. W sam raz.

Powiedział to ciszej niż resztę, prawie wstydząc się własnych słów. Monika nie odwróciła wzroku. Słońce było ciepłe, Ania daleko, a to zdanie zostało między nimi na piasku, nagie jak ona.

Monika usiadła najpierw, jakby jeszcze się wahała. Potem wstała.
Ręcznik odłożyła obok, powoli, bez pośpiechu. Nie zasłoniła się ręką. Nie odwróciła się bokiem. Stanęła tak, jak stała — naga, na piasku, w pełnym świetle — i przez chwilę po prostu dała mu na siebie popatrzeć. Szczupłe ciało, niewielkie piersi, ciemne krótkie włosy rozrzucone od wiatru, gładkie, wydepilowane miejsce między udami. Zrobiła to z całą świadomością. I z przyjemnością, która była już wyraźna: w oddechu, w ustach, w tym, że nie spieszyła się, żeby znowu usiąść.

Uśmiechnęła się.

— A twoja dziewczyna co na to, że podobają ci się takie stare laski?
Marek spuścił wzrok, potem znów go podniósł, jakby nie umiał wybrać. Przesunął się na ręczniku, zawstydzony, ale nie na tyle, żeby odwrócić twarz.

— Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Ania raczej nie jest jakoś wyjątkowo zazdrosna. Ale o panią… pewnie by była. Nie lubi, jak patrzę na piękne kobiety.

Monika podeszła o krok bliżej słońca. Odwróciła ramiona tak, żeby światło padło na nią wprost — na piersi, na brzuch, na mokrą jeszcze, gładką cipkę. Skóra zabłysnęła. Wszystko stało się ostrzejsze.

— Nie mów do mnie pani — poprawiła go cicho.

Monika stała nadal naga, zwrócona do słońca, i nawet nie udawała, że nie widzi, gdzie ma wzrok.

— Myślisz, że jak twoja dziewczyna wróci, będzie jej przeszkadzać, że opalam się nago?

Marek odpowiedział nie od razu. Ciągle był zapatrzony w jej ciało — w piersi, w wąską talię, w gładką, odsłoniętą cipkę, która w tym świetle wydawała się jeszcze bardziej naga.

— Raczej nie. Byliśmy już na plaży nudystów.

Uśmiechnęła się kątem ust. Skinęła brodą w dół, tam, gdzie on wciąż trzymał dłoń.

— A ty nie zasłaniaj się tak ręką. I tak widzę, że ci stoi. To naturalna reakcja. Nie masz się czego wstydzić.

Zrobiła mały krok, nie za blisko, tylko na tyle, żeby jej głos stał się bardziej prywatny.

— Póki jesteśmy sami… pokaż, co tam masz.

Marek uniósł na nią oczy, zmieszany.
— Jak to?
— Po prostu. Majtki w dół i pokaż mi go.

Przez chwilę nic nie zrobił. Oddychał płycej, jakby ciało już się zgodziło, a on jeszcze nie. Potem wsunął kciuki pod gumkę kąpielówek i zsunął je w dół.

Od razu, bez tkaniny, która go do tej pory przytrzymywała, wyskoczył duży, naprężony penis. Był obrzezany — żołądź całkiem odsłonięta, gładka, ciemniejsza od reszty, nabrzmiała i błyszcząca. Trzon gruby, napięty, z wyraźną żyłką po stronie, pulsuje trochę od tego, jak mocno stał. Skóra na nim była cienka, obcisła, bez fałdu, który mógłby cokolwiek schować. Cały był mokry. Nie od wody. Od niego. Przezroczysta, gęsta wilgoć zebrała się już na czubku i spłynęła cienką nitką w dół, aż po napięty trzon. Wisiorek cienia kładł mu się na udzie. Stał twardo, prawie pionowo, zbyt wyraźny jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował się zasłaniać.

Monika spojrzała na to bez pośpiechu. Uśmiechnęła się.

— O… jesteś obrzezany. Jak ładnie.

Marek przełknął ślinę. Kąpielówki zostały w połowie ud, a on nie wiedział, czy je podciągnąć, czy zostawić.

— Z jakiej to okazji?

— Na prośbę Ani — powiedział ciszej. — Podobają jej się obrzezani.

Monika potaknęła powoli. Wzrok miała nadal tam, na mokrej, odsłoniętej żołędzi, która błyszczała w słońcu.

— Mnie też.

Monika stanęła przed nim. Blisko. Naga, spokojna, jakby to on był teraz wystawiony, nie ona. Marek wciąż miał kąpielówki w dole ud, a penis — twardy, obrzezany, mokry na czubku — trzymał się między nimi zbyt wyraźnie, żeby dało się udawać, że rozmawiają o pogodzie.

— Skoro Ania wymagała od ciebie obrzezania — powiedziała cicho, prawie zwyczajnym głosem — to regularnie ci obciąga?

Zamrugał. Otworzył usta i zamknął je z powrotem.

— Dwa, trzy razy w miesiącu.

Monika skinęła lekko, jakby zapisywała to sobie w głowie.

— A pozwala ci wchodzić w dupkę?

Tym razem poczerwieniał już wyraźnie. Spojrzał przez ramię, ku wodzie, ale Ania była jeszcze daleko.

— Nie. Niestety się nie zdarza.

Westchnęła, krótko, z uśmiechem, który nie był do końca życzliwy.

— Szkoda. Takim atrakcyjnym facetom to najintymniejsze miejsce kobiety powinno się należeć.

Nie zdążył odpowiedzieć. Z wody dobiegł plusk, potem głos — nie słowa jeszcze, tylko dźwięk, że ktoś wraca. Oboje odwrócili głowy.

Ania szła ku nim powoli. Mokry kostium przylegał do niej ciemniej, cięższy od wody, włosy sklejone, sylwetka coraz wyraźniejsza na tle słońca.
Marek poruszył się pierwszy. Szarpnął kąpielówki w górę, za szybko, prawie nieporadnie, wciskając twardego jeszcze penisa pod materiał. Tkanina stanęła mu nienaturalnie. Odwrócił się trochę bokiem, jakby to mogło pomóc.

Monika schyliła się po ręcznik. Nie ubrała się. Przepasała nim tylko uda, ciasno, na tyle, żeby zasłonić to, czego Ania nie powinna zobaczyć od razu. Piersi zostawiła nagie. Stanęła tak, jakby od początku tylko opalała się nago i nic więcej.

Ania podeszła bliżej. Uśmiechnęła się najpierw do Marka, potem dopiero spojrzała na kobietę obok.

— To Monika — powiedział Marek za szybko, zanim ktoś zdążył zapytać. — Rozmawialiśmy. Wszyscy z Polski.

Ania uniosła brwi, jeszcze przyjazna, jeszcze nic nie wiedząc.

— A o czym?
— O wakacjach — skłamał. — O urlopie. Że wrzesień jest lepszy niż sierpień.

Monika uśmiechnęła się lekko, poprawiając ręcznik na udach.

Ania stała mokra, jeszcze z morza. Długie włosy ciemniały od wody i kleiły się do ramion, do obojczyków, do pleców. Kostium był cienki i obcisły, ciemny, i po kąpieli przylegał do niej jak druga skóra — do małych, zgrabnych piersi, do płaskiego brzucha, do bioder. Tuż pod piersiami, prawie na żebrach, miała mały tatuaż. Niewielki, ciemny, jeszcze błyszczący od wody. Wyglądała młodo. Pewnie. Jak ktoś, kto nie musi się tłumaczyć z własnego ciała.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział.

Cisza była niezręczna, gęsta, za długa na zwykłe przedstawienie przy plaży.
To Ania odezwała się pierwsza. Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała uważne.

— A ten ręcznik to w jakim celu pani na siebie założyła? Czyżby się pani mnie krępowała?
Monika zamarła.

Pytanie było proste. I przez to gorsze. Poczuła ciepło na twarzy, nagle, jakby ktoś odsłonił nie ciało, tylko ją. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy zaprzeczyć, czy w ogóle coś powiedzieć. Marek stał obok i milczał za głośno.

— Nie… — zaczęła i urwała.

Potem zrobiła to, czego sama od siebie nie oczekiwała. Chwyciła ręcznik, zsunęła go z ud i rzuciła na piasek. Została znowu naga. Całkiem. W słońcu, przed nimi obojgiem.

— Nie chciałam się zbytnio obnażać publicznie — powiedziała.

Głos miała równy. Prawie. W środku było inaczej. Czuła się skrępowana aż do gardła. Że taka młoda siksa potrafiła ją zawstydzić. Że to ona, starsza, pewniejsza jeszcze przed chwilą, teraz stoi rozebrana nie dlatego, że sama tak chciała, tylko dlatego, że tamta ją do tego zmusiła jednym zdaniem.

Ania spojrzała na nią spokojnie. Na piersi. Niżej. Potem znowu w twarz.

Nie spieszyła się. Słońce schło jej na ramionach, mokry kostium ciemniał, a ona stała tak, jakby miała do tego ciała więcej prawa niż sama Monika.

Potem raptem padło pytanie.

— Znam takie osoby jak pani. Podnieca was nagość. To, że ktoś patrzy. I do tego jeszcze to uczucie zawstydzenia i skrępowania. Czy nie mam racji?

Monika otworzyła usta i nic z nich nie wyszło.

Serce uderzyło mocniej, głupio, jak u przyłapanej. Chciała zaprzeczyć. Albo się zaśmiać. Albo powiedzieć, że to nie tak. Ale Ania patrzyła za uważnie, a Marek stał obok i słyszał każde słowo. Wstyd wszedł jej pod skórę głębiej niż słońce.

Skinęła głową. Lekko. Prawie niechętnie.

— Tak.

To było wszystko, co zdołała z siebie wydusić. Jedno słowo, ciche, zawstydzone, i nagle cała jej nagość przestała być tylko ciałem na plaży. Stała się odpowiedzią.

CDN
Monika wyszła z restauracji kilka minut po Jowicie. Na stole zostało pięćdziesiąt złotych i dwie szklanki wody. W Uberze siedziała z kolanami razem. Sukienka kleiła się do ud. Za oknem jechała zwykła Warszawa.

W domu mąż zapytał, jak kolacja. Powiedziała, że w porządku, że znajoma z pracy, że jest zmęczona. Umyła twarz, wzięła prysznic i położyła się obok niego. Długo nie mogła zasnąć.
Rano wstała wcześniej. W łazience ogoliła się dokładnie, do zera, cipkę i tyłek, aż skóra była gładka pod światło. Na wydepilowane miejsce nałożyła krem. Potem usiadła na wannie i od razu odmierzyła piętnaście minut. Palce poszły po kremie łatwo, za łatwo. Łechtaczka była jeszcze wrażliwa po wczorajszej restauracji, skóra świeżo ogolona, śliska. Doszła bardzo blisko. Brzuch się spiął, oddech się urwał, i przestraszyła się, że skończy. Że będzie musiała powiedzieć o tym Jowicie. Odsunęła rękę, oparła się o kafelki i czekała, aż to opadnie. Minuta, może dwie. Potem dokończyła kwadrans już płycej, ostrożnie, i umyła ręce.

Założyła ładną, ciemną bieliznę, naciągnęła czarne pończochy z pasem i na to ubranie do pracy. Makijaż zrobiła starannie: równa kreska, spokojne usta, twarz, która miała wyglądać na opanowaną. Do torebki włożyła sukienkę i szpilki. Chciała dobrze wypaść. Wiedziała, że i tak każe się jej rozebrać.

Dzień w pracy minął wolno. Maile, spotkanie, lunch przy biurku. Po południu zamknęła się w toalecie na piętrze, zdjęła biurowe ubranie i włożyła sukienkę oraz szpilki. Poprawiła pończochy i makijaż. Potem zawahała się. Ściągnęła majtki i schowała je do torebki. Wiedziała, że Jowita nie lubi, kiedy je nosi. Wyszła z toalety w sukience, w pasie i pończochach, już bez nic pod spodem.

Wyszła z pracy o 17:05. Na Dworcowej było już po szczycie. Klatka pachniała tak samo jak za pierwszym razem. Stanęła przed drzwiami bez nazwiska, poprawiła torebkę i zadzwoniła. Drzwi otworzyły się punktualnie.

Jowita otworzyła drzwi w samych koronkach i wysokich szpilkach. Biustonosz i majtki były czarne. Spojrzała na Monikę i nie wpuściła jej dalej.

— Rozbierz się. Do naga.

Z dużego pokoju było słychać kilka męskich głosów i śmiech. Monika poczerwieniała. Była podniecona, zawstydzona i spięta. Zdjęła sukienkę, biustonosz, pas i pończochy. Została naga na przedpokoju. Jowita podała jej obrożę.

— Załóż na szyję. Szpilki zostawiasz.

Monika zapięła obrożę. Jowita wzięła opaskę, nałożyła jej ją na oczy i zawiązała z tyłu głowy. Monika nic nie widziała.

— Chodź.

Jowita wzięła ją za ramię i wprowadziła korytarzem do dużego pokoju. Monika słyszała swoje kroki i głosy, które były coraz bliżej. Ktoś powiedział, że ma ładne nogi. Ktoś, że piersi małe, ale tyłek dobry. Ktoś zapytał, ile ma lat. Jowita nic nie odpowiedziała. Zatrzymała ją na dywanie.

— Stań na środku.

Monika stanęła. Była naga, w obroży, w szpilkach, z zasłoniętymi oczami. Nie wiedziała, ile osób siedzi na sofach i z której strony na nią patrzą. Słyszała, jak ktoś przesuwa się na siedzeniu i odstawia szklankę. Komentarze padały spokojnie.

— Ładnie ogolona.

— Na mężatkę wygląda dobrze.

— Zobacz obrożę.

Jowita chodziła dookoła niej.

— Ręce wzdłuż ciała. Nie zasłaniaj się. Niech zobaczą, po co przyszłaś.
Monika opuściła ręce. Serce biło jej mocno. Między nogami była mokra. Stała na środku pokoju i czekała, aż Jowita coś powie.

Monika stała nago na środku pokoju, w obroży, w szpilkach, z opaską na oczach. Głosy na sofach ucichły, kiedy Jowita stanęła za nią.

— To Monika. Ma trzydzieści osiem lat. Jest mężatką. I sama wybrała drogę uległej i posłusznej.
Mówiąc to, wsunęła rękę między jej nogi. Palce znalazły łechtaczkę od razu. Monika była już mokra. Jowita zaczęła masować powoli, równo.

— Stój prosto. I odpowiadaj na pytania gości.
Monika wyprostowała plecy. Ktoś z sofy odezwał się pierwszy.

— Mąż wie, że stoisz tu naga?

— Nie.

— Kiedy ostatnio mu obciągałaś?

Zawahała się. Jowita przyspieszyła palce.

— Kilka tygodni temu.

— A obcemu mężczyźnie połykałaś spermę?

Cisza. Monika poczuła ciepło na twarzy.

— Tak.

— Ile razy?

— Dwa.

Śmiech z prawej strony. Jowita nie zwolniła. Tempo było już szybsze.

— Golisz się, bo mąż tak chce, czy bo ci kazano?

— Bo mi kazano.

— Lubisz, jak patrzą ci między nogi?

— Tak… wstydzę się. Ale tak.

Palec Jowity chodził już szybko, mokro. Monika poczuła, że orgazm jest blisko. Brzuch się spiął.

— Tylko nie kończ — powiedziała Jowita jej do ucha. I nie zwolniła.

— Gdyby twój mąż wszedł teraz, co byś zrobiła?

— Nie wiem. Zostałabym… chyba.

— Jesteś dziwką czy żoną?

Monika otworzyła usta i nic nie wyszło. Jowita nacisnęła mocniej.

— Odpowiadaj.

— I tym, i tym. Dziś… tym pierwszym.

Stała prosto i odpowiadała coraz krócej. Każde słowo kosztowało ją oddech. Jowita trzymała duże tempo i nie zabierała ręki.

— Proszę pani… już…

— Trzymaj.

Nie utrzymała. Orgazm wszedł nagle, mocno, przy wszystkich. Krzyknęła. Uda jej zadrżały, ciało zgięło się do przodu, a Jowita przytrzymała ją za biodro i jeszcze chwilę nie odjęła palców. W pokoju było słychać tylko ten krzyk. Potem Monika stała na środku, ślepa, naga, mokra, i łapała oddech, podczas gdy goście milczeli.

Jowita wyjęła palce z cipki Moniki. Uniosła jej brodę w stronę sof i trzymała.

— I widzicie. Nie dość, że dziwka i zdradza męża, to jeszcze nieposłuszna. Kazano jej nie kończyć. Skończyła. Przy was. Z krzykiem.

Monika stała z opaską na oczach i z mokrymi udami. Nic nie powiedziała.

— Za orgazm bez zgody jest kara. Cztery możliwości. Pierwsza: dziesięć uderzeń skórzanym paskiem w tyłek. Druga: obciąga wybranemu gościowi i połyka. Trzecia: korek w tyłek do końca wieczoru. Czwarta: dwadzieścia minut z wibratorem na łechtaczce, bez prawa do orgazmu.

Jowita zaśmiała się cicho i pochyliła do jej ucha.

— A ty co byś chciała, moja droga?

Monika długo nic nie mówiła. Paska się bała. Wibratora też. Korek znała. Połknięcie znała.

— Drugą, proszę pani. Tę z połknięciem.

Jowita roześmiała się głośniej.

— Patrzcie, jaka chętna. Chyba to lubi.

Zaczęło się głosowanie. Monika słyszała tylko, jak goście przesuwają się na sofach. Nie widziała rąk. Nie wiedziała, co wygralo.

— Słyszysz ich? To nie ja wybieram.

— Tak, proszę pani.

Po chwili Jowita puściła jej brodę.

— Na kolana. Tyłek w górę.

Monika uklękła na dywanie i wypięła się. Szpilki zostawiła na sobie. Czekała na pasek. Ramiona miała spięte. Myślała o dziesięciu uderzeniach.

Nie usłyszała paska. Usłyszała odkręcanie zakrętki. Jowita nalała oliwkę na palce i położyła je między jej pośladki. Masowała odbyt powoli, kręciła, wciskała oliwkę do środka.

— Rozluźnij się. Wybrali korek.

Ktoś się zaśmiał. Ktoś powiedział, żeby szło głębiej. Monika poczuła wstyd mocniejszy niż przed orgazmem. Klęczała tyłem do obcych ludzi, z rozchylonymi pośladkami, i wszyscy to widzieli.
Jowita przyłożyła do odbytu dużą zatyczkę. Główka była szeroka i twarda. Nacisnęła.

— Proszę pani, za duży. Nie wejdzie.

— Wejdzie.

Nacisk wzrósł. Główka rozpychała odbyt milimetr po milimetrze. Monika próbowała zsunąć się do przodu. Jowita przytrzymała ją za biodro i pchała dalej. Goście dopingowali. Ktoś klaskał. Ktoś się śmiał.

— Nie spinaj się. Wpuść.

Monika westchnęła. Piekło. Korek był za szeroki i szedł mimo to. Jowita wciskała, odpuszczała, znowu wciskała głębiej. Główka stanęła na najszerszym miejscu. Monika potrząsnęła głową. Obroża przesunęła się na szyi.

— Proszę pani…

Jowita docisnęła mocno. Korek wszedł. Wskoczył do środka jednym ruchem i zatrzymał się za główką. Odbyt zacisnął się wokół szyjki. Monika jęknęła i opadła na łokcie. W środku leżał ciężar, duży i głęboki. Ktoś zagwizdał.
Jowita klepnęła ją w pośladek.

— Do końca wieczoru. Wstań. I nie wyjmuj.
Monika wstała wolno. Przy prostowaniu korek przesunął się w niej. Stała naga, z zasłoniętymi oczami, z zatyczką w tyłku i z twarzą, której nie mogła schować.

Monika stała nago na środku, z korkiem w tyłku i z opaską na oczach. Przy każdym oddechu czuła zatyczkę. Jowita stanęła obok.

— Możecie pytać.

Ktoś z sofy odezwał się pierwszy.

— Lubisz smak spermy?

Monika przełknęła.

— Krępuje mnie to. Ale jestem gotowa, jeżeli będzie taka potrzeba.

Cisza. Potem odezwała się kobieta. Głos miał inny ton, niższy.

— Lubisz być zawstydzana i poniżana?

Monika kiwnęła głową, potem zrozumiała, że muszą usłyszeć.

— Tak. To mnie podnieca.

Jowita nic nie dodała. Korek siedział w niej głęboko. Goście widzieli to, ona nie.

— Oddałabyś się innemu mężczyźnie przy swoim mężu?

Dłużej milczała. Szpilki wcisnęły się w dywan.

— Nie wiem, czy dałabym radę na niego patrzeć. Ale jeśli pani Jowita każe… tak. Oddałabym się.

Ktoś się odezwał bliżej, prawie za jej ramieniem.

— A gdyby mąż tylko siedział i patrzył, jak łykasz obcą spermę? Zostawiłabyś usta otwarte?

Monika poczuła, jak wstyd schodzi jej po szyi, pod obrożę, aż między nogi. Była mokra. Korek naciskał od środka.

— Zostawiłabym. Wstydziłabym się. I i tak bym połknęła.

Jowita położyła dłoń na jej karku.

— Słyszycie. Sama mówi. Nie trzeba jej już nawet kłamać.

Monika stała nago na środku pokoju, w obroży, z opaską na oczach i z korkiem, który przy każdym oddechu przypominał o sobie.

— Przechodzimy teraz do twojej inicjacji — powiedziała Jowita.

Kilka osób podeszło blisko. Monika poczuła ciepło ciał z przodu i z boków. Oddech. Tkaninę. Skórę.

— Wyciągnij ręce.

Wyciągnęła. Jowita ujęła jej nadgarstki i nakierowała. W lewej dłoni poczuła twardego penisa, gorącego, już mokrego na czubku. Jowita przesunęła jej rękę dalej. Drugi był grubszy. Trzeci cieńszy, dłuższy. Czwarty — obrzezany. Gładka, odsłonięta żołądź, napięta, śliska. Wszystkie cztery były twarde. Monika trzymała je po kolei, palce same zacisnęły się na skórze. Nie widziała twarzy. Czuła tylko to.

Jowita puściła jej ręce.

— Jesteś gotowa?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nie spodziewałam się tego. Ale jeżeli muszę… nie będę się bronić.

— Dobrze. Połóż się na sofie. Nogi do góry. Szeroko. I czekaj.

Monika cofnęła się, aż łydki trafiły na brzeg sofy. Położyła się. Uniosła nogi i rozchyliła je. Korek przesunął się w niej przy tym ruchu. Szpilki zostały w powietrzu. Nic nie widziała. Słyszała, że ktoś staje między jej kolanami. I czekała, jak kazano.

Monika stała nago na środku pokoju, w obroży, z opaską na oczach i z korkiem, który przy każdym oddechu przypominał o sobie.

— Przechodzimy teraz do twojej inicjacji — powiedziała Jowita.

Kilka osób podeszło blisko. Monika poczuła ciepło ciał z przodu i z boków.

— Wyciągnij ręce.

Wyciągnęła. Jowita ujęła jej nadgarstki i nakierowała. W dłoni poczuła twardego penisa, gorącego, już mokrego na czubku. Jowita przesunęła jej rękę dalej. Drugi był grubszy. Trzeci cieńszy, dłuższy. Czwarty — obrzezany. Gładka, odsłonięta żołądź, napięta, śliska. Wszystkie cztery były twarde. Monika trzymała je po kolei. Nie widziała twarzy. Czuła tylko to.

Jowita puściła jej ręce.

— Jesteś gotowa?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nie spodziewałam się tego. Ale jeżeli muszę… nie będę się bronić.

— Dobrze. Połóż się na sofie. Nogi do góry. Szeroko. I czekaj.

Cofnęła się, aż łydki trafiły na brzeg sofy. Położyła się. Uniosła nogi i rozchyliła je. Korek przesunął się w niej przy tym ruchu. Szpilki zostały w powietrzu. Nic nie widziała. Myślała o czterech penisach, które przed chwilą trzymała, i o tym, że zaraz każdy wejdzie w nią. Myślała o mężu. O domu. O tym, że kłamała mu od tygodni. Wstyd był gęsty. Upokorzenie też. A ciało i tak czekało.

Trwało to chwilę. Potem ktoś klęknął między jej nogami. Poczuła twardego penisa przy cipce. Przesunął się wzdłuż warg i wszedł. Monika wciągnęła powietrze. Było ciasno przez korek. Przy każdym ruchu penis dociskał zatyczkę od środka. Ktoś złapał ją za uda i zaczął posuwać szybko, równo, bez czułości. Z góry inna dłoń przycisnęła jej brzuch, żeby było jeszcze ciaśniej.

Chciała zsunąć nogi. Jowita przytrzymała jej kolano.

— Zostań tak. Nie zmieniasz pozycji.

Pierwszy się wycofał. Od razu przyszedł kolejny. Inny kąt, inna grubość, to samo szybkie tempo. Znowu korek przesuwał się w niej przy każdym pchnięciu. Głosy z sof były niskie, pewne. Monika była pewna, że to mężczyźni. Inaczej by nie leżała tak i nie myślała o zdradzie.

— Ciasna.

— Dobrze bierze.

— Patrz, jak trzyma nogi.

Gryzła wargę. Pod powiekami miała twarz męża i nie mogła jej odpędzić. Była zawstydzona, że leży tak przy ludziach, których nie zna. Upokorzona, że Jowita nawet nie pozwala jej się odwrócić.

Trzeci wszedł bez przerwy. Szybszy. Dłoń na brzuchu wróciła. Uda piekły od trzymania ich w górze. Minuty zlewały się. Słyszała oddechy, skórę i głos Jowity, kiedy biodra chciały uciec w bok.

— Nie. Nogi zostają.

Ostatnie podejście było inne. Nikt nie wszedł. Ktoś przyłożył jej do cipki masażer. Wibracja uderzyła od razu, mocna, prosto w łechtaczkę.

— Nie kończ — powiedziała Jowita.
Monika pokręciła głową i spróbowała zsunąć biodra. Jowita przytrzymała jej udo i docisnęła masażer mocniej. Korek pulsował w niej od środka. Monika zacisnęła zęby, potem nie wytrzymała.

— Proszę pani, nie. Proszę przestać. Nie dam rady.

— Musisz wytrzymać.

Jowita nie odjęła ręki. Masażer pracował bez litości, dokładnie tam, gdzie Monika była już za blisko. Nogi nadal w górze. Próbowała oddychać płycej. Próbowała uciec biodrami. Jowita szła za nią masażerem i nie odpuszczała.

Nie utrzymała.

Skończyła z krzykiem, głośno, przy wszystkich, z nogami szeroko i z korkiem w sobie. Ciało rzuciło się do przodu i opadło. Wibracja trwała jeszcze sekundę za długo.
Jowita wyłączyła masażer.

— Tak jak myślałam. Zwykła dziwka. Nie potrafi panować nad swoim ciałem.

Potem Monika poczuła świst i silne uderzenie paskiem prosto w cipkę. Krzyknęła. Ból był ostry, piekący, inny niż wibracja. Zasłoniła się kolanami odruchowo. Jowita
ściągnęła jej nogi z powrotem.

— Nie zasłaniaj się. Sama nie posłuchałaś.

Leżała tak jeszcze chwilę. Sofy znowu skrzypiały. Prawie godzina. Kilka ciał, których nie widziała. Korek nadal w niej. W głowie mąż. I pewność, że właśnie uprawiała seks z mężczyznami, chociaż nie zobaczyła ani jednej twarzy.
Monika leżała na sofie z obolałą cipką i z pewnością, że właśnie wzięło ją czterech całkowicie obcych mężczyzn. Nogi miała jeszcze rozchylone, korek uwierał tak, że bolało przy każdym oddechu, a skóra między udami piekła po pasku. Pod opaską było ciemno. W głowie został mąż i ta jedna myśl: zdradziła go naprawdę.
Po chwili Jowita położyła jej coś ciężkiego na brzuch.

— Trzymaj. To twój gwałciciel.

Monika uniosła rękę i dotknęła. Silikon. Ciepły od ciała. Kształt naturalnego penisa, żyły, żołądź, pasek, który zakłada się na biodra. Nie człowiek. Strapon.

— Zerżnęłyśmy cię razem z koleżankami — powiedziała Jowita spokojnie. — A mężczyźni tylko patrzyli. Naprawdę myślałaś, że nową dziewczynę oddam czterem napalonym facetom?

Monika nic nie odpowiedziała. Palce trzymała na tym sztucznym penisie i nie wiedziała, co czuć. Najpierw ulga, ostra, głupia: to nie byli mężczyźni. Nie weszła w nią obca skóra. Potem wstyd, jeszcze mocniejszy. Leżała godzinę z nogami w górze i była pewna, że zdradza męża z facetami. Jęczała. Doszła. Myślała o nim. A to kobiety. Koleżanki Jowity. W paskach. I mężczyźni siedzieli na sofach i oglądali, jak się myli.
Poniżenie weszło głębiej niż korek. Bo dała się oszukać całym ciałem. Bo sama powiedziała, że się nie będzie bronić. Bo do końca wierzyła głosom, twardości, mokrej żołędzi w dłoni.

Opaski nadal nie mogła zdjąć. Cipka piekła od paska i od tarcia. Korek uwierał strasznie, za duży, za głęboki, po prawie godzinie już nie do zniesienia. Leżała naga, ślepa, z straponem na brzuchu i z głosem Jowity nad sobą, i pierwszy raz nie wiedziała, czy bardziej ją kręci to, że ją użyto, czy to, że nawet nie rozumiała, kto.
Jowita ujęła ją za ramię i wyprowadziła z dużego pokoju. Monika szła po omacku, z korkiem, który przy każdym kroku uwierał, i z cipką, która nadal piekła. W łazience zapaliło się światło za powiekami, choć jeszcze nic nie widziała.

Jowita rozwiązała opaskę. Monika mrugnęła. Białe kafelki, lustro, własna naga twarz, obroża, rozmazany makijaż. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Jowita złapała za korek i docisnęła go z całej siły. Monika wygięła się, oparła dłoń o umywalkę. Jowita pocałowała ją i wsunęła język do ust. Krótko, pewnie, bez czułości.
Odsunęła się tylko na tyle, by mówić jej w usta.

— Będziemy pracować nad kontrolą orgazmów. Nie może być tak, że kończysz, kiedy chcesz.

Puściła korek. Położyła dłoń na jej karku.

— Ale dziś byłaś posłuszna. To zostawiam.

Skinęła na prysznic.

— Umyj się. Sama.

Wyszła i zamknęła drzwi.
Monika stała chwilę przed lustrem, potem weszła pod wodę. Zmyła pot, resztki oliwki, makijaż. Korek nie chciał wyjść. Ciągnęła za krążek, odbyt był obolały i ciasny. Pociągnęła jeszcze raz, mocniej, aż główka przeszła i ciężar wypadł jej w dłoń. Została pusta, rozszerzona, obolała. Umyła zatyczkę, odłożyła ją na brzeg wanny i ubrała się szybko: sukienka, szpilki, torebka. Majtki zostawiła w środku, jak rano.
Wyszła z łazienki już ubrana. Jowita czekała przy drzwiach wejściowych, znowu spokojna, jakby w salonie nic się nie stało. Otworzyła.

— Żegnam. Do następnego razu.

Monika przeszła obok niej na klatkę. Drzwi zamknęły się za jej plecami.
Zacząłem marzyć, by pisać z Panią w duecie.
 
Mężczyzna

shyman

Podrywacz
Minął prawie tydzień od powrotu do Warszawy. Monika wróciła do pracy, jeździła tramwajem, jadła kolację z mężem i kładła się spać o zwykłej porze. Korek schowała na dnie szafki, pod ręcznikami. Ania nie pisała. Monika mimo to sprawdzała Messenger częściej, niż chciała: najpierw co godzinę, potem rano i wieczorem, a wreszcie tylko wtedy, gdy mąż wychodził z kuchni.

Wiadomość przyszła we wtorek, w środku dnia. Ania napisała, że Monika została przekazana. Jeśli chce zdjęcia, ma kontakt do Jowity. Ma czekać na kontakt. Ania tych zdjęć już nie ma. Tyle. Monika siedziała przy biurku i czytała to jeszcze raz. Nie zaproszono jej nigdzie. Nie pytano, czy się zgadza. Przekazano ją dalej, jak sprawę, która przestała kogoś obchodzić.

Kliknęła nowy kontakt. Profil był prawie pusty. Zdjęcie twarzy, imię Jowita. Kobieta po czterdziestce, ze czterdzieści pięć albo czterdzieści osiem lat, szczupła, dość ładna, z ciemnymi włosami i czarną bluzką. Zwyczajna. Taka, którą można minąć na ulicy i nie zapamiętać. Monika długo układała wiadomość. W końcu napisała, że nazywa się Monika, że Ania podała jej ten kontakt i że chce odzyskać zdjęcia. Wysłała i odłożyła telefon.

Przez kilka godzin nikt nie odpisał. Monika próbowała pracować, piła herbatę i sprawdzała ekran. Myślała, że to pomyłka, że Ania jeszcze się odezwie, że nikt nie odbierze. Odpowiedź przyszła bez powitania. Dworcowa 73A. Dziś 16:00. Spojrzała na zegarek. Zostało mało czasu. Adres był zwykły, godzina też. Nikt nie pytał, czy może przyjść. Nikt nie napisał, że nie musi. Wstała, wzięła torebkę i jeszcze raz spojrzała w telefon. Ania milczała. Jowita podała tylko miejsce i godzinę.

Wyszła z pracy kwadrans za wcześnie i przez całą drogę miała wrażenie, że spóźnienie byłoby łatwiejsze niż punktualność. Tramwaj był pełny, potem została krótka ulica przy dworcu, za głośna i za zwyczajna na to, po co jechała. Dworcowa 73A stała między sklepem i klatką, od której pachniało jedzeniem i kurzem. Monika poprawiła torebkę, spojrzała w telefon, chociaż nie było tam nic nowego, i weszła po schodach.

Na drzwiach nie było nazwiska, tylko numer. Poczekała chwilę, jakby jeszcze mogła zejść. Potem zadzwoniła.

Jowita otworzyła dość szybko. Miała czterdzieści kilka lat, szczupłą twarz i ciemne włosy zaczesane do tyłu. Na sobie czarną, obcisłą sukienkę do kolan, z wycięciem wystarczająco głębokim, żeby było widać linię piersi, ale jeszcze na tyle zwyczajnym, że dało się to wytłumaczyć wyjściem do miasta. Na szyi cienki łańcuszek, w uszach małe kolczyki, na ręce zegarek. Szpilki były wysokie, czarne, i na cichym dywanie i tak było słychać, jak do niej podeszła. Spojrzała na Monikę tak, jak się patrzy na kogoś, kogo się spodziewano.

— Monika?
— Tak.
— Wejdź.

Przedpokój był wąski. Za nim korytarz, drzwi do małego pokoju i łazienki, a dalej już duże pomieszczenie. Żaluzje w oknach były przysłonięte tylko trochę, więc dzień wpadał do środka przygaszony, nie ciemny. Pod ścianami stały sofy, na środku leżał gęsty, przyjemny dywan. Pachniało kawą i czystą tkaniną. Nic tu nie wyglądało na pułapkę. Właśnie dlatego Monika zatrzymała się na dywanie dłużej, niż powinna.

Jowita zamknęła drzwi od korytarza. Łańcuszek błysnął, kiedy przekręciła klucz.

Jowita usiadła na sofie przy ścianie, nogę zarzuciła na nogę, i dopiero wtedy Monika zobaczyła, jak bardzo nie pasuje do tego pomieszczenia. Sama miała na sobie to, w czym rano wyszła do biura: jasną koszulę, cygaretki, marynarkę, niskie czółenka. Zwyczajny strój do pracy. Obrączka, zegarek, torebka jeszcze w dłoni. Stała na dywanie jak wezwana do gabinetu, tylko nikt nie podał jej krzesła.

Jowita sięgnęła po tablet leżący na niskim stoliku. Ekran zapłonął i Monika od razu poznała własne ciało. Plaża. Słońce. Ona naga na kolanach, potem odwrócona, potem z rozchylonymi udami, z twarzą, której nie chciała oglądać. Jowita nic nie powiedziała. Przewijała zdjęcia jednym palcem, wolno, jedno po drugim, jak dokumenty. Czasem zatrzymywała kadr dłużej, czasem iść dalej bez pośpiechu. Szpilka kołysała się lekko. Łańcuszek na szyi nie drżał.

Monika czuła ciepło na twarzy i ciężar marynarki na ramionach. Chciała powiedzieć, że przyszła po te zdjęcia, że to pomyłka, że Ania nie miała prawa. Zamiast tego stała i słuchała cichego przesuwania palca po szkle. W dużym pokoju było słychać tylko to i swój własny oddech. Jowita nie uniosła oczu. Oglądała ją najpierw na ekranie, jakby żywa Monika mogła poczekać.

W końcu Jowita podniosła oczy. Tablet zostawiła na kolanie, na ostatnim zdjęciu, i przez chwilę patrzyła już nie w ekran, tylko w kobietę w marynarce, która stała na jej dywanie.

— Uległość. Posłuszeństwo. Oddanie. Bez względu na to, czy się wstydzisz, czy nie. Nie lubię odmów. Masz zwracać się do mnie „pani Jowita” albo „proszę pani”. Ania oddała mi te zdjęcia i powiedziała, że podnieca cię uległość. Że zrobisz za nie wiele. Jeżeli będziesz posłuszna, odzyskasz je. Co ty na to?

Głos miała spokojny, prawie urzędowy. Przez to zdanie o Ani padło ciężej niż krzyk. Monika przełknęła i zaczęła mówić za szybko, jak w pracy, kiedy trzeba sprostować pomyłkę. Że to nie tak. Że Ania przesadziła. Że na plaży stało się coś, czego nie planowała, i że nie jest kobietą, która komuś służy. Że ma męża, pracę, zwykłe życie, i przyjechała tylko po to, żeby te zdjęcia zniknęły.

Jowita słuchała bez przerywania. Palcem przesunęła ekran i znowu pokazała jej twarz z Grecji, uniesioną, zbyt szczerą, żeby dało się ją nazwać pomyłką. Nic nie dodała. Zostawiła kadr między nimi i czekała.

Monika zamilkła. Marynarka nagle była za ciepła. Mogła wyjść. Drzwi były za plecami. Zamiast tego skinęła głową, najpierw ledwie, potem wyraźniej.

— Dobrze — powiedziała ciszej. — Zgadzam się. Jeśli je odda pani… jeśli będę posłuszna.
Jowita poprawiła się na sofie. Łańcuszek błysnął.

— Nie „pani”. Pani Jowita. Albo proszę pani. Od początku.

Monika wciągnęła powietrze.

— Tak, proszę pani.

Na tablecie nadal leżała naga. W dużym pokoju zostało tylko to zdanie i cisza po nim.

— No dobrze — powiedziała Jowita. — Marynarka. Koszula. Spodnie. Rozbieraj się do samej bielizny.

Monika zdjęła najpierw marynarkę i położyła ją na brzegu sofy. Potem rozpięła koszulę od góry. Jasny materiał zsunął się z ramion i zostało na niej zwykłe, beżowe body, takie do pracy. Rozpięła spodnie, zsunęła je w dół i zdjęła buty. Została w biustonoszu i majtkach, w obrączce i zegarku, na środku dywanu. Jowita nawet nie skinęła, że może usiąść.
— Obróć się.

Monika odwróciła się wolno. Czuła wzrok na plecach i na zapięciu stanika. Za sobą usłyszała szelest kartki. Jowita coś zapisała w notatniku.

— Teraz do naga.

Monika wiedziała, że musi. Wstyd uderzył od razu, a ręce i tak poszły do pleców. Zapięcie puściło, biustonosz zsunął się w dół i odsłonił niewielkie piersi. Majtki ściągnęła po udach i została naga. Szczupła, z krótkimi ciemnymi włosami i czerwonymi policzkami. Między nogami miała cipkę już nie całkiem wygoloną: pod światło było widać krótki, odrastający cień włosków.

Jowita zmrużyła oczy.

— Piersi małe. Talia dobra. To zostawiamy.

Uniosła długopis i wskazała nim prosto między jej nogi.

— A to nie. Niewygolona. Zawsze masz być przygotowana. Wydepilowana do zera. Cipka i tyłek. Nie przychodzisz do mnie z odrastającymi włosami.

Monika spuściła wzrok. Wstyd zgęstniał, bo nagość była jedno, a ta uwaga drugie. Długopis nie dotknął skóry, a i tak poczuła się poprawiona jak uczennica.

— Teraz tyłem. Pochyl się. Pośladki szeroko.

Odwróciła się, pochyliła i rękami rozchyliła pośladki. Twarz miała blisko dywanu. Między nimi też było widać ten sam krótki cień.

— To samo. Ma być gładko. Do zera. Zapamiętaj.

— Stań przodem.

Wyprostowała się i odwróciła. Ręce zostawiła wzdłuż ciała. Jowita siedziała na sofie, nogę za nogą, i patrzyła na nią całą: na twarz, na małe piersi, na wąską talię i na cipkę, której nie uznała za gotową. Na tablecie obok leżały zdjęcia z Grecji. Przed nią stała żywa Monika, naga i już skarcona.

Ania, wysyłając mi twoje zdjęcia i kontakt, powiedziała, że zachowujesz się jak typowa dziwka. Nie przepadam za tym słowem. Można znaleźć inne. Może mi wytłumaczysz, dlaczego tak o tobie powiedziała.

Monika stała naga i długo nie mogła zebrać głosu. Palce splotła przed sobą, potem je opuściła, bo nie było czym zasłonić cipki, której Jowita przed chwilą nie uznała za gotową.
— Bo… mimo że jestem mężatką, pozwoliłam, żeby obcy mężczyzna wytrysnął mi na twarz. I łykałam jego spermę. Czułam się upokorzona. I wykorzystana. A mimo to byłam podniecona. Sama siebie za to źle oceniam. Ale chcę być szczera.

Powiedziała to ciszej pod koniec, ze wzrokiem w dywanie. Wstyd miał smak tamtej plaży: słony, gęsty, nadal zbyt bliski.

Jowita słuchała bez zmiany miny i nagle powiedziała.

— Obróć się.

Monika odwróciła się tyłem. Usłyszała, że Jowita po coś sięga. Potem tylko świst. Siarczyste uderzenie spadło jej na prawy pośladek tak mocno, że ciało samo odskoczyło do przodu. Krzyknęła. Palący ból rozlał się po skórze od razu, ostry, gorący, jakby ktoś odcisnął na niej całą dłoń. Monika złapała się za tyłek i odwróciła, zszokowana, z otwartymi ustami. Na pośladku piekło tak, że oczy jej łzawiły. Jowita siedziała nadal spokojnie, tylko rękę miała jeszcze uniesioną.

— Zapomniałaś w trakcie używać odpowiedniej formy. Proszę pani. Nie zapominaj o tym.

Monika stała naga, z dłonią na piekącym pośladku i z sercem, które odeszło jej w gardło. Wstyd wrócił mocniejszy niż ból. Wymusiła z siebie głos.

— Przepraszam, proszę pani.

Jowita uniosła szpicrutę. Na końcu miała małą skórzaną kulkę i krótkie rzemyki. Skierowała ją prosto między nogi Moniki i lekkim ruchem, do przodu i do tyłu, wsunęła między wargi sromowe tak, że kulka osiadła na łechtaczce. Skóra była ciepła i już wilgotna. Kulka musnęła ją raz, drugi, wystarczająco wyraźnie, żeby Monikę przeszedł dreszcz od kolan aż po brzuch. Wiedziała, czym to pachnie. Wiedziała też, gdzie może spaść następne uderzenie, jeśli znowu się pomyli.

— Teraz zadam ci pytanie — powiedziała Jowita. — Odpowiesz szczerze i w prawidłowej formie. I pamiętaj, gdzie może zostać wymierzona następna kara.

Monika drżała cała. Szpicruta nie odeszła. Kulka leżała na łechtaczce jak ostrzeżenie.

— Opowiedz mi o połykaniu spermy. Co czułaś. Czy czułaś się naprawdę jak dziwka. I co w sytuacji, gdybyś miała tej spermy połknąć więcej niż raz.

Monika wciągnęła powietrze. Głos miała nierówny, ale formę utrzymała.

— Proszę pani… na plaży kazała mi uklęknąć i otworzyć usta. Nie wolno mi było go dotknąć. Sperma spadła mi na twarz i na język. Była ciepła, gęsta, słona. Musiałam połknąć. Wstydziłam się bardzo. Czułam się upokorzona. I tak, proszę pani Jowito, czułam się wtedy jak dziwka. Mężatka na kolanach, z obcą spermą w ustach, przy jego dziewczynie. To było brudne. A jednocześnie byłam mokra. Podnieciło mnie to mocniej niż seks z mężem.

Kulka na łechtaczce przesunęła się odrobinę, kiedy nabierała powietrza.

— Gdybym miała połknąć więcej niż raz… — urwała i poprawiła się. — Proszę pani, chyba bym to zrobiła. Wstydziłabym się jeszcze bardziej. Myślałabym o mężu. I i tak bym otworzyła usta. Bo wtedy, na plaży, najgorsze nie było to, że łyknęłam. Najgorsze było to, że ciało tego chciało. Jeśli kazałaby mi pani Jowita zrobić to znowu, spaliła bym się ze wstydu. I pewnie znowu bym połknęła.

Jowita nie odsunęła szpicruty. Kulka została na łechtaczce Moniki i przesuwała się delikatnie do przodu i do tyłu, równo, bez pośpiechu. Skóra była już mokra, więc skóra po skórze schodziła łatwo, za każdym ruchem odrobinę mocniej. Monika stała nago, z piekącym pośladkiem i z dłońmi, które nie miały prawa zejść między nogi. Oddech złapała płytko. Kolana jej miękły.

— Widzisz. Jak chcesz, to potrafisz.

Jowita mówiła spokojnie, jakby tarła nie ją, tylko punkt na liście.

— Nie wiesz tego, ale prowadzę profesjonalny salon dominacji i uległości. Nie tylko dla kobiet. Też dla mężczyzn. Klienci są różni. Mniej i bardziej wymagający. Ale posłuszna suka taka jak ty zawsze jest w cenie.

Kulka nie przestawała się poruszać. Łechtaczka nabrzmiała, twarda, zbyt wyraźna pod tamtą małą skórzaną główką. Każde przesunięcie wysyłało dreszcz w brzuch i niżej, w uda, w obolały tyłek. Monika czuła, jak robi się jej coraz mokrej, wstydliwie, mimo słów o salonie, mimo obcych klientów, mimo tego, że dopiero co dostała pasem po pośladku. Podniecenie rosło razem ze strachem. Nie wiedziała, co znaczy „w cenie”. Czy ktoś ma na nią patrzeć. Czy ktoś ma jej użyć. Czy Jowita chce ją tu zostawić jak usługę. Obrazy przychodziły same i nie umiała ich odpędzić, bo ciało słuchało kulki, nie rozsądku.

— Proszę pani… — zaczęła i urwała, bo głos jej się zazgrzytał.
Jowita nie zdjęła szpicruty. Przesunęła kulkę jeszcze raz, wolniej, prosto po czubku.
— Stoisz i mokniesz, a jednocześnie boisz się tego, czego nie znasz. To dobry początek. Resztę też wytrzymasz. Albo nie. Wtedy zobaczymy, ile naprawdę warte są te zdjęcia.

Kulka chodziła po łechtaczce coraz pewniej i Monika poczuła, że orgazm jest blisko. Brzuch się spiął, uda zadrżały, oddech się urwał. Jowita odsunęła szpicrutę w tej samej sekundzie. Zostawiła ją mokrą, napiętą, z pulsem między nogami i z niczym.

— Stoisz. Rozmawiamy.

Monika kiwnęła głową, jeszcze za szybko.

— Tak, proszę pani.

— Jak często uprawiasz seks z mężem?

— Raz, czasem dwa razy w tygodniu, proszę pani.

— Myślisz wtedy o innych mężczyznach?

Zawahała się. Kulka już jej nie dotykała, a ciało i tak pamiętało.

— Czasem tak. Ostatnio… o tamtym z plaży. Proszę pani Jowito.

— Masz orgazmy przy nim?

— Rzadko. Częściej sama. Ostatnio w łazience Proszę pani.

— Obciągasz mu?

— Tak. Nie zawsze. Czasami, proszę pani.

— A tyłek? Wypinasz?

Monika poczerwieniała.

— Czasem tak. Proszę pani.

Jowita odłożyła szpicrutę na sofę i spojrzała na nią spokojnie, jakby domykała umowę.
— Od dziś seks z mężem tylko za moją zgodą. Orgazm też. Sama nie dochodzisz. On też cię nie doprowadza, dopóki ja nie pozwolę.

Monika otworzyła oczy szerzej.

— Proszę pani, to niemożliwe. On nic nie wie. Przecież żyjemy razem, nie mogę…
Świst przyszedł zanim skończyła. Uderzenie wpadło dokładnie w ten sam, jeszcze piekący pośladek. Monika krzyknęła i złapała się za tyłek, zgięta, z łzami w oczach od ostrego, podwójnego palenia.

— Nie lubię odmów. Musisz sie do tego to w sobie przezwyciężyć

Monika ciężko oddychała, wciąż trzymając pośladek.

— Przepraszam, proszę pani. Zgadzam się. Seks z mężem tylko za zgodą pani Jowity. Orgazm też. Tylko za zgodą.

Jowita zostawiła ją nagą, z ręką na piekącym pośladku i z ciałem, któremu odebrano koniec. Sama odchyliła się na sofie, rozłożyła nogi i podwinęła sukienkę. Pod spodem miała czarne, koronkowe majtki. Przez chwilę nic więcej nie zrobiła, tylko pozwoliła Monice to zobaczyć. Potem ściągnęła je najpierw z jednej nogi, potem z drugiej, i odłożyła na sofę. Między udami miała ładnie przystrzyżoną cipkę, z wąskim paskiem ciemnych włosków. Położyła palce na łechtaczce i zaczęła masować powoli, nie odrywając od Moniki wzroku.

— Wiesz, co podnieca mnie najbardziej?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani.

— Uległa suka, która się boi. I wstydzi. A jednocześnie moknie. Właśnie taka jak ty teraz. — Palce Jowity zeszły niżej i wróciły na czubek, równo, bez wstydu. — Stoisz, dostałaś dwa razy w ten sam tyłek, prawie doszłaś, zabroniłam ci męża i orgazmu, i nadal tu jesteś. W oczach masz strach. Na twarzy wstyd. A ciało i tak się zgadza. To mnie nakręca. Nie twoje piersi. Nie to, że się rozbierasz. Tylko ta chwila, w której chcesz uciec i nie uciekasz.

Sukienka została na biodrach. Szpilki nie zsunęły się z dywanu. Jowita masowała się dalej, spokojniej niż mówiła, jakby Monika była częścią tego ruchu.

— Dlatego będę podnosić poprzeczkę. Nie od razu. Ale będę. Nowe zasady. Nowe pytania. Nowe
rzeczy, których się przestraszysz i które i tak zrobisz, bo zdjęcia wiszą, a ty już kiwnęłaś głową. Lubię patrzeć, jak wstyd i podniecenie biją się w tobie, aż zostaje tylko posłuszeństwo. I lubię sprawdzać, ile jeszcze zniesiesz, zanim powiesz, że to za dużo.

Jowita nie przyspieszyła. Palce chodziły po jej łechtaczce równo, a wzrok miała na nagiej Monice.

— Często widzisz nagie kobiety?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Prawie nigdy.

— A podniecają cię kobiety?

Zawahała się. Rumieniec wszedł jej wyżej.

— Tak, proszę pani. O ile są dominujące.

Jowita uśmiechnęła się krótko.

— Lizałaś kiedyś cipkę?

— Nie, proszę pani.

— Czyli nigdy nie uprawiałaś seksu z kobietą.

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nigdy.

— Chciałabyś polizać moją cipkę?

Monika otworzyła usta i nic nie powiedziała. Ani tak, ani nie. Stała naga, z piekącym pośladkiem, i tylko patrzyła tam, gdzie Jowita trzymała palce.

Jowita ruchem dłoni kazała jej klęknąć i zbliżyć się. Monika nie zaprotestowała. Uklękła na dywanie, przysunęła się między rozstawione nogi, czuła już ciepło skóry i zapach. Pochyliła się głębiej.

Uderzenie przyszło znienacka. Silny policzek trafił ją w twarz tak, że odchyliła głowę. Policzek zapłonął od razu.

— Co ty robisz? Chciałaś mnie wylizać? Chyba nie znasz zasad. Nie sądzisz chyba, że pozwolę ci na to na pierwszym spotkaniu. Na takie zabawy musisz sobie zasłużyć.

Stań prosto.

Monika wstała. Dłoń miała na piekącej twarzy, oczy pełne łez od zaskoczenia. Ból mieszał się z podnieceniem tak ciasno, że nie wiedziała, które jest pierwsze. Między nogami nadal była mokra. Na sofie Jowita poprawiła sukienkę i nawet nie zasłoniła się.

— Formy nie zapominaj.

— Tak, proszę pani. Przepraszam, proszę pani.

Jowita nie kazała jej klękać. Skinęła tylko palcem.

— Patrz. I stój.

Monika stała nago na dywanie, z piekącym pośladkiem i z palącą się jeszcze twarzą, i patrzyła. Jowita rozsunęła uda szerzej, sukienkę miała nadal na biodrach, palce wróciły na przystrzyżoną cipkę i zaczęły chodzić szybciej, ciaśniej, już bez tej wcześniejszej rozmowy. Oddech jej się zmienił. Wzrok ani na chwilę nie zszedł z Moniki. Doszła cicho, z zaciśniętymi ustami, z biodrami, które uniosły się raz i opadły. Na palcach została wilgoć. Na twarzy nic, tylko krótki spokój.

Wstała. Wciągnęła majtki najpierw na jedną nogę, potem na drugą, poprawiła sukienkę i od razu wróciła do porządku. Sięgnęła po rzeczy Moniki i rzuciła je na dywan.

— Łap. Ubieraj się. I czekaj na kontakt.

Monika schyliła się. Zebrała biustonosz, koszulę, spodnie, marynarkę, buty. Wyszła do przedpokoju. Zapięła stanik, włożyła koszulę, wciągnęła spodnie. Majtek nie było. Nie wróciła. Zapięła spodnie na gołe ciało, wcisnęła stopy w czółenka, zarzuciła marynarkę i wyszła.
Na klatce było za jasno. Szwy spodni obcierały ją przy każdym stopniu. Za drzwiami została Jowita, tablet i jej majtki. Na Dworcowej Monika poprawiła torebkę i poszła do tramwaju jak po zwykłym dniu w pracy. Pod materiałem nie miała nic. W telefonie — tylko ciszę i polecenie, żeby czekać.
super,lubie takie klimaty,być uległym i zdominowanym
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Monika wyszła na klatkę i przez chwilę stała, zanim ruszyła w dół. Drzwi za nią zamknęły się cicho. W torebce leżały majtki, które rano schowała, a pod sukienką czuła jeszcze ciepło i obolałość. Nie myślała o niczym konkretnym. Szła i czuła tylko, że coś w niej zostało poruszone i nie umie tego zatrzymać.

W Uberze siedziała z kolanami razem i patrzyła w szybę. Myślała o tym, co się stało. Że leżała naga, z nogami w górze, i brała to, co jej dali. Że krzyczała, choć nie chciała. Że Jowita nazwała ją dziwką i uderzyła paskiem. Że potem pocałowała ją w łazience i powiedziała, że będą pracować nad kontrolą. Czuła się wykorzystana. Poniżona. Jak zabawka, którą ktoś wziął do ręki, użył i odłożył. A jednocześnie, pod tym wszystkim, było podniecenie. Gęste, ciepłe, które nie chciało zejść. Wiedziała, że nie powinna tego czuć. I właśnie dlatego czuła to mocniej.
W domu mąż zapytał, jak minął dzień. Powiedziała, że normalnie. Umyła się jeszcze raz, długo. Położyła się obok niego i nie mogła zasnąć. Ciało pamiętało sofę, korek, wibrację i głos Jowity. Mąż leżał blisko. Ona leżała i czuła, że coś się przesunęło.

Przez kolejne dwa tygodnie nic się nie wydarzyło. Monika chodziła do pracy, wracała tramwajem, siadała do kolacji. Z mężem było trochę chłodniej. Nie kłócili się. Po prostu mniej rozmawiali. Kiedy chciał seksu, Monika pisała do Jowity. Dostawała zgodę i kładła się z nim. Robiła to. On dochodził. Ona udawała albo nie udawała. Nie czuła już tego, co kiedyś. Ciało reagowało słabo albo wcale. Po wszystkim leżała i myślała o Dworcowej, o opasce, o tym, że Jowita trzymała ją za biodro, kiedy krzyczała. Seks z mężem był. Tylko że już nie był podniecający.
Po dwóch tygodniach, wieczorem, przyszedł SMS od Jowity.
„Jutro 19:00. Dworcowa. Przyjdź.”

Monika przeczytała to dwa razy. Telefon leżał na stole. Mąż był w drugim pokoju. Ona siedziała i czuła, jak coś w brzuchu się zaciska. Wiedziała, że pojedzie. I wiedziała, że po tym, co było, nie umie już powiedzieć, czy chce, czy po prostu nie umie odmówić.

Monika wyszła z pracy trochę wcześniej i wzięła Ubera na Dworcową. W aucie siedziała cicho, z torebką na kolanach. Patrzyła w szybę i nie myślała o niczym konkretnym. Po prostu jechała. Kiedy kierowca zatrzymał się przed klatką, zapłaciła i weszła po schodach. Stanęła przed drzwiami bez nazwiska i zadzwoniła.

Jowita otworzyła sama. Była w czarnej sukience i szpilkach. Spojrzała na Monikę i zmarszczyła brwi.

— W spodniach? — powiedziała. — Tam, gdzie jedziemy, musisz być ubrana lepiej.
Wzięła ją za rękę i zaprowadziła do dużego pokoju. Sofy stały pod ścianami, żaluzje były przysłonięte, na dywanie leżało miękkie światło. Puściła jej dłoń i stanęła naprzeciwko. Zmierzła ją wzrokiem od twarzy po stopy, wolno, bez pośpiechu.

— Rozbierz się. Do naga.

Monika zdjęła marynarkę, rozpięła koszulę, ściągnęła spodnie i buty. Została naga na środku dywanu. Jowita usiadła na sofie naprzeciwko, założyła nogę na nogę i patrzyła. Nic nie mówiła. Monika stała i czuła, jak ciepło wchodzi jej na policzki. Nie wiedziała, czy ma trzymać ręce wzdłuż ciała, czy gdzie indziej. Jowita tylko siedziała i patrzyła.

Jowita usiadła prosto i skinęła na Monikę, żeby podeszła. Monika zrobiła krok do przodu. Jowita położyła dłoń na jej brzuchu, nisko, a kciukiem odnalazła łechtaczkę. Zaczęła masować powoli, równo, bez pośpiechu.

— Co u męża?

Monika przełknęła. Palec Jowity nie przestawał się poruszać.

— Jest… normalnie — powiedziała. — Tylko że z seksem gorzej. Dochodzi. Ja nie. Udaję. Albo wcale nie udaję, tylko leżę i czekam, aż skończy. Nie czuję tego, co kiedyś.

Jowita kiwnęła głową. Kciuk krążył dalej, trochę mocniej. Monika czuła, jak robi się jej mokro między nogami. Stała prosto, z rękami wzdłuż ciała.

— Piszesz do mnie, zanim się z nim kładziesz?

— Tak, proszę pani. Jak każe pani.

— I dostajesz zgodę. A i tak nic nie czujesz.

Monika kiwnęła. Oddech miała już płytszy. Jowita masowała dalej, spokojnie, jakby rozmawiały o pracy.

— Dziś na spotkaniu poczujesz to znowu — powiedziała. — To, czego przy nim już nie masz.
Monika nic nie odpowiedziała. Podniecenie rosło szybko, między udami było już wyraźnie mokro. Kolana jej miękły. Jowita patrzyła na nią i nie przyspieszała.

— Chcesz orgazm?

Monika kiwnęła głową.

— Tak, proszę pani.

Jowita uśmiechnęła się, potem zaśmiała cicho. Wstała z sofy. Złapała Monikę mocno za sutki i ścisnęła. Monika wciągnęła powietrze.

— Nie tak szybko, moja droga. Nie tak od razu. Poczekasz na swoją kolej.
Puściła. Monika stała naga, z piekącymi sutkami i z dłonią Jowity, która już nie była między jej nogami. Podniecenie zostało. Orgazmu nie było.

Jowita podeszła do szafy i zaczęła wyciągać rzeczy. Najpierw położyła na sofie czarne pończochy z pasem, potem koronkową bieliznę — stanik i majtki — a na końcu jednoczęściową, obcisłą sukienkę w ciemnym kolorze. Obok postawiła szpilki.

— Ubieraj się — powiedziała.

Monika podeszła. Najpierw naciągnęła pończochy. Materiał był cienki, gładki, siadał na nogach bez zagnieceń. Zapięła pas. Potem założyła koronkową bieliznę. Stanik był miękki, majtki też, oba czarne, przezroczyste na brzegach. Czuła je na skórze, która jeszcze przed chwilą była naga. Na to wciągnęła sukienkę. Była obcisła, jednoczęściowa, bez zapięcia z przodu. Materiał przylegał do bioder, do talii, do piersi. Musiała się trochę wygiąć, żeby ją poprawić. Na końcu włożyła szpilki. Były wysokie, czarne. Stanęła prosto.

Jowita spojrzała na nią od stóp do głowy. Nic nie powiedziała. Monika stała w pełnym ubraniu i czuła, że pod spodem nadal jest mokra. Sukienka nie zasłaniała tego, co było wcześniej. Tylko przykrywała.

Jowita stała naprzeciwko i patrzyła na nią w sukience.

— Dzisiaj pierwszy raz pójdziemy na imprezę. Liczę, że się spiszesz i nie narobisz mi wstydu. Pojedziesz jako moja uległa suczka. Będziesz miała na imię Luna. Tylko tym imieniem wolno ci się posługiwać. Nie odzywasz się do gości, jeśli cię nie zapytają. A jeśli już, to tylko w formie „pan” albo „pani”. Z innymi uległymi nie rozmawiasz wcale. Nie wolno ci. I wykonujesz polecenia.

Czy to jasne?

Monika kiwnęła głową.

— Tak.

Jowita uniosła brew.

— Tak co?

Monika poprawiła się od razu.

— Tak, proszę pani.

Jowita skinęła głową. Nic więcej nie powiedziała. Monika stała w obcisłej sukience, w szpilkach, i czuła, jak imię „Luna” zostaje jej w głowie. Nie wiedziała jeszcze, dokąd jadą. Wiedziała tylko, że dziś nie będzie Moniką.

Zeszły razem na dół. Jowita miała na sobie obcisłą skórzaną sukienkę, czarną, do połowy uda, z długim zamkiem z przodu. Na nogach wysokie kozaki, czarne, z cienkim obcasem. Włosy miała spięte, na szyi cienki łańcuszek. Monika szła obok niej w sukience i szpilkach, z torebką w ręce. Na parkingu Jowita otworzyła samochód. Wsiadły. Jowita usiadła za kierownicą, Monika obok.
Ruszyły. Przez chwilę było cicho. Potem Jowita położyła rękę na udzie Moniki. Przesunęła ją wyżej, pod spódnicę, i podciągnęła materiał tak, że było widać koronkową bieliznę. Nie zabrała ręki. Trzymała ją tam, na nagiej skórze powyżej pończochy.

— Jak to się stało, że zrobiłaś się taka uległa? — zapytała, nie patrząc na nią.

Monika patrzyła przed siebie. Ręka Jowity leżała spokojnie.

— Sama nie wiem, proszę pani. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam. Na plaży… to się zaczęło. A potem już nie umiałam przestać. Jak ktoś mi mówi, co mam robić, to ciało samo się zgadza. Nawet jak się wstydzę.

Jowita kiwnęła głową. Palce przesunęły się odrobinę wyżej, ale nie weszły pod majtki.

— A mąż?

— Przestał mnie podniecać — powiedziała Monika ciszej. — Kładę się z nim, bo muszę. Dostaję
zgodę i idę. Ale nic nie czuję. Chcę czegoś innego. Nie wiem czego. Tylko że przy nim już tego nie ma.

Jowita milczała chwilę. Samochód jechał spokojnie. Ręka została na udzie.

— Dziś zobaczysz, jak to wygląda, kiedy nie jesteś sama. I jak to wygląda, kiedy ktoś inny decyduje za ciebie przy ludziach. Pamiętaj, kim jesteś. Luna. I nic więcej.
Monika kiwnęła głową. Sukienka była nadal podciągnięta. Majtki widać było pod światłem mijanych latarni. Nic nie powiedziała. Jechały dalej.

Po kilkunastu minutach samochód zwolnił i skręcił w bramę. Za nią stała duża willa, z zapalonymi światłami w oknach i w ogrodzie. Na podjeździe było kilka aut. Jowita zatrzymała się i wyłączyła silnik. Rękę zabrała z uda Moniki.

— Jesteśmy. Popraw sukienkę. I pamiętaj, co ci mówiłam.

Weszły do środka. W przedpokoju było ciemniej niż na zewnątrz, światło czerwone, stonowane, a z dalszych pokoi dochodziła muzyka, niska i równa. Przy drzwiach stał mężczyzna, około czterdziestki, wysoki, w ciemnej koszuli i spodniach. Spojrzał na nie i uśmiechnął się.

— Cześć, Jowita. Przyprowadziłaś kogoś nowego.

— Tak — odparła Jowita. Wskazała na Monikę palcem. — To Luna. Będzie dzisiaj w roli mojej suczki. I trochę dziwki, jak się ostatnio okazało.
Uśmiechnęła się przy tym. Monika stała obok i czuła, jak ciepło wchodzi jej na twarz. Nie wiedziała, czy ma coś powiedzieć. Nie powiedziała.

Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem od twarzy po szpilki. Podszedł bliżej. Jakby nigdy nic wsunął rękę pod sukienkę, między nogi, i przez majtki mocno przycisnął cipkę. Jednocześnie pocałował ją. Długo. Język wszedł od razu, głęboko. Monika wciągnęła powietrze przez nos. Nie odsunęła się. Stała i brała to. Wstyd był ostry, bo to był obcy mężczyzna, w przedpokoju, przy Jowicie. A
jednocześnie między nogami zrobiło się jej jeszcze bardziej mokro. Ręka naciskała mocno.

Pocałunek trwał.

Po chwili mężczyzna odsunął się. Rękę zabrał.

— Fajna suka — powiedział. — Będzie na pewno dobrze wykorzystana.

Monika stała i oddychała. Policzki miała gorące. Nie patrzyła na Jowitę. Nie wiedziała, czy wolno.

Mężczyzna sięgnął do komody przy ścianie. Wyjął obrożę i smycz. Założył Monice obrożę na szyję, zapiął ją i przypiął smycz. Pociągnął lekko.

— Twoja suka teraz pójdzie ze mną. Przedstawimy ją innym.

Jowita kiwnęła głową. Monika poczuła szarpnięcie smyczy. Serce biło jej mocno. Wstyd, podniecenie i strach mieszały się tak ciasno, że nie umiała ich rozdzielić. Poszła za mężczyzną, z obrożą na szyi i z mokrą bielizną pod sukienką. Nie odezwała się. Nie miała do kogo.

Mężczyzna prowadził ją za smycz do dużego pokoju. Monika weszła i od razu poczuła, że jest tu dużo ludzi. Na pierwszy rzut oka piętnastu, może dwudziestu. Większość była ubrana, w ciemnych ubraniach, skórze, wysokich butach. W oczy rzuciło jej się coś innego: dwóch młodych mężczyzn stało całkiem nagich, wydepilowanych, i dwie nagie kobiety z obrożami, takimi jak jej. Jedna z kobiet siedziała na podłodze. Obok niej stał nagi mężczyzna z dużym, stojącym penisem. Ubrana kobieta siedząca na sofie trzymała go w dłoni i poruszała nią w górę i w dół, patrząc wprost na Monikę.

Monika poczuła, jak twarz jej czerwienieje. Smycz ciągnęła ją do przodu. Nie mogła się zatrzymać.

Mężczyzna, który ją prowadził, zatrzymał się na środku i uniósł głos.
— To Luna. Będzie dzisiaj w roli uległej suki. To jej pierwszy raz, więc zasługuje na specjalną uwagę.

Kilka osób odwróciło głowy. Ktoś się uśmiechnął. Kobieta na sofie nie przestała ruszać dłonią.
Mężczyzna podszedł do Moniki od tyłu. Rozpiął sukienkę. Materiał opadł. Ściągnął ją w dół, przez biodra, przez uda, aż spadła na podłogę. Potem sięgnął do stanika i rozpiął go. Majtki zsunął jednym ruchem. Monika została naga. Zostały tylko pończochy z pasem i szpilki. Obroża na szyi. Smycz w jego ręce.

Stała na środku, wydepilowana, z rękami wzdłuż ciała. Wstyd był tak ostry, że aż ją piekło. Wszyscy patrzyli. Nagi mężczyzna z erekcją też. Kobieta, która go trzymała, nadal na nią spoglądała. Monika nie wiedziała, gdzie skierować wzrok. Czuła tylko, że jest naga, że jest Luny, i że pierwszy raz stoi tak przed tyloma ludźmi.

Jedna z młodszych dziewczyn wstała i podeszła do Moniki, trzymając drinka. Wyjęła z niego dużą, okrągłą kulkę lodu. Przyłożyła ją najpierw do szyi Moniki, tuż pod obrożą. Zimno było ostre. Potem przesunęła kulkę niżej, na sutek. Monika wzdrygnęła się.

— Zimne? — zapytała dziewczyna.

— Tak, proszę pani — odpowiedziała Monika. Pamiętała formę.

Dziewczyna uśmiechnęła się. Krążyła lodem po piersiach, potem zeszła na brzuch, wolno, zostawiając mokrą smugę.

— Jesteś ładna. I chyba podniecona.

Monika trzymała ręce przy sobie. Czuła spojrzenia wszystkich. Nie zasłaniała się.

— Mam nadzieję, że równie uległa jak ładna — powiedziała dziewczyna.
W tym momencie przyłożyła kulkę do cipki. Monika poczuła ostry chłód między gorącymi wargami. Dziewczyna naciskała. Lód był twardy, śliski od topnienia, i wciskał się między wargi sromowe. Najpierw tylko rozchylał je na boki. Potem wszedł głębiej. Monika westchnęła. Chłód wchodził do środka, rozpychał, piekł zimnem. Dziewczyna dociskała mocniej. Kulka przesuwała się centymetr po centymetrze, rozciągała wejście, aż w końcu wślizgnęła się cała do cipki. Monika stanęła na palcach. Lód siedział w niej, ciężki i zimny.

— Ups — powiedziała dziewczyna z uśmiechem.

Woda z topniejącego lodu zaczęła ciec po wewnętrznej stronie ud Moniki. Czuła to wyraźnie, ciepłe strużki na skórze i zimno w środku. Nie mogła protestować. Stała naga, z obrożą, z lodem w cipce, i wszyscy patrzyli.

— Dobrze — powiedziała dziewczyna. — Taka twoja rola. Masz być posłuszna.
Monika oddychała płytko. Lód topniał w niej powoli. Woda spływała dalej po nogach, aż do pończoch. Nie ruszyła się. Nie zasłoniła. Czekała.

Z tłumu dobiegły głosy.

— Jeszcze jeden. Jeszcze jeden.

Dziewczyna uśmiechnęła się. Sięgnęła po kolejną kulkę lodu, taką samą, dużą i okrągłą. Stanęła bliżej Moniki, tak że ich piersi się zetknęły. Pochyliła się i pocałowała ją. Język wszedł do ust Moniki od razu, głęboko, mokro. Monika była zdezorientowana. Tyle osób. Pocałunki co chwilę od obcych. Woda z pierwszej kulki już ciekła jej po udach, ciepła na skórze i zimna w środku. Nie odsunęła się. Stała i brała pocałunek.
Dziewczyna jedną ręką rozchyliła jej pośladek. Monika poczuła palące zimno dokładnie na odbycie. Kulka była wielka, twarda, śliska. Dziewczyna przycisnęła ją i zaczęła naciskać. Odbyt bronił się. Zimno wchodziło, rozpychało, piekło. Z boku słychać było głosy.

— Mocniej. Mocniej.

Dziewczyna wyjęła język z ust Moniki, ale nie odsunęła się. Nacisk rósł. Monika nie mogła wytrzymać. Krzyknęła. To nic nie dało. Dziewczyna dołożyła drugą rękę i pchała dalej, mimo krzyku. Kulka rozciągała odbyt coraz szerzej, aż w końcu przeszła najszersze miejsce i wskoczyła do środka. Odbyt zacisnął się za nią od razu i wessał ją głęboko. Monika poczuła ulgę i jednocześnie palący chłód, który siedział teraz w niej, ciężki i obcy.
Dziewczyna odsunęła się. Monika stała na palcach, z dwiema kulkami lodu w sobie, z wodą cieknącą z cipki i z tyłka po wewnętrznej stronie ud, aż na pończochy.

Wszyscy patrzyli.

Z boku ktoś powiedział do Jowity:

— Przyprowadziłaś prawdziwą dziwkę, żeby pozwolić na coś takiego.

Jowita nic nie odpowiedziała. Dziewczyna odeszła na bok z drinkiem. Monika została naga na środku, z obrożą, z lodem topniejącym w cipce i w odbycie, i z wodą, która nadal spływała po nogach. Nie ruszyła się. Nie zasłoniła. Oddychała i czuła, jak zimno powoli ustępuje miejsca ciepłu, które i tak nie chciało zejść.

Kobieta, która wcześniej mówiła do Jowity, podeszła do Moniki. Złapała ją za smycz i pociągnęła lekko.

— Jak masz na imię?

— Luna, proszę pani — odpowiedziała Monika.

Kobieta uśmiechnęła się.

— Widzę, że jesteś posłuszną suczką. Zobaczymy, co potrafisz. Na kolana.

Monika spojrzała na Jowitę. Ta kiwnęła głową. Monika uklękła na dywanie. Pończochy napięły się na kolanach. Lód w cipce i w odbycie przesunął się przy tym ruchu. Woda nadal ciekła po udach.
Kobieta obeszła ją. Położyła dłoń na karku i nacisnęła w dół.

— Pupę wyżej. Głowę nisko.

Monika wypięła się. Czoło prawie dotykało podłogi. Pośladki były uniesione, rozchylone. Obroża ciążyła na szyi. Kobieta złapała smycz bliżej obroży i pociągnęła lekko w bok.

— Do nogi. Pocałuj moje stopy.
Monika podczołgała się bliżej. Kobieta miała na sobie czarne szpilki, cienkie, z paskiem wokół kostki. Monika zbliżyła twarz. Najpierw pocałowała czubek jednej stopy, przez skórę buta. Potem przesunęła usta na bok, na pasek. Pocałowała jeszcze raz, niżej, przy samej podłodze. Smak był obcy, skóra buta chłodna. Zrobiła to samo z drugą stopą. Usta miała suche. Wstyd palił ją w twarz, bo klęczała naga, z lodem w sobie, i całowała stopy
obcej kobiety, a wszyscy patrzyli.

Kobieta nic nie powiedziała. Tylko trzymała smycz.
W tym momencie Monika poczuła, że ktoś inny łapie za smycz i ciągnie. Głowa uniosła się trochę. Smycz prowadziła ją w bok, w kierunku dwóch nagich młodych mężczyzn, którzy siedzieli na podłodze obok siebie. Obaj mieli obroże. Obaj byli wydepilowani. Jeden z nich patrzył na nią. Monika szła na czworakach za smyczą, z wodą cieknącą po udach i z lodem, który nadal siedział w niej głęboko. Nie wiedziała, kto ją prowadzi. Wiedziała tylko, że idzie.

Monika uniosła głowę. To była ta sama dziewczyna, która wcześniej z brutalnością wcisnęła jej kulkę lodu w najintymniejszy obszar ciała, najpierw do cipki, a potem do odbytu. Trzymała smycz i patrzyła na nią z góry.

— To Olivier i Charlie. Nasze dwa posłuszne pieski. Trzymane tygodniami bez orgazmu. Mam nadzieję, że lubisz obciągać. Pokażesz nam wszystkim, jak to się robi.

Monika spojrzała na pierwszego. Był młody, nagi, wydepilowany, z obrożą. Penis miał miękki, zwisający. Dziewczyna pociągnęła smycz bliżej. Monika przysunęła się na czworakach. Lód w cipce i w odbycie już całkiem stopniał. Została tylko resztka wody, która wyciekała powoli po wewnętrznej stronie ud. Poczuła lekkość i pustkę tam, gdzie wcześniej było zimno i pełno. Otworzyła usta i wzięła miękkiego penisa do środka. Był ciepły, bez smaku. Wysunęła język i odciągnęła napletek. Żołądź wysunęła się gładka, błyszcząca, różowa. Monika zamknęła na niej usta i zaczęła ssać powoli, równo. Czuła, jak robi się twardszy w jej ustach. Myślała o tym, że klęczy naga, z wodą wyciekającą z cipki i z tyłka, i że wszyscy patrzą, jak bierze obcego mężczyznę do ust. Wstyd był ostry. A jednocześnie między nogami było mokro, nie tylko od resztek lodu.

Penis stwardniał szybko. Żołądź zrobiła się pełniejsza, napięta. Monika brała go głębiej, potem płycej, językiem po spodzie. Charlie oddychał szybciej. Ciało miał napięte.

Nie dochodził.

Ktoś złapał Monikę za włosy i pociągnął w bok. Penis wysunął się z ust, mokry od śliny. Głowa została przekierowana do drugiego. Olivier siedział obok, też nagi, też z obrożą. Jego penis był już półtwardy. Monika wzięła go do ust od razu. Odciągnęła napletek, żołądź była większa, bardziej wrażliwa. Ssała mocniej, głębiej. Czuła, jak twardnieje w jej ustach, jak pulsuje na języku. Włosy ciągnęły ją do przodu. Nie mogła zwolnić.

Obaj mężczyźni siedzieli sztywno. Brzuchy mieli napięte, uda drżały. Oddychali ciężko, ale żaden nie skończył. Monika brała jednego, potem drugiego, prowadzona za włosy. Resztka wody nadal wyciekała z cipki i z odbytu, cienkimi strużkami po udach, aż na pończochy. Klęczała między nimi, naga, z obrożą, z pustką w sobie, i ssała, a wszyscy patrzyli. Nie wiedziała, jak długo to potrwa. Wiedziała tylko, że nie wolno jej przestać, dopóki ktoś nie puści smyczy.

Gdzieś z tła dochodziły głosy.

— Mocniej. Mocniej.

Ktoś złapał Monikę za włosy i docisnął głowę. Penis wszedł aż do gardła. Monika nigdy nie czuła czegoś takiego. Był gruby, twardy, wypełniał ją całą. Ręka trzymała ją mocno. Nie mogła złapać oddechu. Gardło się zaciskało. Zaczęła się odpychać dłońmi o uda mężczyzny, ale uchwyt był silny. Ślina ciekła jej z kącików ust, po brodzie, na obrożę. W końcu ręka odpuściła. Monika wyjęła penisa i zakrztusiła się. Kasłała, oddychała szybko. Wszędzie było pełno śliny, na ustach, na brodzie, na piersiach.

Ręka nie zeszła z jej głowy. Złapała ją znowu i przekierowała do drugiego penisa. Wcisnęła głęboko, aż do gardła. Monika próbowała się cofnąć. Nie dała rady. Ślina ciekła dalej. Po chwili ręka puściła, a ona znowu się zakrztusiła. Potem z powrotem do pierwszego. I znowu. Raz po raz, zmieniając penisy, trzymając ją za włosy, wciskając głęboko.

Monika czuła się skrajnie upokorzona. Klęczała naga, z obrożą, z resztką wody wyciekającą z cipki i z tyłka, i brała ich do gardła na oczach wszystkich. Nie mogła nic zrobić. Ręka nie puszczała. Głosy z tła nadal mówiły „mocniej”. Oddychała między jednym a drugim, ślina spływała po brodzie, a ona klęczała i czekała, aż ktoś w końcu przestanie.

Ręka puściła. Monika oddychała szybko, z ustami pełnymi śliny. Z tła usłyszała głos Jowity.

— Nie przerywaj. Szybko.

Monika przysunęła się do Oliviera. Wzięła jego penisa do ust i zaczęła ssać szybciej. Język chodził po spodzie, po żołędzi, mocno, równo. Brała go głębiej, potem płycej, znowu głębiej. Ślina ciekła jej po brodzie. Ręce trzymała na jego udach. Olivier oddychał ciężko, brzuch miał napięty. Monika przyspieszała. Usta były mokre, śliskie. Ssała mocno, językiem dociskała żołądź od dołu, brała go aż do gardła i cofała. Czuła, jak pulsuje. Nie zwalniała.

Nagle, bez ostrzeżenia, wytrysnął. Sperma trysnęła gorąca, gęsta, prosto do ust. Monika wzdrygnęła się. Ręka wróciła na jej głowę i docisnęła. Penis został w środku. Sperma wypełniała usta, ciepła, słona, dużo. Starała się przełknąć. Nie mogła. Wylewała się jej z kącików ust, po brodzie, na obrożę, na piersi. Ręka trzymała ją mocno. Olivier jęczał cicho. Kolejny strumień. Monika kasłała przez nos. Ślina i sperma mieszały się, ciekły po twarzy.

Ktoś pociągnął ją za włosy i wyjął penisa z ust. Uniósł jej głowę. Monika klęczała naga, z twarzą mokrą od śliny i spermy, z otwartymi ustami, z kroplami na brodzie i na piersiach. Wszyscy patrzyli. Resztka wody nadal wyciekała jej po udach. Oddychała szybko. Nie zasłoniła twarzy. Nie mogła. Ręka trzymała ją za włosy i pokazywała wszystkim, jak wygląda.

Goście klaskali. Krótko, równo. Monika klęczała naga, z twarzą mokrą, i oddychała.

Ktoś złapał ją za głowę i docisnął do penisa drugiego mężczyzny. Wzięła go do ust. Tym razem nikt nie trzymał jej mocno. Ręka leżała na włosach, ale nie wciskała. Monika sama zaczęła ssać. Szybko, głęboko, językiem po spodzie. Brała go do gardła i cofała, znowu brała. Ślina ciekła po brodzie. Mężczyzna oddychał ciężko, ale nie dochodził. Monika przyspieszyła. Ssała mocniej, równo, bez przerwy. Minuty mijały. Szczęka zaczynała boleć. Musiała się starać. Brała go głębiej, językiem dociskała żołądź, ssała szybciej. Ślina spływała po brodzie na piersi. Mężczyzna nadal nie kończył. Monika nie zwalniała. Klęczała i pracowała ustami długo, aż szczęka piekła, a ramiona drżały.

W końcu wytrysnął. Sperma trysnęła do ust, gorąca, gęsta. Monika przełykała od razu. Połykała szybko, jeden raz, drugi, trzeci. Nie chciała, żeby cała twarz znowu była we spermie i żeby wszyscy na to patrzyli. Trochę wypłynęło na brodę. Resztę wzięła. Mężczyzna wyciągnął penisa. Monika oddychała przez usta. Szczęka bolała. Ślina i resztka spermy były na wargach.

Jowita podeszła. W ręce miała ściereczkę. Przykucnęła przy niej i wytarła jej usta, brodę, szyję. Potem piersi, powoli, dokładnie. Monika klęczała i pozwalała. Nie ruszała się.

— Brawo, moja droga — powiedziała Jowita. — Początek może być.

Odłożyła ściereczkę. Monika została naga na środku, z obrożą, z czystą twarzą i z poczuciem, że wszyscy nadal na nią patrzą. Nie wstała. Czekała.

Jowita pociągnęła za smycz.

— Wstań.

Monika wstała. Nogi miała miękkie. Szczęka nadal bolała.

— Zmęczona? — zapytała Jowita.

Monika chciała powiedzieć, że tak. Nie powiedziała.

— Nie, proszę pani.

Jowita uśmiechnęła się.

— To dobrze. W takim razie teraz mała nagroda. Siadaj na sofie. Nogi szeroko. Nasze dwa pieski zrobią ci dobrze.
Monika usiadła na sofie. Rozchyliła nogi. Pończochy napięły się na udach. Olivier i Charlie uklękli przed nią. Jeden z nich pochylił się i pocałował ją w usta. Język wszedł głęboko. Drugi przysunął się niżej i zaczął lizać jej cipkę. Język był ciepły, mokry, chodził po wargach, po łechtaczce, wolno. Monika wciągnęła powietrze. Podniecenie rosło od razu. A jednocześnie czuła, że wszyscy patrzą. Że siedzi naga, z obrożą, i dwóch mężczyzn robi jej to na oczach całego pokoju.

Zmienili się. Ten, który lizał, uniósł się i pocałował ją. Drugi zszedł niżej. Tym razem podsunął jej pupę wyżej, dłońmi pod pośladkami. Język zszedł jeszcze niżej i zaczął lizać jej odbyt. Monika wzdrygnęła się. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Język krążył, naciskał, wchodził odrobinę. W dziwny sposób sprawiało jej to przyjemność. Ciepłą, wstydliwą, inną niż na cipce. Oddychała szybciej. Myślała o tym, że jeszcze chwilę temu brała ich do ust, a teraz jeden liże jej tyłek, a drugi całuje ją w usta. Że Jowita stoi obok i patrzy. Że goście milczą albo szepczą. Wstyd był cały czas. Ale ciało i tak reagowało. Była mokra. Język na odbycie robił swoje. Podniecenie narastało, gęste, ciepłe, tłumione tylko tym, że tyle osób widzi, jak rozchyla nogi i pozwala.

Nie zamykała oczu. Patrzyła przed siebie, na Jowitę, i czuła język między pośladkami. Nie wiedziała, jak długo to potrwa. Wiedziała tylko, że nie wolno jej złożyć nóg.

W pewnym momencie obaj przestali. Jeden z nich palcami rozłożył jej szeroko cipkę, eksponując łechtaczkę. Drugi przyłożył palce i zaczął ją masować. Najpierw wolno, potem coraz szybciej. Monika wciągnęła powietrze. Podniecenie, które rosło od lizania, skoczyło od razu. Łechtaczka była nabrzmiała, wrażliwa. Palce chodziły po niej równo, mocno. Monika czuła, że orgazm jest blisko. Ten, na który czekała od dwóch tygodni. Od restauracji. Od zakazu.

Doszła głośno, na oczach wszystkich. Ciało się spięło, uda zadrżały, fala przeszła przez brzuch i nogi. Krzyknęła krótko. Palce nie przestały. Masowały dalej, w tym samym tempie, na łechtaczce, która już bolała od czułości. Monika próbowała zsunąć biodra. Nie dała rady. Jeden z nich trzymał ją za udo. Drugi nie zabierał ręki.

Z boku usłyszała głos mężczyzny, który ją wprowadzał.

— Nie przerywajcie. Zrujnujemy jej ten orgazm.

Palce przyspieszyły. Monika jęczała. Próbowała się bronić, zamykać nogi, odpychać dłoń. Nie puszczali. Łechtaczka piekła, była za wrażliwa, każdy ruch bolał i jednocześnie ciągnął ją z powrotem w górę. Drugi orgazm przyszedł szybciej, ostrzej, krótszy. Ciało rzuciło się do przodu. Monika krzyknęła głośniej. Nadal nie przestawali.

Jowita odezwała się spokojnie.

— Jeszcze jeden.

Palce wróciły. Monika trzęsła się. Próbowała złapać ich za nadgarstki. Nie dała rady. Masowali dalej, natarczywie, dokładnie po czubku. Trzeci orgazm wszedł prawie od razu, bolesny, długi, taki, który nie chciał się skończyć. Monika krzyczała, biodra uciekały, a oni trzymali ją i nie puszczali, aż fala opadła.

Wtedy zabrali ręce.

Monika została na sofie. Nogi miała rozchylone, ciało miękkie, oddech urwany. Cipka ją paliła. Każdy dotyk powietrza był za dużo. Nigdy nie czuła czegoś podobnego. Trzech orgazmów jeden po drugim, na oczach wszystkich, bez przerwy, aż do bólu. Leżała i nie mogła złożyć nóg. Nie mogła się ruszyć. Czekała, aż to minie.


Monika siedziała na sofie z rozchylonymi nogami, ciało miękkie i drżące, oddech nierówny. Łechtaczka pulsowała boleśnie, każdy podmuch powietrza sprawiał, że się wzdrygała. Odbyt zaciskał się sam z siebie, nadal czuła tam resztkę zimna i rozciągnięcia. Nie potrafiła złożyć ud. Nie chciała, a jednocześnie nie umiała. Goście przyglądali się z cichym zainteresowaniem, niektórzy szeptali, ktoś uśmiechnął się krótko.

Elena podeszła spokojnie, ta sama dziewczyna, która na początku wciskała jej lód. Stanęła tuż przed sofą, patrząc z góry. Miała na sobie krótką czarną sukienkę, włosy spięte, w dłoni trzymała drinka.

— Moja droga — powiedziała niskim, równym głosem — mam na imię Elena. Chcę, żebyś dobrze zapamiętała to imię, bo to mnie Jowita wybrała na twoją dzisiejszą panią.

Monika uniosła wzrok. Elena nie czekała na odpowiedź. Usiadła obok niej na sofie, blisko, i odłożyła drinka. Najpierw położyła dłoń na jej ramieniu, potem przesunęła ją wolno w dół, na pierś. Palce zamknęły się na sutku, delikatnie, jakby tylko badała. Monika wciągnęła powietrze. Sutek był wrażliwy, jeszcze nieostygły. Elena krążyła kciukiem, raz mocniej, raz lżej, a drugą ręką głaskała ją po brzuchu, długimi, spokojnymi ruchami, od żeber w dół, aż do kości biodrowej. Ciepło dłoni rozchodziło się po skórze. Monika czuła, jak ciało reaguje wbrew niej samej: mięśnie brzucha drżały lekko, uda chciały się zacisnąć, ale nie mogły.

Elena nie spieszyła się. Głaskała ją po udach, po wewnętrznej stronie, tuż nad pończochami, potem wracała wyżej, na brzuch, znowu na piersi. Monika patrzyła przed siebie, na Jowitę, która stała nieco z boku i obserwowała. W głowie krążyło jej jedno zdanie: nie wolno mi złożyć nóg. A jednocześnie, pod tym, pojawiało się inne: ona wie, że boli. I właśnie dlatego nie przestaje.

Kiedy Elena w końcu zeszła dłonią niżej, zrobiła to jednym ruchem. Dłoń wsunęła się między uda, mocno, bez ostrzeżenia. Palce rozchyliły wargi, kciuk przycisnął łechtaczkę, a dwa inne palce jednocześnie docisnęły odbyt, naciskając dokładnie tam, gdzie wcześniej siedział lód. Monika aż podskoczyła. Ból był ostry, piekący, ale zaraz zmieszał się z resztką podniecenia, które jeszcze nie zdążyło opaść.

— Pali? — zapytała Elena cicho, prawie przy uchu.

— Tak… proszę pani — wydusiła Monika. Głos miała chrapliwy.

Elena nie cofnęła ręki. Trzymała mocno, kciuk krążył powoli po nabrzmiałej łechtaczce, a palce przy odbycie naciskały rytmicznie, jakby sprawdzały, jak mocno może. Kilku gości podeszło bliżej, żeby lepiej widzieć. Monika czuła ich spojrzenia na piersiach, na rozchylonym kroczu, na twarzy, która znowu robiła się gorąca. Chciała zamknąć oczy. Nie zamknęła.

W środku myślała: nie powinnam tego czuć. Powinnam się wstydzić mocniej. A jednak… Elena docisnęła mocniej. Łechtaczka zapłonęła od razu, odbyt zacisnął się wokół palców. Monika westchnęła cicho, prawie jęknęła. Jowita nic nie mówiła. Tylko patrzyła.
Elena nachyliła się bliżej.

— Dobrze. To dopiero początek. Zobaczymy, ile jeszcze dasz radę wytrzymać, zanim zaczniesz prosić, żebym przestała.

Monika uniosła wzrok na chwilę, szukając Jowity. Ta stała nieco dalej, przy barze, ale kiedy Elena uniosła na nią spojrzenie, Jowita kiwnęła głową i odeszła na moment. Wróciła szybko, niosąc srebrne naczynie, i postawiła je na stoliku tuż obok sofy. Elena nawet nie spojrzała na nie od razu. Nadal trzymała dłoń między nogami Moniki, kciukiem powoli masując obolałą łechtaczkę.

— Widzisz, jak na ciebie patrzą? — zapytała cicho. — Zwłaszcza mężczyźni. Podobasz im się. Jesteś gotowa na nich wszystkich?
Monika przełknęła. Strach zacisnął jej się w brzuchu, ostry i wyraźny. Nie wiedziała, czy jest silniejszy od podniecenia, które nadal siedziało między udami, czy odwrotnie. Oba były tak ciasno splecione, że nie umiała ich rozdzielić.

— Nigdy nie byłam z więcej niż jednym… — powiedziała cicho, głosem trochę drżącym. — Nie wiem, czy dam radę, proszę pani.
Elena uśmiechnęła się tylko. Sięgnęła do naczynia i wyjęła dużą, okrągłą kostkę lodu. Uniosła ją między palcami, żeby Monika widziała.
— Teraz cię nieco schłodzimy.

Najpierw przyłożyła lód do sutka. Zimno było ostre, prawie piekące. Monika wciągnęła powietrze, plecy same się wygięły. Elena krążyła kostką powoli, raz wokół, raz po samej brodawce, aż sutek stwardniał i zrobił się wrażliwy. Potem przeszła na drugi. Ten sam chłód, ta sama reakcja ciała, której Monika nie umiała powstrzymać. Kiedy sutki były już twarde, Elena zjechała niżej. Lód sunął po brzuchu, zostawiając mokrą, zimną smugę. Skóra napinała się, mięśnie drżały. Monika oddychała szybciej. Strach nadal był, ale pod nim rosło coś innego, gęste i ciepłe, czego nie chciała nazywać.

Elena zatrzymała się na chwilę przy pępku, potem zeszła niżej, aż kostka dotknęła łechtaczki. Zimno uderzyło od razu. Monika szarpnęła biodrami, próbowała cofnąć się na sofie, ale Elena drugą ręką przytrzymała ją za udo. Lód leżał na nabrzmiałej, obolałej łechtaczce i nie ruszał się. Chłód wchodził głęboko, piekł i jednocześnie łagodził wcześniejszy ból. Monika oddychała szybko przez nos. Wstyd palił ją w twarz, bo wszyscy widzieli, jak siedzi z rozchylonymi nogami, a Elena trzyma na niej lód. Ktoś z gości uśmiechnął się. Ktoś inny powiedział cicho „dobrze”.

Elena dociskała mocniej. Kostka zaczęła się wciskać między wargi. Monika zacisnęła uda, ale dłoń Eleny nie pozwoliła. Opór trwał tylko chwilę. Elena nacisnęła pewniej, lód przesunął się centymetr, potem drugi, aż wślizgnął się do środka. Zimno rozeszło się w cipce od razu, ciężkie i obce. Monika westchnęła głośniej. Woda zaczęła ciec od razu, cienką strużką po wewnętrznej stronie uda, aż na pończochę.

Goście zareagowali. Ktoś klasnął krótko, ktoś powiedział „jeszcze”. Elena uśmiechnęła się i sięgnęła po drugą kostkę. Przyłożyła ją znowu do łechtaczki, potarła chwilę, potem wepchnęła bez wahania. Monika jęknęła. Chłód podwoił się. Cipka zaciskała się sama, próbowała wypchnąć lód, ale on siedział głębiej. Elena nie odpuszczała. Trzecia kostka poszła jeszcze szybciej. Monika poczuła, jak wejście się rozciąga, jak zimno wypełnia ją prawie do końca. Woda ciekła już obficiej, ciepła na skórze i lodowata w środku. Uda drżały.

— Proszę… — wyszeptała Monika. Głos jej się załamał. Strach był duży, większy niż myślała, a jednocześnie nie umiała powiedzieć, czy jest silniejszy od tego, co działo się niżej.

— Proszę pani, już więcej nie… nie wkładaj.

Elena nie odłożyła ręki. Spojrzała na nią spokojnie, potem na Jowitę, która tylko lekko uniosła brew. Elena sięgnęła do naczynia i wyjęła czwartą kostkę. Monika zacisnęła uda mocniej, próbując się cofnąć na sofie, ale dłoń Eleny przytrzymała ją za udo, a druga już była między nogami.

— Nie — powiedziała Elena cicho, prawie łagodnie. — Jeszcze jedną.

Lód był twardy, śliski od topnienia. Elena przyłożyła go najpierw do łechtaczki, potarła chwilę, aż Monika wciągnęła powietrze i biodra same drgnęły. Potem zaczęła naciskać. Wejście było już wypełnione, zimne i wrażliwe. Monika zacisnęła się, próbowała wypchnąć, ręce zacisnęły się na sofie. Opór trwał dłużej niż przy poprzednich. Ciało broniło się, mięśnie zaciskały, ale Elena nie odpuszczała. Docisnęła mocniej, drugą ręką przytrzymując ją za biodro, aż lód w końcu przeszedł najwęższe miejsce i wślizgnął się głębiej, dołączając do pozostałych.

Zimno uderzyło od razu, cięższe, pełniejsze. Monika westchnęła głośno, prawie krzyknęła. Cipka zacisnęła się wokół czterech kostek, woda ciekła już szeroką strużką po udach. Goście zareagowali mocniej. Ktoś klasnął, ktoś powiedział głośniej „brawo”, kilka osób przysunęło się bliżej, żeby lepiej widzieć. Monika siedziała z rozchylonymi nogami, z lodem topniejącym w niej, z twarzą gorącą ze wstydu i z ciałem, które nadal reagowało na każde dotknięcie. Elena zostawiła dłoń na miejscu, trzymając lód głębiej, a kciukiem powoli głaskała łechtaczkę, jakby dopiero zaczynała.

cdn.... (niebawem)
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry