• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Jak dorosła kobieta od pewności siebie stała się zawstydzoną dziewczyną.

Kobieta

julita38

Nowicjusz
Tylko szum morza, ciepły wiatr i to późnowrześniowe słońce, które na greckiej wyspie wciąż jeszcze umiało być łagodne i intensywne jednocześnie. Plaża była mała, kameralna – jasny piasek poprzetykany drobnymi, gładkimi kamykami, które przyjemnie nagrzewały się pod stopami. Woda leżała blisko, turkusowa i spokojna.

Monika rozłożyła ręcznik i na chwilę stanęła, zanim się położyła. Miała trzydzieści osiem lat. Szczupła, z ciemnymi, krótkimi włosami, które wiatr unosił jej na kark i skronie. Przed czterdziestką, a ciało wciąż było lekkie, smukłe, bez zbędnej miękkości. Niewielkie piersi, wąskie biodra, długie nogi. Skóra już zdążyła złapać pierwszy, złotawy odcień.
Przyjechała z mężem. Na plażę wybrała się sama.

Położyła się na plecach, przymknęła oczy. Słońce osiadało na niej powoli, ciepło wnikało głębiej, niż się spodziewała. Czuła każdy centymetr skóry – ramiona, brzuch, wewnętrzną stronę ud. Kostium kąpielowy przylegał cienko, prawie nieobecny. Oddychała równo. Nie myślała o niczym konkretnym. Albo raczej starała się nie myśleć.

Wiatr przesunął jej włosy. Gdzieś daleko mewa. Poza tym cisza.
I to dziwne, ciche poczucie, że jest tu tylko ona, słońce i własne ciało, które nagle stało się bardziej obecne niż zwykle.

Rozejrzała się powoli, prawie nie unosząc głowy.
Plaża była nadal pusta. Ani jednej sylwetki na horyzoncie, tylko linia skał po lewej i spokojne, powtarzalne oddychanie morza. Wtedy dopiero pozwoliła sobie na ten gest. Uniosła się trochę, sięgnęła do pleców i rozpięła stanik. Zsunął się łatwo. Odkładając go obok, poczuła, jak powietrze od razu zmienia wszystko.

Jej piersi były niewielkie, zgrabne, jeszcze twarde. Skóra jaśniejsza niż reszta ciała, delikatna, z ledwie zaznaczoną różowością wokół sutków. Te, wystawione nagle na słońce i wiatr, ściągnęły się prawie natychmiast. Leżała tak dłuższą chwilę, nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Promienie kładły się na niej bezpośrednio — ciepłe, równe, bez tkaniny, która do tej pory je osłaniała. To było inne ciepło. Bardziej osobiste. Jakby ktoś bardzo powoli, bardzo uważnie kładł dłoń właśnie tam.

Zapragnęła więcej.

Dłoń powędrowała niżej sama, najpierw niepewnie, potem już świadomie. Palce zahaczyły o brzeg majtek. Zsunęła je powoli, centymetr po centymetrze, aż materiał zsunął się z bioder i odsłonił to, co zwykle zostawało ukryte. Ciepłe powietrze i słońce dotknęły jej między udami. Czuła to wyraźnie — nagłość, lekki dreszcz i to dziwne, ciche rozluźnienie, jakby ciało od razu wiedziało, że właśnie o to chodziło.

Rozejrzała się jeszcze raz.

Nadal nikogo.

Dopiero wtedy zsunęła majtki całkiem. Odkładając je obok, na piasek, tuż przy ręczniku. Teraz leżała naga. Całkowicie. Słońce miało ją całą.

Przymknęła oczy i dopiero wtedy naprawdę to poczuła — tę dziwną, cichą swobodę, jakby ciało wreszcie przestało się przed nią chować.

Dłoń zsunęła się między nogi sama, bez decyzji. Palce najpierw otarły się o wilgotne wargi, a potem trafiły wyżej, dokładnie tam, gdzie skóra była najdelikatniejsza. Łechtaczka była już mokra i lekko nabrzmiała od słońca i od tego, co działo się w niej od kilku minut. Palec osiadł na niej wprost. Nie obok. Na niej.

Zatrzymała się na sekundę, czując pod opuszką to małe, twarde, pulsujące miejsce. Potem zaczęła krążyć. Powoli, dookoła napletka, potem odrobinę ciaśniej, muskając sam czubek. Za każdym okrążeniem łechtaczka robiła się wyraźniejsza, bardziej obecna, jakby wychodziła naprzeciw palcowi. Była śliska od własnej wilgoci, ciepła, wrażliwa aż do dreszczu.

Leżała naga w słońcu i oddawała się dwóm rzeczom naraz: ciepłu na skórze i temu równomiernemu, uporczywemu dotykaniu własnej łechtaczki. Oddech się zmienił. Biodra pozostały prawie nieruchome, ale całe napięcie schodziło teraz w to jedno miejsce pod palcem.

Nagle usłyszała głosy.

Nie od razu zrozumiała słowa — najpierw doszedł tylko dźwięk, ludzki, zbyt bliski jak na tę pustą plażę. Serce podskoczyło. Przerwała natychmiast. Dłoń oderwała się od ciała, jakby sama się jej wyparła. Chwyciła ręcznik i szybko przeciągnęła go przez biodra, przykrywając to, co jeszcze przed chwilą było wystawione na słońce. Między nogami zostało mokre ciepło i niedokończone napięcie.

Obejrzała się.

W oddali szła para. Dość młoda. On i ona, w kostiumach, z ręcznikami pod pachą, śmiejący się o coś cicho. Monika leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach i piersiami nadal nagimi. Stanik leżał obok, w zasięgu ręki. Mogła go założyć. Nie założyła.

Sama nie rozumiała, dlaczego. Może naprawdę chciała, żeby ktoś to zobaczył. Albo tylko nie zdążyła się zdecydować, a teraz było już za późno, żeby ten gest nie wyglądał na ucieczkę.
Para zbliżała się właśnie do jedynego miejsca, gdzie piasku było więcej niż kamieni. Tego samego, które wybrała ona. Rozłożyli ręczniki nieopodal. Na tyle blisko, że słyszała już ich głosy wyraźniej, szelest materiału, odgłos butelki odstawianej na piasek.

Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła na piersiach słońce i nagle także ich obecność. Ręcznik krył dół ciała. Górę zostawiła odsłoniętą. Leżała tak, jakby nic się nie stało — tylko serce biło trochę za głośno, a pod ręcznikiem wciąż jeszcze pamiętała ruch własnego palca.

Dziewczyna usiadła jeszcze na chwilę obok niego. Coś do niego mówiła, ściszonym głosem, i śmiała się krótko, odchylając głowę. On odpowiadał, ale już nie całkiem przy niej. Monika słyszała tylko strzępy — że woda wygląda dobrze, że nie zostaną długo. Potem dziewczyna wstała, poprawiła ramiączka kostiumu i poszła w stronę morza. Jej kroki zagubiły się w piasku. Weszła do wody bez pośpiechu i wkrótce została tylko ciemną głową na tle słońca.
Zostali we dwoje.

On usiadł, opierając się na rękach, i przez chwilę naprawdę patrzył przed siebie. Potem wzrok ześlizgnął mu się w bok. Szybko. Jakby przypadkiem. Na jej piersi. Niewielkie, nagie, nadal wystawione na światło. Sutki były ciemniejsze na rozgrzanej skórze i zbyt wyraźne, żeby dało się je przeoczyć. Odwrócił oczy. Po kilku sekundach wrócił.
Monika to widziała.

Leżała nieruchomo, z ręcznikiem na biodrach, i czuła, jak to spojrzenie osiada na niej fizycznie. Miał może dwadzieścia dwa lata. Prawie chłopak. A patrzył na nią tak, jakby nie potrafił przestać. Wstyd przyszedł pierwszy. Zaraz za nim coś cieplejszego, gęstszego. Podniecenie wróciło nagle, ostro, jakby to, co przed chwilą robiła sama, wcale się nie skończyło, tylko czekało na świadka.

Pozwoliła sobie na więcej.

Przesunęła się trochę, niby szukając wygodniejszej pozycji. Ręcznik zsunął się z bioder nie od razu, tylko leniwie, jakby sam nie wiedział, czy jeszcze ma ją zasłaniać. Przytrzymała go palcami — za krótko. Materiał odsłonił najpierw linię brzucha, potem ciemniejszy ślad skóry między udami. Nie zasłoniła się. Uda rozchyliły się odrobinę, wystarczająco, żeby w pełnym świetle widać było jej nagą cipkę: wąskie wargi, wilgotny, różowy środek i łechtaczkę, która po tym wszystkim wciąż była wyraźna, trochę nabrzmiała, błyszcząca.
On patrzył.

Tym razem już nie udawał, że to przypadek. Monika przymknęła oczy, ale nie do końca. Czuła jego wzrok tam, gdzie przed chwilą miała własny palec. I nic nie zrobiła, żeby mu to odebrać.

Monika otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
Najpierw w twarz. Potem niżej. Bez pośpiechu, prawie ciekawie, jakby miała do tego prawo. Kostium nie ukrywał już nic. Pod cienkim materiałem było widać, że mu stwardniało — wyraźnie, napięte, trochę nieporadne w tej nagłej twardej linii.
Uśmiechnęła się.

— Wiesz, że ci stwardniał?

Chłopak wzdrygnął się, jakby dopiero teraz sam to poczuł. Dłoń poszła w dół odruchowo, niezdarnie, zasłaniając to, czego i tak nie dało się już schować. Odwrócił wzrok, potem znów na nią, czerwony aż po szyję.

— Przepraszam. Nie chciałem się tak na panią patrzeć. Jakoś… samo wyszło.
Monika nie zasłoniła się. Ręcznik leżał tam, gdzie go zostawiła, a ona nadal była odsłonięta — piersi na słońcu, między udami wilgotna, gładka skóra, którą on przed chwilą tak długo ogarniał wzrokiem.

— Nie przejmuj się — powiedziała cicho. — Naprawdę.

Chwilę milczeli. W wodzie Ania odwróciła się plecami, płynąc dalej.

— Jak masz na imię?
— Marek.
— A twoja dziewczyna?
— Ania.

Imię padło między nimi za zwyczajnie, jakby nie leżeli kilka metrów od siebie w takiej pozycji, w jakiej leżeli. Monika przygryzła lekko wargę. Palce poprawiły ręcznik tylko po to, żeby nic nie poprawić. Spojrzała na niego znowu.

— Podoba ci się moje ciało?

Marek przełknął ślinę. Kiwnął głową, zanim zdążył się opanować.
— Bardzo.

Urwał, jakby szukał bezpieczniejszego zdania. Nie znalazł.

— Najbardziej… ta wydepilowana cipka. I piersi. Że nie za duże. W sam raz.

Powiedział to ciszej niż resztę, prawie wstydząc się własnych słów. Monika nie odwróciła wzroku. Słońce było ciepłe, Ania daleko, a to zdanie zostało między nimi na piasku, nagie jak ona.

Monika usiadła najpierw, jakby jeszcze się wahała. Potem wstała.
Ręcznik odłożyła obok, powoli, bez pośpiechu. Nie zasłoniła się ręką. Nie odwróciła się bokiem. Stanęła tak, jak stała — naga, na piasku, w pełnym świetle — i przez chwilę po prostu dała mu na siebie popatrzeć. Szczupłe ciało, niewielkie piersi, ciemne krótkie włosy rozrzucone od wiatru, gładkie, wydepilowane miejsce między udami. Zrobiła to z całą świadomością. I z przyjemnością, która była już wyraźna: w oddechu, w ustach, w tym, że nie spieszyła się, żeby znowu usiąść.

Uśmiechnęła się.

— A twoja dziewczyna co na to, że podobają ci się takie stare laski?
Marek spuścił wzrok, potem znów go podniósł, jakby nie umiał wybrać. Przesunął się na ręczniku, zawstydzony, ale nie na tyle, żeby odwrócić twarz.

— Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Ania raczej nie jest jakoś wyjątkowo zazdrosna. Ale o panią… pewnie by była. Nie lubi, jak patrzę na piękne kobiety.

Monika podeszła o krok bliżej słońca. Odwróciła ramiona tak, żeby światło padło na nią wprost — na piersi, na brzuch, na mokrą jeszcze, gładką cipkę. Skóra zabłysnęła. Wszystko stało się ostrzejsze.

— Nie mów do mnie pani — poprawiła go cicho.

Monika stała nadal naga, zwrócona do słońca, i nawet nie udawała, że nie widzi, gdzie ma wzrok.

— Myślisz, że jak twoja dziewczyna wróci, będzie jej przeszkadzać, że opalam się nago?

Marek odpowiedział nie od razu. Ciągle był zapatrzony w jej ciało — w piersi, w wąską talię, w gładką, odsłoniętą cipkę, która w tym świetle wydawała się jeszcze bardziej naga.

— Raczej nie. Byliśmy już na plaży nudystów.

Uśmiechnęła się kątem ust. Skinęła brodą w dół, tam, gdzie on wciąż trzymał dłoń.

— A ty nie zasłaniaj się tak ręką. I tak widzę, że ci stoi. To naturalna reakcja. Nie masz się czego wstydzić.

Zrobiła mały krok, nie za blisko, tylko na tyle, żeby jej głos stał się bardziej prywatny.

— Póki jesteśmy sami… pokaż, co tam masz.

Marek uniósł na nią oczy, zmieszany.
— Jak to?
— Po prostu. Majtki w dół i pokaż mi go.

Przez chwilę nic nie zrobił. Oddychał płycej, jakby ciało już się zgodziło, a on jeszcze nie. Potem wsunął kciuki pod gumkę kąpielówek i zsunął je w dół.

Od razu, bez tkaniny, która go do tej pory przytrzymywała, wyskoczył duży, naprężony penis. Był obrzezany — żołądź całkiem odsłonięta, gładka, ciemniejsza od reszty, nabrzmiała i błyszcząca. Trzon gruby, napięty, z wyraźną żyłką po stronie, pulsuje trochę od tego, jak mocno stał. Skóra na nim była cienka, obcisła, bez fałdu, który mógłby cokolwiek schować. Cały był mokry. Nie od wody. Od niego. Przezroczysta, gęsta wilgoć zebrała się już na czubku i spłynęła cienką nitką w dół, aż po napięty trzon. Wisiorek cienia kładł mu się na udzie. Stał twardo, prawie pionowo, zbyt wyraźny jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą próbował się zasłaniać.

Monika spojrzała na to bez pośpiechu. Uśmiechnęła się.

— O… jesteś obrzezany. Jak ładnie.

Marek przełknął ślinę. Kąpielówki zostały w połowie ud, a on nie wiedział, czy je podciągnąć, czy zostawić.

— Z jakiej to okazji?

— Na prośbę Ani — powiedział ciszej. — Podobają jej się obrzezani.

Monika potaknęła powoli. Wzrok miała nadal tam, na mokrej, odsłoniętej żołędzi, która błyszczała w słońcu.

— Mnie też.

Monika stanęła przed nim. Blisko. Naga, spokojna, jakby to on był teraz wystawiony, nie ona. Marek wciąż miał kąpielówki w dole ud, a penis — twardy, obrzezany, mokry na czubku — trzymał się między nimi zbyt wyraźnie, żeby dało się udawać, że rozmawiają o pogodzie.

— Skoro Ania wymagała od ciebie obrzezania — powiedziała cicho, prawie zwyczajnym głosem — to regularnie ci obciąga?

Zamrugał. Otworzył usta i zamknął je z powrotem.

— Dwa, trzy razy w miesiącu.

Monika skinęła lekko, jakby zapisywała to sobie w głowie.

— A pozwala ci wchodzić w dupkę?

Tym razem poczerwieniał już wyraźnie. Spojrzał przez ramię, ku wodzie, ale Ania była jeszcze daleko.

— Nie. Niestety się nie zdarza.

Westchnęła, krótko, z uśmiechem, który nie był do końca życzliwy.

— Szkoda. Takim atrakcyjnym facetom to najintymniejsze miejsce kobiety powinno się należeć.

Nie zdążył odpowiedzieć. Z wody dobiegł plusk, potem głos — nie słowa jeszcze, tylko dźwięk, że ktoś wraca. Oboje odwrócili głowy.

Ania szła ku nim powoli. Mokry kostium przylegał do niej ciemniej, cięższy od wody, włosy sklejone, sylwetka coraz wyraźniejsza na tle słońca.
Marek poruszył się pierwszy. Szarpnął kąpielówki w górę, za szybko, prawie nieporadnie, wciskając twardego jeszcze penisa pod materiał. Tkanina stanęła mu nienaturalnie. Odwrócił się trochę bokiem, jakby to mogło pomóc.

Monika schyliła się po ręcznik. Nie ubrała się. Przepasała nim tylko uda, ciasno, na tyle, żeby zasłonić to, czego Ania nie powinna zobaczyć od razu. Piersi zostawiła nagie. Stanęła tak, jakby od początku tylko opalała się nago i nic więcej.

Ania podeszła bliżej. Uśmiechnęła się najpierw do Marka, potem dopiero spojrzała na kobietę obok.

— To Monika — powiedział Marek za szybko, zanim ktoś zdążył zapytać. — Rozmawialiśmy. Wszyscy z Polski.

Ania uniosła brwi, jeszcze przyjazna, jeszcze nic nie wiedząc.

— A o czym?
— O wakacjach — skłamał. — O urlopie. Że wrzesień jest lepszy niż sierpień.

Monika uśmiechnęła się lekko, poprawiając ręcznik na udach.

Ania stała mokra, jeszcze z morza. Długie włosy ciemniały od wody i kleiły się do ramion, do obojczyków, do pleców. Kostium był cienki i obcisły, ciemny, i po kąpieli przylegał do niej jak druga skóra — do małych, zgrabnych piersi, do płaskiego brzucha, do bioder. Tuż pod piersiami, prawie na żebrach, miała mały tatuaż. Niewielki, ciemny, jeszcze błyszczący od wody. Wyglądała młodo. Pewnie. Jak ktoś, kto nie musi się tłumaczyć z własnego ciała.
Przez chwilę nikt nic nie powiedział.

Cisza była niezręczna, gęsta, za długa na zwykłe przedstawienie przy plaży.
To Ania odezwała się pierwsza. Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała uważne.

— A ten ręcznik to w jakim celu pani na siebie założyła? Czyżby się pani mnie krępowała?
Monika zamarła.

Pytanie było proste. I przez to gorsze. Poczuła ciepło na twarzy, nagle, jakby ktoś odsłonił nie ciało, tylko ją. Nie wiedziała, gdzie podziać ręce. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy zaprzeczyć, czy w ogóle coś powiedzieć. Marek stał obok i milczał za głośno.

— Nie… — zaczęła i urwała.

Potem zrobiła to, czego sama od siebie nie oczekiwała. Chwyciła ręcznik, zsunęła go z ud i rzuciła na piasek. Została znowu naga. Całkiem. W słońcu, przed nimi obojgiem.

— Nie chciałam się zbytnio obnażać publicznie — powiedziała.

Głos miała równy. Prawie. W środku było inaczej. Czuła się skrępowana aż do gardła. Że taka młoda siksa potrafiła ją zawstydzić. Że to ona, starsza, pewniejsza jeszcze przed chwilą, teraz stoi rozebrana nie dlatego, że sama tak chciała, tylko dlatego, że tamta ją do tego zmusiła jednym zdaniem.

Ania spojrzała na nią spokojnie. Na piersi. Niżej. Potem znowu w twarz.

Nie spieszyła się. Słońce schło jej na ramionach, mokry kostium ciemniał, a ona stała tak, jakby miała do tego ciała więcej prawa niż sama Monika.

Potem raptem padło pytanie.

— Znam takie osoby jak pani. Podnieca was nagość. To, że ktoś patrzy. I do tego jeszcze to uczucie zawstydzenia i skrępowania. Czy nie mam racji?

Monika otworzyła usta i nic z nich nie wyszło.

Serce uderzyło mocniej, głupio, jak u przyłapanej. Chciała zaprzeczyć. Albo się zaśmiać. Albo powiedzieć, że to nie tak. Ale Ania patrzyła za uważnie, a Marek stał obok i słyszał każde słowo. Wstyd wszedł jej pod skórę głębiej niż słońce.

Skinęła głową. Lekko. Prawie niechętnie.

— Tak.

To było wszystko, co zdołała z siebie wydusić. Jedno słowo, ciche, zawstydzone, i nagle cała jej nagość przestała być tylko ciałem na plaży. Stała się odpowiedzią.

CDN
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Ania przyjrzała się jej jeszcze chwilę, jakby odmierzała, ile z tamtej „pani” zostało po jednym tak. Potem pokręciła głową z lekkim uśmiechem.

— Skoro tak łatwo się rozebrałaś na pokaz, nie wypada, żebym zwracała się do ciebie per pani.
Powiedziała to spokojnie. Bez złośliwości na głos. Tym gorzej.

— Obróć się. Stań tyłem. Chętnie popatrzymy.

Monika drgnęła. Przez sekundę wyglądała, jakby nie dosłyszała. Potem zrobiła to. Obróciła się na piasku i stanęła do nich plecami. Ramiona miała sztywne, łopatki uniesione, krótkie ciemne włosy odsłaniały kark. Od tyłu było widać całą jej szczupłość: wąską talię, równe linie pleców, zgrabne, napięte pośladki, długie nogi. Nic się nie trzęsło. Nic nie prosiło. A jednak stała tak, bo jej kazano.

Ania przez chwilę nic nie mówiła. Potem odezwała się już do Marka, ciszej, ale na tyle wyraźnie, żeby Monika słyszała każde słowo.

— Ładny tyłek. Na trzydzieści osiem lat aż za ładny. I te plecy. Nie wygląda, jakby miała się wstydzić, a stoi jak uczennica.

Marek milczał. Ania spojrzała w dół, na jego kąpielówki, i uniosła brew.
— Serio?

Głos miała rozbawiony, ale ostry.

— Wracałam z wody, a tobie znowu stanął. Na nią. Na kobietę, która mogłaby być ci ciotką. Nie na mnie. Stoisz przy swojej dziewczynie i twardniejesz, bo starsza pani pokazała ci cipkę na plaży.
Marek przesunął się, zawstydzony.

— Ania…
— Nic. Widziałam.

Obejęła wzrokiem nagie plecy Moniki jeszcze raz, wolniej.

— No i co, podoba ci się od tyłu też? Bo mnie akurat tak. Taka grzeczna, a rozbiera się dla obcych. Tylko nie udawaj, że ci nie stanęło. Stoi ci na nią, nawet jak patrzy w drugą stronę.
Monika zacisnęła palce. Słyszała to wszystko tyłem. Słońce miało ją na karku, na pośladkach, na zgięciach kolan. Nie odwróciła głowy. Została tak, jak Ania kazała — naga, odwrócona, słuchająca, jak młodsza dziewczyna i jej chłopak omawiają ją kawałek po kawałku, a wstyd spływał jej po plecach cieplej niż powietrze.

— Stań przodem.

Monika odwróciła się. Wolniej niż przed chwilą. Stanęła naga, twarzą do nich. Słońce padło jej prosto na piersi, na brzuch i niżej, na gładką, odsłoniętą cipkę. Nie wiedziała, gdzie podziać oczy, więc zostawiła je nisko, gdzieś przy piasku.

Ania skinęła palcem na Marka.

Wstał niepewnie. Stanął obok niej, za blisko Moniki jak na kogoś, kto przyszedł tu z własną dziewczyną. Ania najpierw nawet na niego nie spojrzała. Wsunęła tylko dwa palce pod gumkę jego kąpielówek i sprawdziła, jak mocno materiał obciąga mu krocze.

Potem ściągnęła mu je jednym ruchem.

Do samego dołu. Bez ostrzeżenia. Kąpielówki zjechały na kostki, a spod nich od razu wyskoczył twardy, wilgotny penis. Był obrzezany, gruby, z całkiem odsłoniętą żołędzią. Na czubku miał świeżą kroplę, która spływała po napiętym trzonie. Pulsował. Nie dało się tego schować.

Ania przytrzymała mu kąpielówki w dole ud, żeby nie mógł ich podciągnąć.

— Widzisz, jak na niego działasz — powiedziała do Moniki.

Głos miała spokojny, prawie jak przy zwykłej uwadze.

— Powinnaś się wstydzić. Chodzisz tu naga po plaży. Przed cudzym chłopakiem. Jeszcze takim młodym. Popatrz. Nawet go nie dotknęłaś, a stoi jak byk.

Marek zacisnął szczękę. Chciał się schylić i podciągnąć majtki. Ania nie puściła. Monika stała naprzeciwko i widziała wszystko za dokładnie: mokrą żołądź, napięcie, to, jak jego ciało reaguje na nią szybciej niż on sam. Wstyd wszedł jej pod skórę razem z gorącem. Nie dlatego, że była naga. Dlatego, że Ania pokazała jej ten penis jak dowód. I zostawiła ich tak — ją rozebraną słowem, jego rozebranego gestem — w pełnym słońcu.

Ania uśmiechnęła się. Nie szeroko. Tak, jakby Monika wreszcie potwierdziła coś, co ta już wiedziała.

— W życiu bym nie pomyślała, że spotkam uległą kobietę w twoim wieku. I to na plaży. I jeszcze nagą.

Poprawiła mokry kostium na ramieniu i skinęła brodą w stronę piasku.

— Przynieś mi twoje ubrania. I ręcznik.
Monika poczuła, jak wszystko w niej się spina. Chciała powiedzieć dość. Schylić się po ręcznik, owinąć biodra, skończyć to, zanim zajdzie dalej. Zamiast tego pochyliła się. Zebrała stanik, majtki, ręcznik. Piasek osypał się jej z materiału na stopy. Podeszła i podała to Ani milcząc, jakby sama nie wierzyła, że to robi.

Ania włożyła wszystko do plażowej torby. Zapięła ją bez pośpiechu.

— Na razie nie będą ci potrzebne.

Potem stanęła trochę z tyłu za Markiem. Objęła go ramieniem, a drugą ręką sięgnęła w dół. Wzięła jego penisa w dłoń. Powoli. Pewnie. Palce zamknęły się na wilgotnym, naprężonym trzonie i zaczęły iść w górę i w dół, leniwie, jakby pokazywała Monice, do kogo to należy. Marek wciągnął powietrze. Ania nawet na niego nie spojrzała.

Patrzyła na Monikę.

— Wiesz, jak nazywa się takie zachowanie jak twoje?

Monika pokręciła głową. Głos miała cieńszy niż przed chwilą.

— Nie wiem.

— Uległa dziwka. Tak się zachowujesz.

Ręka Ani nie przyspieszyła. Tylko zacisnęła się odrobinę ciaśniej na nim.

— Jestem ciekawa, jak daleko się posuniesz.
Monika otworzyła usta i nic nie przyszło. Stała naga, bez ręcznika, bez ubrań, naprzeciwko nich. Widziała, jak Ania masturbuje Marka jej widokiem. Wstyd i podniecenie siedziały w niej w tym samym miejscu.

— Chyba… dotarłam już do granicy — powiedziała cicho.
Ania zaśmiała się. Krótko. Prawie ciepło.

— Na pewno nie.

Ania nie zwolniła ręki. Palce ślizgały się po mokrym, obrzezanym penisie Marka wolno, równo, jakby miała na to cały wieczór.
— Obciągałaś kiedyś takiego obrzezanego?

Monika pokręciła głową.

— Nie.

— To nie jest takie łatwe — powiedziała Ania, nadal patrząc na nią, nie na niego. — Obrzezany jest mniej czuły. Trzeba dłużej. Pewniej. Nie wystarczy tylko polizać czubka i czekać, aż sam dojdzie.

Ścisnęła go mocniej przy żołędzi. Marek wciągnął powietrze.

— Teraz uklęknij przed nim. Ale go nie dotykaj. To mój facet. Nie twój.

W Monice uniósł się sprzeciw od razu. Ostry, gorący, prawie rozsądny. Miała męża. Miała jeszcze resztkę twarzy. Mogła się wyprostować, zażądać ubrań, odejść. Zamiast tego zgięły się jej kolana. Piasek wszedł jej pod skórę. Im bardziej czuła się uległa, tym bardziej było jej mokro. Klęknęła przed Markiem. Jego penis znalazł się blisko jej twarzy — ciepły, napięty, pachnący skórą i solą. Żołądź błyszczała tuż przy jej ustach. Nie dotknęła. Aż palce jej zadrżały od tego, że nie wolno.

— Wiem, że chciałabyś mu obciągnąć — spokojnie rzuciła Ania. — Bo jesteś wyjątkowo uległą dziwką. Ale na razie tylko obserwuj.
Przyspieszyła. Ręka chodziła już krócej, ciaśniej, mokrym dźwiękiem po naprężonym trzonie. Kropla spłynęła z czubka i zawisła, zanim spadła w piasek obok kolan Moniki.

— Masz kogoś?

Monika uniosła oczy. Głos miała nierówny.

— Męża.

— I jaki seks z nim uprawiasz?

Zawahała się. Ania nie zwolniła.

— Głównie klasyczny. Czasami mu obciągam. Czasami… daję w tyłek.
Ania uśmiechnęła się krótko, jakby dostała dokładnie to, czego chciała.

— Czyli nie taka święta.
Ręka na Marku poszła jeszcze szybciej. On zacisnął szczękę, biodra same drgnęły do przodu. Było widać, że już nie trenuje cierpliwości. Żyłka na trzonie nabrzmiała. Żołądź ściemniała, mokra, napięta do pęknięcia.

— Usta — powiedziała Ania. — I język na zewnątrz.

Monika pokręciła głową. Cienko.

— Nie…

— Rób, co mówię.

Otworzyła usta. Najpierw trochę. Potem szerzej. Język wyszedł sam, wilgotny, posłuszny wcześniej niż ona. Klęczała naga, z twarzą podstawioną, i nie dotykała go nawet oddechem za blisko. Ania szarpnęła Marka ostatnimi, krótkimi ruchami.
Doszedł z niskim, zdławionym dźwiękiem.

Gorąca sperma trysnęła mu z żołędzi prosto na usta Moniki. Potem na język. Potem wyżej, na policzek, na brzeg warg. Gruba, ciepła, słona. Nikogo nie dotknęła. Ani jego skóra nie starła się z jej skórą. Tylko to, co z niego wyszło, osiadło na niej jak znak. Kolejny strumień spadł jej na brodę i spłynął powoli po języku, gęsty, ciągnący się. Kapało jej z wargi na piersi.
Stała tak — klęczała — z twarzą oblepioną, z nasieniem na języku, i nie wiedziała, czy ma się odsunąć, czy przełknąć sama.

Ania nie dała jej tego wyboru.

— Połknij.

Monika zamknęła oczy. W środku było nie. Ostre, wyraźne nie. I i tak zebrała język. Ciepłe, słone, obce weszło jej do gardła. Przełknęła. Raz. Potem drugi, bo na wardze została jeszcze smuga i Ania patrzyła. Wstyd uderzył ją mocniej niż smak. A pod tym wstydem, nisko, między nagimi udami, ciało odpowiedziało tak głośno, że przez chwilę bała się, że Ania to też zobaczy.

Ania nie podała jej ręcznika. Nawet nie pozwoliła jej zetrzeć twarzy. Sperma lśniła Monice na wardze i na policzku, ciepła jeszcze, gęsta.

— Opisz.

Monika uniosła na nią oczy, wciąż na kolanach.

— Co?

— Smak. I to, co teraz czujesz. Szczerze.

Milczała chwilę. Język miała ciężki, obcy. Sperma zostawiła na nim słony, gorzki, ciepły ślad. Nie był to smak, który dało się pomylić z czymkolwiek innym. Gęsty. Lekko metaliczny. Taki, który zostaje pod podniebieniem i nie chce zejść razem z jednym przełknięciem.

— Jest słona — powiedziała cicho. — I ciepła. Gęstsza, niż myślałam. Czułam ją na języku, zanim ją połknęłam. Potem w gardle. Nadal ją czuję.
Ania czekała. Palce miała jeszcze na więdnącym, mokrym penisie Marka, ale wzrok tylko na Monice.

— A ty? Nie smak. Ty.
Monika wciągnęła powietrze. Chciała powiedzieć coś rozsądnego. Nie umiała.

— Było mi bardzo wstyd. I upokarzająco. Klęczeć nago, z otwartymi ustami, i czekać, aż spryska mi twarz. Nigdy w życiu czegoś takiego nie czułam. Ani przy mężu. Ani sama. To było… brudne. Jakbym przestała być sobą.
Przełknęła. Sperma zostawiła na języku jeszcze jeden, cieńszy posmak.

— A jednocześnie byłam podniecona. Mocno. Aż mnie zatkało, jak to na mnie spadło. Wstyd, upokorzenie i to mokre napięcie na raz. Sama nie wiem, co o tym sądzić. Wiem tylko, że nie odeszłam. I że połknęłam, chociaż nie chciałam.
Ania uśmiechnęła się ledwie.

— To już coś wiesz. Resztę też się dowiesz.

Ania puściła miękkiego już penisa Marka. Przez sekundę wisiał bezwładnie, wilgotny, zmniejszony, jeszcze błyszczący po tym, co przed chwilą zrobił Monice na twarz.

Potem, znienacka, uderzyła go.

Z całej siły. Dwa razy. Otwartą dłonią, prosto w miękkie, wrażliwe ciało. Marek zgiął się z cichym, zduszonym dźwiękiem, jakby nie zdążył nawet zrozumieć, że to się dzieje. Sam nie mógł uwierzyć. Że po tym wszystkim, po plaży, po tym jak Ania sama go masturbowała i sama wycelowała w usta

Moniki, dostał za to po swoim.

— A ty jak będziesz się spuszczał przy każdej lasce, którą zobaczysz, to cię zostawię — powiedziała równo, bez krzyku. — Masz się kontrolować.

Następnym razem.

Odetchnął ostro, z twarzą ściągniętą.

— To, że ona zachowuje się jak dziwka, nie oznacza, że ty możesz sobie pozwalać na co chcesz. Ubieraj się. I zbieraj nasze rzeczy.
Marek nie dyskutował. Podciągnął kąpielówki, schylił się po ręczniki, butelki, jej klapki. Ręce mu się trochę trzęsły, ale polecenie wykonał od razu.
Ania odwróciła się do Moniki. Ta nadal klęczała. Naga. Z spermą na ustach, na policzku, na brodzie. Biała, gęsta smuga spłynęła jej już niżej, ku szyi.

— A co do ciebie — rzuciła Ania — to nie skończyłyśmy.

Sięgnęła do torby. Wyjęła telefon. Nie uprzedziła. Ekran kliknął raz, drugi, trzeci. Seria zdjęć. Naga Monika na kolanach, krótko obcięte ciemne włosy, piersi odsłonięte, twarz mokra od spermy, która lśniła jej w słońcu jak dowód.

— Co robisz? — zaprotestowała Monika, unosząc rękę za późno.

— Nic. Taka gwarancja twojego posłuszeństwa.

Schowała telefon do torby, w której już leżały ubrania Moniki.

— Jutro przyjdziesz tu o tej samej porze. W to samo miejsce. Jeśli chcesz odzyskać zdjęcia.

Potem odwróciła się i poszła w stronę Marka. Nawet nie obejrzała się drugi raz. On podniósł ich rzeczy i poszedł za nią, milcząc. Zostawili po sobie tylko ślady stóp i to, czego Monika nie zdążyła zetrzeć z twarzy.

Została sama.

Wstała nie od razu. Piasek kleił się do kolan, sperma do skóry, myśli biły się w niej bez ładu. Mogła krzyczeć. Mogła ich gonić. Mogła iść do męża i powiedzieć wszystko. Zamiast tego przez długą chwilę stała naga na pustej już plaży i czuła, że to „jutro” weszło w nią głębiej niż smak, który nadal miała na języku.

W swojej torbie miała cienką, prześwitującą narzutę. Założyła ją na nagie ciało. Materiał prawie nic nie zasłaniał, tylko oblepiał piersi i biodra, a pod słońcem było widać zarys sutków i ciemną kreskę między nogami. Wsunęła stopy w klapki. Torba plażowa poszła jej pod pachę, przyciśnięta do brzucha, jakby mogła zasłonić to, czego narzuta nie brała.

Ruszyła do domu.

Każdy krok był za długi i za krótki jednocześnie. Wstyd wracał falami. Podniecenie nie odeszło do końca. A w głowie, mimo sprzeciwu, kręciło się już tylko jedno: że Ania ma jej zdjęcia. I że jutro, o tej samej porze, znowu tu wróci.
 
Mężczyzna

bigboy666

Erotoman
Świetne opowiadanie. Ciekawe i bardzo dobrze napisane. Naprawdę się wciągnąłem i jednocześnie podnieciłem. Zaletą jest to, że widać tu rękę kobiety. Pisz więcej.
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Monika zmierzała ku plaży, Ania już czekała Siedziała w tym samym miejscu co wczoraj, tam gdzie piasek był drobniejszy i cieplejszy. Czarny jednoczęściowy kostium trzymał ją całą, na to miała szorty i rozpiętą cienką koszulę. Włosy związane. Okulary na nosie. Torba leżała obok, zamknięta. Marka nie było.

Monika zobaczyła ją z daleka i zwolniła. Jasna sukienka kleiła się do ud od ciepła, pod spodem nowy czarny kostium, klapki, torba ściśnięta w dłoni. Szła jak ktoś, kto jeszcze może zawrócić. Nie zawróciła. Stanęła kilka kroków za blisko, żeby to było przypadkowe, i kilka za daleko, żeby usiąść sama.

Ania zdjęła okulary.

— Przyszłaś.
— Przyszłam.

Ania zmierzyła ją wzrokiem od ramiączek po klapki.

— Sukienkę zdejmij. Zostajesz w kostiumie.

Monika zawahała się tylko chwilę. Palce znalazły ramiączka same. Sukienka zeszła jej w dół, lekka, pognieciona od drogi, i została w ręku jak coś, czego nie miała gdzie podziać. Została w czarnym dwuczęściowym kostiumie. Szczupła, spięta, nagle dużo bardziej widoczna niż przy wejściu.

— Teraz możesz usiąść.

Usiadła na piasku przed nią. Kostium był obcisły. Słońce od razu wzięło ramiona i brzuch.
Ania zapytała o powrót tak spokojnie, jakby chodziło o pogodę. Monika odpowiedziała ciszej, niż chciała. Wróciła w cienkiej narzucie, prawie naga pod spodem. Mąż siedział na tarasie. Czytał. Uniósł tylko rękę na powitanie. Niczego nie zobaczył. Nie zapytał o kostium. Weszła do łazienki i stała chwilę przy umywalce, zanim umiała na siebie spojrzeć. Wieczorem poszli do tawerny. Jadła. Kiwała głową. Kłamała milczeniem.

Ania słuchała, a potem nagle się zaśmiała. Cicho, niedowierzająco, jakby dopiero teraz ułożyła sobie ten obraz do końca.

— Czyli wczoraj klęczałaś nago, z językiem na wierzchu, i połykałaś spermę mojego faceta jak drinka. Ciepłą. Gęstą. Prosto z jego kutasa na usta. A potem wróciłaś do męża, umyłaś twarz i usiadłaś z nim do kolacji. Jak gdybyś nie miała jeszcze na
języku obcego smaku.

Monika poczerwieniała. Między piersiami kostium zrobił się ciaśniejszy od oddechu.

— To był pierwszy raz? — zapytała Ania. — Pierwszy raz, kiedy połknęłaś spermę nie swojego męża? Przy kimś. Na rozkaz. Z twarzą pełną tego, co z niego wyszło.

Monika kiwnęła głową. Cicho.

— Tak. Pierwszy.

Ania uśmiechnęła się wolniej.

— I mimo to dziś tu jesteś. Nadal mówisz, że przyszłaś po zdjęcia.

Monika milczała dłużej, niż powinna. Słońce piekło ją w ramiona, czarny kostium przylegał do piersi i do wąskiego paska skóry na brzuchu. W głowie wracały wczorajsze zdjęcia: ona na kolanach, naga, z gęstą spermą na wardze i na policzku.

— Nie chciałabym, żeby ktoś oglądał te zdjęcia — powiedziała wreszcie.

Głos miała niski, ściśnięty. Nie chodziło o wstyd wobec Ani. Chodziło o męża. O rodzinę. O kogoś, kto zna jej imię i nie powinien zobaczyć jej twarzy oblanej obcym nasieniem.

Ania słuchała z lekkim uśmiechem.

— Dlaczego? Przecież cię podnieca, jak ktoś patrzy na ciebie jak na dziwkę.
Monika nie zaprzeczyła. Spojrzała w piasek, a ciało odpowiedziało za nią szybciej niż usta. Sutki stwardniały pod cienkim materiałem kostiumu. Między udami zrobiło się ciepło, mokro, znajomo.

— Nie chcę, żeby zobaczył je mąż. Albo ktoś z rodziny. Ktoś, kto mnie zna.
Ania przechyliła głowę.

— A inni? Jak patrzą — to cię kręci.
Monika wciągnęła powietrze. Wstyd i prawda siedziały jej w ustach obok siebie.

— Tak. Bardzo. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Dopiero tu, na tym piasku, przy Ani, zrozumiała, że to nie zaczęło się wczoraj. Że było w niej wcześniej. Tylko nigdy nie miało świadka, który potrafiłby to nazwać.

Ania bawiła się końcówką związanych włosów i uśmiechała się lekko, jakby miała czas.

— Posłuszna. Uległa. Oddana.

Odmierzała słowa spokojnie, patrząc Monice prosto w twarz.

— Czy to dobrze opisuje twój charakter? Chciałabyś sprawdzić, czy faktycznie taka jesteś?

Monika zawahała się. W kostiumie było jej nagle za ciasno. Pokiwała głową niepewnie, prawie niewidocznie.
Ania rozejrzała się dookoła. W pobliżu nie było nikogo. Kilka osób leżało dalej na plaży, zbyt daleko, żeby słyszeć,

wystarczająco blisko, żeby przy ostrzejszym świetle dało się kogoś rozpoznać.

— W takim razie wstań. I rozbierz się do naga.

Monika wstała wolno. Najpierw sięgnęła do zapięcia stanika kostiumu. Materiał zsunął się z niewielkich piersi, sutki od razu stwardniały od powietrza. Potem kciuki weszły pod gumkę majtek. Zsunęła je po udach, po kolanach, aż czarny kostium został na piasku. Stanęła naga. Szczupła, krótko obcięta, z gładkim, odsłoniętym krocem i rumieńcem, którego nie dało się schować.
Ania sięgnęła do torby bez pośpiechu. Wyjęła stamtąd ciężki, metalowy korek. Był większy, niż powinien być przedmiot schowany w plażowej torbie. Stalowe ciało lśniło chłodno w słońcu, gładkie, obłe, lite. Czubek miał kształt zaokrąglonej, szerokiej główki, potem zwężał się w krótki, gruby trzon i kończył się krążkiem, za który dało się złapać. Gdy Ania przekładała go z dłoni do dłoni, było słychać jego ciężar.

Uniosła korek trochę wyżej, żeby Monika dobrze go widziała. Potem wsunęła palec między usta i zwilżyła go śliną. Poślinionym czubkiem palca dotknęła najpierw główki zatyczki. Ślina błysnęła na metalu. Palec zjechał w dół po chłodnej powierzchni, obkręcił trzon, jeszcze raz, aż cały korek zrobił się mokry i lśniący, jakby już był do użycia.
Dopiero wtedy Ania uniosła na nią oczy.

— Wiesz, co to jest?

Monika patrzyła na mokry metal i pokręciła głową.

— Nie wiem. Może jakaś figurka.

Ania obróciła mokry korek w palcach, powoli, tak żeby słońce przejechało po całej jego gładkiej powierzchni.

— To taki mały, prywatny przedmiot. Wchodzi tam, gdzie zwykle nikt nie ma wstępu. W najciaśniejsze, najintymniejsze miejsce. Rozpycha się. Penetruje. Zostaje w tobie, zimny i twardy, nawet kiedy stoisz i udajesz, że nic się nie dzieje. I właśnie tym sprawdza, jak bardzo jesteś oddana.

Nie słowem. Tym, czy rozchylisz się i przyjmiesz go, chociaż ci głupio.

Monika przełknęła. Gardło miała suche, a ciało — nie. Nogami czuła ciepło piasku, a wzrokiem chłodny błysk metalu, wciąż mokrego od śliny Ani. Wyobrażenie przyszło za szybko: ciężka główka przy jej zaciśniętym otworze, powolne wtłaczanie, uczucie, że ktoś zajmuje ją od środka na oczach plaży.

Kiwneła głową znowu. Niepewnie. Ale kiwnęła.

Ania uklękła przed nią na piasku.

Uniosła metalowy korek do twarzy i oblizała go językiem. Wolno, od podstawy aż po zaokrągloną główkę. Ślina zostawała na chłodnej stali cienką, błyszczącą warstwą. Jeszcze raz przejechała językiem po trzonie i obróciła przedmiot w palcach, aż cały był mokry.

Potem położyła dłoń na pośladku Moniki.

Monika drgnęła. Po raz pierwszy dotykała jej kobieta. Dłoń Ani była ciepła, pewna i nie pytała o zgodę drugim gestem. Ujęła oba pośladki i rozchyliła je. Najpierw ostrożnie, potem wyraźniej, aż słońce i powietrze doszły do miejsca, które Monika zawsze trzymała schowane. Stała naga na plaży, zawstydzona do granic, z rozwartymi pośladkami przed klęczącą dziewczyną.
Ania zwilżyła palec śliną i położyła go wprost na odbycie. Monika zacisnęła się odruchowo. Palec zatoczył małe koło, rozprowadził wilgoć po zaciśniętym otworze i wcisnął odrobinę śliny do środka.

Zanim zdążyła to zrozumieć, poczuła zimno.

Czubek korka przywarł do odbytu. Metal był twardszy i chłodniejszy niż palec. Ania przytrzymała ją za biodro i zaczęła naciskać. Najpierw tylko opierała główkę o ciasny otwór. Potem wciskała. Monika ściągnęła pośladki i spróbowała odsunąć się do przodu.

— Nie… — wydusiła.

Ania nie odpuściła. Nacisk był coraz silniejszy. Główka rozpychała odbyt milimetr po milimetrze, śliska, obła, nieubłagana. Monika sapnęła. Palce wpiły się w puste powietrze, bo nie miała się czego złapać. Wstyd palił ją mocniej niż rozciąganie. Czuła, że stoi nago, że ktoś może spojrzeć z daleka, i że Ania i tak nie przestanie.

Korek wchodził coraz głębiej. Ciasny pierścień najpierw bronił się, potem ustępował, piekąc i pulsując wokół metalu. Ania wcisnęła mocniej. Jeszcze mocniej. Przez sekundę opór był największy — szeroka główka rozpierała ją na granicy.
Potem korek wszedł.

Wskoczył do środka jednym, mokrym, ostatecznym ruchem i został zatrzymany przez krążek. Odbyt zacisnął się za główką i wessał przedmiot głęboko, mocno, jakby sam nie chciał go oddać. Monika jęknęła. Zimny, ciężki metal wypełnił ją od środka. Stała naga, z korkiem w pupie, spłoniona ze wstydu, i czuła każde jego milimetry.

— Opss.

Uśmiechnęła się Ania.

— Ale się zassał. Nie wiem, jak go teraz wyciągniemy.

Monika nie potrafiła odpowiedzieć. Stała naga, z rozchylonymi trochę nogami, i czuła ten przedmiot o wiele wyraźniej, niż była gotowa przyznać. To nie był tylko obcy kształt w odbycie. Metal wypełniał ją głęboko, długi, ciężki, twardy. Sięgał dalej, niż się spodziewała. Naciskał od środka na brzuch, na całe ciało, na oddech. Przy każdym spięciu mięśni korek poruszał się w niej minimalnie i przypominał, że już tam jest.

Wstyd uderzył ją falą. Potem upokorzenie. A pod spodem, nisko, tam gdzie nie chciała tego czuć, rosło ostre, mokre podniecenie. Stała na plaży z zatyczką wsuniętą głęboko w pupę i nie wiedziała, co z tym zrobić. Wiedziała tylko, że Ania uśmiecha się nadal, a ona nawet nie próbuje się schylić i wyjąć tego sama.

Ania spojrzała na nią z uśmiechem, trochę z góry, jakby oglądała skutek własnej roboty.

— Zrobiłaś się mokra jak zwykła dziwka. I pomyśleć, że wystarczyło wsadzić ci coś w tyłek.
Monika nie zdążyła zasłonić się ręką. Między udami naprawdę było mokro. Korek siedział w niej głęboko, ciężki, obcy, i przy każdym oddechu przypominał o sobie.

Ania wyjęła telefon.

— Teraz pozuj. Chcę widzieć cię całą. Twarz i tyłek.

— Miałaś oddać zdjęcia — zaprotestowała Monika. — Nie robić więcej.

Ania nawet nie podniosła oczu znad ekranu.

— Nie żartuj.

Pierwsze zdjęcie zrobiła od razu. Monika stała jeszcze sztywno, naga, z rumieńcem na twarzy i dłońmi, które nie wiedziały, czy iść w dół, czy zostać wzdłuż ciała. Ania podeszła bokiem.

— Odwróć się.

Potem, ciszej:

- Pochyl się.

Monika odwróciła się. Pochyliła. Pośladki rozeszły się same, a między nimi błysnął krążek korka. Migawka kliknęła jeszcze raz. I jeszcze. Ania kazała jej spojrzeć przez ramię. Potem stanąć bokiem. Potem znowu przodem, z rękami za plecami, żeby nic nie zasłaniało piersi ani gładkiego krocza.

Monika protestowała już tylko oddechem. Ciało robiło swoje wcześniej niż duma. Ustawiała barki. Odchylała biodra. Unosiła twarz, choć oczy miała pełne wstydu. Pozowała mimowolnie, jakby Ania trzymała ją nie telefonem, tylko tym, co siedziało w niej od środka.

Ania krążyła. Klękała. Wstawała. Zdjęcia szły jedno po drugim: twarz, piersi, mokra cipka, rozchylone pośladki, metal w jej pupie. Na plaży pachniało solą i ciepłem, a Monika słyszała tylko te krótkie kliknięcia i własny, zbyt płytki oddech.

Ania schowała telefon na sekundę i spojrzała jej na twarz, potem niżej.

— I widzisz. Nie bolało. A do tego cię to podnieca.

Monika nie zaprzeczyła. Stała naga, z korkiem głęboko w sobie, i czuła, że między nogami jest mokro od samego stania w tej pozie.

— Zrobię ci tę przyjemność — powiedziała Ania ciszej. — Bo wiem, że tego pragniesz. Tylko nie
powiesz.

Monika otworzyła usta.

— Zdjęcia…

— Odzyskasz. Może. Po powrocie do Warszawy. Jeśli będziesz się słuchać.

Spróbowała protestować. Że tak nie było umówione. Że miała je dostać dziś. Ania zbyła to jednym ruchem ręki, jak muchę.

— Kiedy miałaś orgazm ostatni raz?

Monika spuściła wzrok.

— Nie pamiętam dokładnie. Sama. Ze dwa, trzy tygodnie temu.

Ania uniosła brwi, naprawdę zdziwiona.

— Tak rzadko to robisz?

Monika nic nie odpowiedziała.

— To się zmieni. Ale na razie koniec dyskusji. Chcę więcej zdjęć.
Telefon wrócił na wysokość twarzy. Tym razem Ania nie kazała jej stać prosto. Podeszła bliżej i ustawiała ją dłońmi, krótko, konkretnie.

— Na kolana.

Monika uklękła na piasku. Kolana rozsunęły się same. Ania stanęła nad nią i zrobiła zdjęcie z góry: twarz uniesiona, piersi odsłonięte, brzuch napięty, korek niewidoczny, a wstyd bardzo.

— Teraz na czworaka.

Monika pochyliła się. Dłonie wpiły się w ciepły piasek. Pośladki uniosły się wyżej, rozchylone, i metalowy krążek błysnął między nimi. Ania klęknęła z tyłu i fotografowała z bliska. Najpierw całe plecy. Potem sam tyłek. Potem to ciasne miejsce, w którym korek siedział jak znak.

— Spójrz na mnie.

Monika odwróciła głowę przez ramię. Włosy miała krótkie, twarz rozpaloną, usta lekko otwarte. Migawka kliknęła w tej sekundzie, w której nie zdążyła jeszcze ułożyć miny.
Ania kazała jej położyć się na plecach. Nogi ugięte, stopy na piasku, kolana na zewnątrz. Czarny kostium leżał obok, zbędny. Ania stanęła między jej kolanami i zrobiła serię zdjęć z bardzo bliska: gładka, mokra cipka, małe piersi, twarz, która już nie umiała udawać obojętności.

— Przytrzymaj się za kolana. Rozchyl się.

Monika zrobiła to. Wstyd szedł jej po brzuchu w dół, a ciało i tak słuchało. Ania fotografowała wolno, dokładnie, jakby miała czas i prawo. Każde kliknięcie było jak kolejny palec na niej. Monika oddychała płytko i czuła korek od środka przy każdym zdjęciu, przy każdym rozchyleniu, przy każdym „jeszcze tak”.

Ania nie mówiła już wiele. Tylko ustawiała. I robiła zdjęcia coraz intymniejsze, aż Monika przestała rozumieć, czy pozuje, żeby skończyć, czy dlatego, że nie potrafi przestać.

— Wystarczy.

Ania podeszła. Monika leżała jeszcze na plecach, z rozchylonymi kolanami, z korkiem głęboko w sobie i z taką pustką między nogami, że prawie bolała. Miała ochotę, żeby Ania wreszcie ją dotknęła. Żeby włożyła palce, przycisnęła łechtaczkę, doprowadziła do orgazmu i skończyła to napięcie, które rosło od wczoraj. Ania stanęła blisko. Na tyle blisko, żeby Monika poczuła jej cień. I nie dotknęła.

— Wiem, co myślisz — odezwała się nagle. — Chciałabyś, żebym cię wymacała. Żebym zrobiła ci orgazm.

Uśmiechnęła się krótko.

— Ale jestem hetero. Lubię tylko takie uległe szmatki jak ty. Nie martw się. Coś ci pokażę.

Wyjęła telefon. Odwróciła ekran. Zaczęła przewijać.
Zdjęcia szły jedno po drugim. Młodzi faceci. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat, nie więcej. Krótkie włosy, ramiona, brzuchy. Większość naga. Na kolejnych kadrach mieli już twarde, naprężone penisy, trzymane w dłoni albo zostawione tak, żeby było widać wszystko. Ania nie przyspieszała. Dawała Monice czas, żeby każde zdjęcie zdążyło opaść.

— Poznaj moich znajomych.

Monika odwróciła twarz. Rumieniec wszedł jej aż na szyję.

— Nie…

— Jak będziesz chciała odzyskać zdjęcia, udowodnisz mi, że jesteś oddana. Zaprezentujesz się nago
przed nimi wszystkimi.

Monika pokręciła głową. Głos miała cienki, załamany.

— Nie potrafię. To za dużo. Wstydzę się. Nie znam ich. Nie mogę stanąć naga przed bandą obcych chłopaków.

Ania nie podniosła tonu. Przewinęła jeszcze jedno zdjęcie i zostawiła je na ekranie.

— Wczoraj klęczałaś na plaży i połykałaś spermę. Dziś masz korek w dupie i pozujesz mi do zdjęć.
A teraz nagle nie potrafisz?
Monika zasłoniła twarz dłonią. Palce jej drżały.

— To coś innego. Wtedy byliście wy. Teraz… tylu. Będą patrzeć. Będą oceniać.

— Właśnie o to chodzi — powiedziała Ania spokojnie. — Że będą patrzeć. Ty sama przed chwilą
powiedziałaś, że cię to kręci.

Cisza. Monika oddychała płytko. Między udami było mokro, korek naciskał od środka, a na ekranie telefonu nadal stał nagi, młody chłopak z twardym kutasem w dłoni. Chciała powiedzieć nie. Chciała wstać, ubrać się, skończyć.

Zamiast tego spuściła rękę z twarzy.

— Tylko… nago? Nic więcej?

Ania wzruszyła ramieniem.

— Na początek nago. Resztę zobaczymy, jak się sprawdzisz.

Monika zamknęła oczy. Kiwnęła głową. Cicho, niechętnie, z rumieńcem, który nie schodził.

— Dobrze.

To słowo wyszło z niej jak kolejne zdjęcie: za późno, żeby je cofnąć, i wystarczająco wyraźne, żeby Ania je zachowała.

— Teraz kolej na ciebie. Popatrzysz sobie.

Ania odblokowała telefon i napisała krótko. Nie minęło wiele czasu, a na horyzoncie pojawił się Marek. Szedł w kąpielówkach, szybko, jak ktoś, kto dostał konkretne wezwanie. Stanął przy nich. Spojrzał na nagą Monikę, na korek, którego krążek było widać, kiedy się odwróciła, i zaraz spuścił oczy na Anię.

— Jesteś gotowy?

Pokiwał głową.

Ania ściągnęła mu kąpielówki do kolan jednym ruchem. Penis był już twardy, obrzezany, z odsłoniętą żołądźią. Ujęła go u nasady i wzięła do ust. Od razu intensywnie. Wessała żołądź, język zatoczył mokre koło, głowa poszła do przodu i do tyłu. Ślina zbierała się jej w kącikach ust. Marek sapnął. Dłonie miał zaciśnięte, biodra sztywne.

Monika patrzyła z dołu, naga, z rozchylonymi nogami i korkiem, który przy każdym oddechu przesuwał się w niej od środka. Nie powinna była tego chcieć. Chciała. Gardło miała suche, a cipkę mokrą. Wzrok leciał jej na usta Ani, na mokrą żołądź, na to, jak cudzy penis znika i pojawia się znowu.

Ania oderwała się od niego, zostawiając nitkę śliny.

— Chciałabyś mu obciągnąć?

Monika przełknęła i kiwnęła głową za szybko.
Ania uśmiechnęła się i znowu wzięła go do ust. Ssąc, spojrzała na Monikę. Potem puściła żołądź z
cichym, mokrym dźwiękiem.

— A chciałabyś, żeby cię zerżnął? Żeby zrobił ci orgazm?

Monika nie odpowiedziała od razu. Piersi unosiły się za szybko. Uda zjechały jej jeszcze trochę na zewnątrz. W oczach było widać, że tak. Że po tych dniach bez orgazmu, po korku, po zdjęciach, po byciu oglądaną i nietkniętą, wzięłaby go teraz. Wzięłaby go do ust. Rozchyliłaby nogi. Dałaby się przelecieć na tym piasku, byle ktoś wreszcie ją doprowadził do końca.

— Tak — wydusiła.

Ania wróciła do niego. Ssanie było już szybsze, ciaśniejsze, głębokie przy żołędzi. Marek zacisnął szczękę. Było widać, że długo nie wytrzyma. Kiedy Ania wyjęła go z ust, penis był mokry, ciemny, napięty, z kroplą na czubku. Monika uniosła się, jakby sama miała po niego sięgnąć.

— Mówiłam ci — rzuciła Ania. — To mój facet. I się nim nie dzielę.

Monika zamarła.

— Na kolana. Język na wierzch.

Uklękła. Otworzyła usta. Język wyszedł sam. Ania puściła penisa tylko na moment; od jej dolnej wargi do mokrej żołędzi ciągnęła się jeszcze cienka nitka śliny i jego wydzieliny, błyszcząca, klejąca, zanim pękła. Potem ujęła go dłonią i skończyła mu szybko, krótko, pewnie. Marek sapnął i doszedł.

Sperma trysnęła gorąca, gęsta, prosto na usta Moniki. Na język. Na brodę. Kolejny strumień uderzył w dolną wargę i spłynął jej po twarzy. Ania nie odsunęła go od razu. Przytrzymała mięknący penis nad otwartymi ustami Moniki i ścisnęła trzon od nasady ku żołędzi, wyciskając resztki. Jeszcze jedna, gęstsza kropla spadła Monice na język.

— Połknij. Wszystko.

Monika przełknęła. Słona, ciepła sperma zeszła jej do gardła. Ania ścisnęła jeszcze raz, dokładniej, aż na czubku nie zostało nic.

Dopiero wtedy zobaczyła, że dłoń Moniki zniknęła między udami. Palce pracowały szybko, mokro, po cipce, jakby ciało samo chciało dostać to, czego Ania jej nie dawała.

Ania chwyciła ją za nadgarstek i odciągnęła rękę.

— Co ty robisz? Nie pozwoliłam ci.

Monika uniosła mokre palce, zawstydzona, z twarzą pełną spermy i z korkiem, który nadal siedział w niej głęboko. Oddychała płytko. Orgazmu nie dostała. Dostała tylko zakaz.

Ania puściła jej nadgarstek i otarła kciukiem kącik ust Moniki, jakby sprawdzała, czy na pewno nic nie zostało na zewnątrz.

— Chyba powinnam zacząć nazywać cię spermopijką.

Zaśmiała się krótko, bez ciepła.

— Przyznam, że podoba mi się, jak łykasz spermę. Niby się wstydzisz, a wypijasz wszystko jak posłuszna suka.

Monika tylko pokiwała głową. Klęczała nadal naga, z twarzą lepką, z dłonią, której nie wolno było wrócić między nogi.

— Mogę wyciągnąć korek? — zapytała cicho. — Bardzo mnie uwiera.
Sprzeciw przyszedł od razu.

— Nie. Wyciągniesz go sobie sama. W domu. Ja nie muszę na to patrzeć.

Ania zaśmiała się znowu i odwróciła do Marka. On stał z kąpielówkami w dole ud, jeszcze miękki, jeszcze mokry, i patrzył na Monikę dłużej, niż powinien.

— A ty podciągaj. Co się tak na nią gapisz?

Marek sięgnął po materiał.

— Parę razy nim poruszałam i od razu się spuściłeś takiej starej lasce do ust. Chyba cię podnieca.

Marek ani nie zaprzeczył, ani nie potwierdził. Podciągnął kąpielówki i spuścił wzrok. Cisza powiedziała za niego wystarczająco.

Monika wstała z piasku. Kolana miała czerwone, uda lepkie, na brodzie i na piersiach schła jeszcze sperma. Ania sięgnęła do plażowej torby, wyjęła chusteczkę i podała jej ją bez ceremonii.

— Wytrzyj się. Cała jesteś w spermie.

Monika przetarła usta, brodę, szyję. Chusteczka zrobiła się mokra od razu. Korek nadal siedział w niej głęboko i przy prostowaniu się przesunął tak, że musiała zacisnąć zęby.

Ania już miała w ręku telefon.

— Daj mi swojego Facebooka. Dodasz mnie do znajomych.

Monika pokręciła głową ostro.

— Nie. Tego nie. Zdjęcia to jedno. Facebook to mąż, rodzina, praca. Nie.

Ania nawet nie podniosła głosu.

— Daj. Albo zdjęć nie odzyskasz.

— To szantaż.

— To wybór.

Monika stała naga, z chusteczką w dłoni i z korkiem, który uwierał przy każdym oddechu. Próbowała jeszcze raz. Że to za daleko. Że Ania i tak ma za dużo. Że Facebook zostawi jej ślad tam, skąd nie da się już wyjść. Ania słuchała tego spokojnie i powtarzała to samo, aż opór zaczął się kruszyć nie z przekonania, tylko ze zmęczenia.

— Nie będę wchodzić do ciebie na ścianę — powiedziała wreszcie Ania. — Nie napiszę do twojego męża. Nie wrzucę nic. Potrzebuję tego tylko jako motywacji. Żebyś była bardziej posłuszna. Bardziej uległa.

Monika milczała.

— W Warszawie poznasz moich znajomych. Zaprezentujesz się, jak mówiłam. Jeśli będziesz posłuszna, oddam ci zdjęcia.

Dłoń Moniki drgnęła. Potem, cicho, podała imię i nazwisko. Ania wpisała, znalazła profil i uniosła ekran.

— Ta?

Monika spojrzała. Własna twarz. Zwyczajne zdjęcie. Ubrana. Uśmiechnięta. Obok męża.

Kiwnęła głową.

Ania wysłała zaproszenie.

— Teraz zaakceptujesz. Jeszcze tu, przy mnie.

Monika wzięła swój telefon mokrymi palcami i kliknęła. Zostały znajomymi. Na plaży, naga, z resztkami spermy w kąciku ust i z metalem w sobie. Ania schowała telefon do torby, jakby załatwiła zwykłą sprawę.

Ania tym razem mówiła już tylko do niej, spokojnie, prawie zwyczajnie.

— Wiesz co? Naprawdę zachowujesz się jak uległa dziwka. Ja bym sobie nigdy nie pozwoliła, żeby obcy facet spuścił mi się do ust. Jeszcze przy swojej dziewczynie. I żebym nawet nie mogła go dotknąć.

Przejechała wzrokiem po nagim ciele Moniki, po resztkach spermy w kąciku ust, po dłoń, której nie wolno było wrócić między nogi.

— Ale rozumiem cię. Że czerpiesz z tego podniecenie. Mnie podnieca patrzenie na ciebie, jak dajesz się tak poniżać.

Monika nic nie powiedziała od razu. Wzrok jej uciekł, potem wrócił, jakby nie miała prawa schować twarzy. Rumieniec wszedł jej na szyję i na piersi. Korek w niej leżał ciężko, a między udami znowu zrobiło się mokro, właśnie od tych słów. Wstyd była ostry, prawie fizyczny. Razem z nim szło to drugie: że Ania nazwała ją wprost i że to nie oburzyło jej tak, jak powinno.
Przełknęła. Palce zacisnęła na zmiętej chusteczce.

Chciała powiedzieć, że to nieprawda. Że się zagalopowała. Że jutro już tu nie przyjdzie. Zamiast tego stała naga i kiwała głową tak lekko, że prawie dało się to przeoczyć. Jakby ciało potwierdzało szybciej niż ona. Jakby poniżenie, które Ania właśnie jej podała, weszło w nią tak samo głęboko jak metal i tak samo nie chciało wyjść.

Ubieraj się.

Ania rzuciła jej sukienkę, kostium zostawiła w torbie. Monika wciągnęła materiał na nagie ciało. Cienka tkanina obcisnęła piersi i brzuch. Korek siedział w niej głęboko; kiedy się prostowała, krążek nacisnął od środka i musiała na chwilę stanąć.

— W domu nie wyjmujesz — powiedziała Ania, już pakując ręcznik. — Dopiero jak dostaniesz ode mnie
pozwolenie na Messengerze. Nie wcześniej.

Monika kiwnęła głową. Innego wyjścia nie było.
Marek zebrał rzeczy. Ania zarzuciła torbę na ramię i odeszła pierwsza, nawet się nie oglądając. Monika została sama na piasku. Wsunęła klapki, przycisnęła torbę do boku i ruszyła w stronę apartamentów. Każdy krok przesuwał metal w odbycie. Sukienka oblepiała ją od potu. Mijała ludzi. Uśmiechała się byle jak i zaciskała pośladki, żeby korek nie zrobił pod materiałem zbyt wyraźnego kształtu.

Mąż był na tarasie, jak rano. Uniósł wzrok znad książki.

— Długo cię nie było. Plaża dobra?

— Spokojna — skłamała. — Mało ludzi.

Weszła bliżej. On objął ją w pasie i, całkiem zwyczajnie, położył dłoń na jej pośladku. Ścisnął. Monika zesztywniała. Korek poruszył się w niej od tego ucisku, głęboko, obolałe. Przez sekundę była pewna, że wyczuje twardy krążek pod sukienką.

Nie wyczuł. Pogłaskał ją jeszcze raz i puścił.

— Idziemy wieczorem gdzieś, czy zostajemy?

— Zostańmy — powiedziała za szybko. — Jestem zmęczona.

Wzięła prysznic dopiero od pasa w górę. Wody między nogi prawie nie puściła. Bała się, że przy myciu korek wyjdzie albo że zacznie wyjmować go bez pozwolenia. Usiedli potem do kolacji. On mówił o jutrzejszej wycieczce. Ona kiwała głową i siedziała na krześle bokiem, bo na wprost bolało. Telefon leżał obok talerza ekranem w dół.

Wiadomość przyszła dopiero wieczorem, kiedy on już wszedł pod prysznic.
Ania:

Możesz wyjąć.

I niżej, od razu:

Po powrocie do Warszawy podam ci datę i miejsce. Przyjdziesz.
Monika wstała tak, żeby nie skrzypnąć krzesłem, i zamknęła się w łazience. Sukienka spadła na kafelki. Stanęła nad sedesem, pochyliła się i sięgnęła między pośladki. Krążek był śliski od potu i od tego, jak długo siedział w środku. Palce ześlizgnęły się raz i drugi. Odbyt był obolały, opuchnięty, ciasny wokół metalu.

Pociągnęła.

Piekło. Główka opierała się od środka, za szeroka, żeby wyjść od razu. Monika zacisnęła zęby, oparła czoło o ścianę i pociągnęła mocniej. Korek ruszył się milimetr po milimetrze, rozpychając obolały otwór od środka na zewnątrz. Jęknęła cicho w kafelki. Potem, jednym, mokrym, bolesnym ruchem, główka przeszła i ciężki metal wypadł jej w dłoń.

Została pusta i bolała.

Na brzegu wanny usiadła nago, z zatyczką w ręku i z telefonem, w którym Ania już milczała. Warszawa nie była już potem. Była terminem.

Zatyczka wypadła jej z dłoni do zlewu. Została pusta, obolała, mokra. I tak napięta, że nogi miękły.

Sięgnęła po oliwkę. Kilka kropli na palce. Zapach był zwyczajny, łazienkowy, prawie niewinny. Usiadła szerzej na brzegu wanny i położyła śliskie palce na nabrzmiałej łechtaczce. Była twarda, wystająca, tak wrażliwa, że pierwszy dotyk zagiął ją w pół. Przez dwa dni nikt jej nie doprowadził do końca. Ania tylko ustawiała, fotografowała, zabraniała. Teraz ciało wzięło to sobie samo.

Masowała cipkę szybko, ciasno, po kółku. Oliwka rozeszła się po wargach i po łechtaczce, mokre dźwięki były za głośne w małej łazience. Druga dłoń wpiła się w kafelki. Odbyt, pusty i obolały, zaciskał się w pustkę przy każdym ruchu palców, jakby nadal szukał metalu.

Wybuchła nagle.

Orgazm wszedł w nią głęboko, długo, falami. Skurcze przeszły od łechtaczki w dół brzucha i dalej, aż po obolały odbyt, który zaciskał się rytmicznie, piekąc i pulsując. Jęknęła w dłoń. Uda zadrżały. To nie była krótka ulga. Trwało. Druga fala przyszła na pierwszej, trzecia zanim zdążyła złapać oddech. Palce zostawiła na cipce, bo ciało samo jeszcze tego chciało.

Potem usiadła, naga, z oliwką na udach i z pulsem, który schodził powoli.

Dopiero wtedy zrozumiała. To, co Ania zrobiła jej przez te dwa dni — nagość, sperma na twarzy, korek, zakaz, wstyd przy mężu — dało jej największe podniecenie, jakiego doznała. I największe upokorzenie. A orgazm nigdy przedtem nie był tak intensywny. Nie przy mężu. Nie samej. Nigdy.

..... co zdarzyło się w warszawie ???!! zostaw lajka ja będzie ich trochę to dopisze...
 
Kobieta

julita38

Nowicjusz
Minął prawie tydzień od powrotu do Warszawy. Monika wróciła do pracy, jeździła tramwajem, jadła kolację z mężem i kładła się spać o zwykłej porze. Korek schowała na dnie szafki, pod ręcznikami. Ania nie pisała. Monika mimo to sprawdzała Messenger częściej, niż chciała: najpierw co godzinę, potem rano i wieczorem, a wreszcie tylko wtedy, gdy mąż wychodził z kuchni.

Wiadomość przyszła we wtorek, w środku dnia. Ania napisała, że Monika została przekazana. Jeśli chce zdjęcia, ma kontakt do Jowity. Ma czekać na kontakt. Ania tych zdjęć już nie ma. Tyle. Monika siedziała przy biurku i czytała to jeszcze raz. Nie zaproszono jej nigdzie. Nie pytano, czy się zgadza. Przekazano ją dalej, jak sprawę, która przestała kogoś obchodzić.

Kliknęła nowy kontakt. Profil był prawie pusty. Zdjęcie twarzy, imię Jowita. Kobieta po czterdziestce, ze czterdzieści pięć albo czterdzieści osiem lat, szczupła, dość ładna, z ciemnymi włosami i czarną bluzką. Zwyczajna. Taka, którą można minąć na ulicy i nie zapamiętać. Monika długo układała wiadomość. W końcu napisała, że nazywa się Monika, że Ania podała jej ten kontakt i że chce odzyskać zdjęcia. Wysłała i odłożyła telefon.

Przez kilka godzin nikt nie odpisał. Monika próbowała pracować, piła herbatę i sprawdzała ekran. Myślała, że to pomyłka, że Ania jeszcze się odezwie, że nikt nie odbierze. Odpowiedź przyszła bez powitania. Dworcowa 73A. Dziś 16:00. Spojrzała na zegarek. Zostało mało czasu. Adres był zwykły, godzina też. Nikt nie pytał, czy może przyjść. Nikt nie napisał, że nie musi. Wstała, wzięła torebkę i jeszcze raz spojrzała w telefon. Ania milczała. Jowita podała tylko miejsce i godzinę.

Wyszła z pracy kwadrans za wcześnie i przez całą drogę miała wrażenie, że spóźnienie byłoby łatwiejsze niż punktualność. Tramwaj był pełny, potem została krótka ulica przy dworcu, za głośna i za zwyczajna na to, po co jechała. Dworcowa 73A stała między sklepem i klatką, od której pachniało jedzeniem i kurzem. Monika poprawiła torebkę, spojrzała w telefon, chociaż nie było tam nic nowego, i weszła po schodach.

Na drzwiach nie było nazwiska, tylko numer. Poczekała chwilę, jakby jeszcze mogła zejść. Potem zadzwoniła.

Jowita otworzyła dość szybko. Miała czterdzieści kilka lat, szczupłą twarz i ciemne włosy zaczesane do tyłu. Na sobie czarną, obcisłą sukienkę do kolan, z wycięciem wystarczająco głębokim, żeby było widać linię piersi, ale jeszcze na tyle zwyczajnym, że dało się to wytłumaczyć wyjściem do miasta. Na szyi cienki łańcuszek, w uszach małe kolczyki, na ręce zegarek. Szpilki były wysokie, czarne, i na cichym dywanie i tak było słychać, jak do niej podeszła. Spojrzała na Monikę tak, jak się patrzy na kogoś, kogo się spodziewano.

— Monika?
— Tak.
— Wejdź.

Przedpokój był wąski. Za nim korytarz, drzwi do małego pokoju i łazienki, a dalej już duże pomieszczenie. Żaluzje w oknach były przysłonięte tylko trochę, więc dzień wpadał do środka przygaszony, nie ciemny. Pod ścianami stały sofy, na środku leżał gęsty, przyjemny dywan. Pachniało kawą i czystą tkaniną. Nic tu nie wyglądało na pułapkę. Właśnie dlatego Monika zatrzymała się na dywanie dłużej, niż powinna.

Jowita zamknęła drzwi od korytarza. Łańcuszek błysnął, kiedy przekręciła klucz.

Jowita usiadła na sofie przy ścianie, nogę zarzuciła na nogę, i dopiero wtedy Monika zobaczyła, jak bardzo nie pasuje do tego pomieszczenia. Sama miała na sobie to, w czym rano wyszła do biura: jasną koszulę, cygaretki, marynarkę, niskie czółenka. Zwyczajny strój do pracy. Obrączka, zegarek, torebka jeszcze w dłoni. Stała na dywanie jak wezwana do gabinetu, tylko nikt nie podał jej krzesła.

Jowita sięgnęła po tablet leżący na niskim stoliku. Ekran zapłonął i Monika od razu poznała własne ciało. Plaża. Słońce. Ona naga na kolanach, potem odwrócona, potem z rozchylonymi udami, z twarzą, której nie chciała oglądać. Jowita nic nie powiedziała. Przewijała zdjęcia jednym palcem, wolno, jedno po drugim, jak dokumenty. Czasem zatrzymywała kadr dłużej, czasem iść dalej bez pośpiechu. Szpilka kołysała się lekko. Łańcuszek na szyi nie drżał.

Monika czuła ciepło na twarzy i ciężar marynarki na ramionach. Chciała powiedzieć, że przyszła po te zdjęcia, że to pomyłka, że Ania nie miała prawa. Zamiast tego stała i słuchała cichego przesuwania palca po szkle. W dużym pokoju było słychać tylko to i swój własny oddech. Jowita nie uniosła oczu. Oglądała ją najpierw na ekranie, jakby żywa Monika mogła poczekać.

W końcu Jowita podniosła oczy. Tablet zostawiła na kolanie, na ostatnim zdjęciu, i przez chwilę patrzyła już nie w ekran, tylko w kobietę w marynarce, która stała na jej dywanie.

— Uległość. Posłuszeństwo. Oddanie. Bez względu na to, czy się wstydzisz, czy nie. Nie lubię odmów. Masz zwracać się do mnie „pani Jowita” albo „proszę pani”. Ania oddała mi te zdjęcia i powiedziała, że podnieca cię uległość. Że zrobisz za nie wiele. Jeżeli będziesz posłuszna, odzyskasz je. Co ty na to?

Głos miała spokojny, prawie urzędowy. Przez to zdanie o Ani padło ciężej niż krzyk. Monika przełknęła i zaczęła mówić za szybko, jak w pracy, kiedy trzeba sprostować pomyłkę. Że to nie tak. Że Ania przesadziła. Że na plaży stało się coś, czego nie planowała, i że nie jest kobietą, która komuś służy. Że ma męża, pracę, zwykłe życie, i przyjechała tylko po to, żeby te zdjęcia zniknęły.

Jowita słuchała bez przerywania. Palcem przesunęła ekran i znowu pokazała jej twarz z Grecji, uniesioną, zbyt szczerą, żeby dało się ją nazwać pomyłką. Nic nie dodała. Zostawiła kadr między nimi i czekała.

Monika zamilkła. Marynarka nagle była za ciepła. Mogła wyjść. Drzwi były za plecami. Zamiast tego skinęła głową, najpierw ledwie, potem wyraźniej.

— Dobrze — powiedziała ciszej. — Zgadzam się. Jeśli je odda pani… jeśli będę posłuszna.
Jowita poprawiła się na sofie. Łańcuszek błysnął.

— Nie „pani”. Pani Jowita. Albo proszę pani. Od początku.

Monika wciągnęła powietrze.

— Tak, proszę pani.

Na tablecie nadal leżała naga. W dużym pokoju zostało tylko to zdanie i cisza po nim.

— No dobrze — powiedziała Jowita. — Marynarka. Koszula. Spodnie. Rozbieraj się do samej bielizny.

Monika zdjęła najpierw marynarkę i położyła ją na brzegu sofy. Potem rozpięła koszulę od góry. Jasny materiał zsunął się z ramion i zostało na niej zwykłe, beżowe body, takie do pracy. Rozpięła spodnie, zsunęła je w dół i zdjęła buty. Została w biustonoszu i majtkach, w obrączce i zegarku, na środku dywanu. Jowita nawet nie skinęła, że może usiąść.
— Obróć się.

Monika odwróciła się wolno. Czuła wzrok na plecach i na zapięciu stanika. Za sobą usłyszała szelest kartki. Jowita coś zapisała w notatniku.

— Teraz do naga.

Monika wiedziała, że musi. Wstyd uderzył od razu, a ręce i tak poszły do pleców. Zapięcie puściło, biustonosz zsunął się w dół i odsłonił niewielkie piersi. Majtki ściągnęła po udach i została naga. Szczupła, z krótkimi ciemnymi włosami i czerwonymi policzkami. Między nogami miała cipkę już nie całkiem wygoloną: pod światło było widać krótki, odrastający cień włosków.

Jowita zmrużyła oczy.

— Piersi małe. Talia dobra. To zostawiamy.

Uniosła długopis i wskazała nim prosto między jej nogi.

— A to nie. Niewygolona. Zawsze masz być przygotowana. Wydepilowana do zera. Cipka i tyłek. Nie przychodzisz do mnie z odrastającymi włosami.

Monika spuściła wzrok. Wstyd zgęstniał, bo nagość była jedno, a ta uwaga drugie. Długopis nie dotknął skóry, a i tak poczuła się poprawiona jak uczennica.

— Teraz tyłem. Pochyl się. Pośladki szeroko.

Odwróciła się, pochyliła i rękami rozchyliła pośladki. Twarz miała blisko dywanu. Między nimi też było widać ten sam krótki cień.

— To samo. Ma być gładko. Do zera. Zapamiętaj.

— Stań przodem.

Wyprostowała się i odwróciła. Ręce zostawiła wzdłuż ciała. Jowita siedziała na sofie, nogę za nogą, i patrzyła na nią całą: na twarz, na małe piersi, na wąską talię i na cipkę, której nie uznała za gotową. Na tablecie obok leżały zdjęcia z Grecji. Przed nią stała żywa Monika, naga i już skarcona.

Ania, wysyłając mi twoje zdjęcia i kontakt, powiedziała, że zachowujesz się jak typowa dziwka. Nie przepadam za tym słowem. Można znaleźć inne. Może mi wytłumaczysz, dlaczego tak o tobie powiedziała.

Monika stała naga i długo nie mogła zebrać głosu. Palce splotła przed sobą, potem je opuściła, bo nie było czym zasłonić cipki, której Jowita przed chwilą nie uznała za gotową.
— Bo… mimo że jestem mężatką, pozwoliłam, żeby obcy mężczyzna wytrysnął mi na twarz. I łykałam jego spermę. Czułam się upokorzona. I wykorzystana. A mimo to byłam podniecona. Sama siebie za to źle oceniam. Ale chcę być szczera.

Powiedziała to ciszej pod koniec, ze wzrokiem w dywanie. Wstyd miał smak tamtej plaży: słony, gęsty, nadal zbyt bliski.

Jowita słuchała bez zmiany miny i nagle powiedziała.

— Obróć się.

Monika odwróciła się tyłem. Usłyszała, że Jowita po coś sięga. Potem tylko świst. Siarczyste uderzenie spadło jej na prawy pośladek tak mocno, że ciało samo odskoczyło do przodu. Krzyknęła. Palący ból rozlał się po skórze od razu, ostry, gorący, jakby ktoś odcisnął na niej całą dłoń. Monika złapała się za tyłek i odwróciła, zszokowana, z otwartymi ustami. Na pośladku piekło tak, że oczy jej łzawiły. Jowita siedziała nadal spokojnie, tylko rękę miała jeszcze uniesioną.

— Zapomniałaś w trakcie używać odpowiedniej formy. Proszę pani. Nie zapominaj o tym.

Monika stała naga, z dłonią na piekącym pośladku i z sercem, które odeszło jej w gardło. Wstyd wrócił mocniejszy niż ból. Wymusiła z siebie głos.

— Przepraszam, proszę pani.

Jowita uniosła szpicrutę. Na końcu miała małą skórzaną kulkę i krótkie rzemyki. Skierowała ją prosto między nogi Moniki i lekkim ruchem, do przodu i do tyłu, wsunęła między wargi sromowe tak, że kulka osiadła na łechtaczce. Skóra była ciepła i już wilgotna. Kulka musnęła ją raz, drugi, wystarczająco wyraźnie, żeby Monikę przeszedł dreszcz od kolan aż po brzuch. Wiedziała, czym to pachnie. Wiedziała też, gdzie może spaść następne uderzenie, jeśli znowu się pomyli.

— Teraz zadam ci pytanie — powiedziała Jowita. — Odpowiesz szczerze i w prawidłowej formie. I pamiętaj, gdzie może zostać wymierzona następna kara.

Monika drżała cała. Szpicruta nie odeszła. Kulka leżała na łechtaczce jak ostrzeżenie.

— Opowiedz mi o połykaniu spermy. Co czułaś. Czy czułaś się naprawdę jak dziwka. I co w sytuacji, gdybyś miała tej spermy połknąć więcej niż raz.

Monika wciągnęła powietrze. Głos miała nierówny, ale formę utrzymała.

— Proszę pani… na plaży kazała mi uklęknąć i otworzyć usta. Nie wolno mi było go dotknąć. Sperma spadła mi na twarz i na język. Była ciepła, gęsta, słona. Musiałam połknąć. Wstydziłam się bardzo. Czułam się upokorzona. I tak, proszę pani Jowito, czułam się wtedy jak dziwka. Mężatka na kolanach, z obcą spermą w ustach, przy jego dziewczynie. To było brudne. A jednocześnie byłam mokra. Podnieciło mnie to mocniej niż seks z mężem.

Kulka na łechtaczce przesunęła się odrobinę, kiedy nabierała powietrza.

— Gdybym miała połknąć więcej niż raz… — urwała i poprawiła się. — Proszę pani, chyba bym to zrobiła. Wstydziłabym się jeszcze bardziej. Myślałabym o mężu. I i tak bym otworzyła usta. Bo wtedy, na plaży, najgorsze nie było to, że łyknęłam. Najgorsze było to, że ciało tego chciało. Jeśli kazałaby mi pani Jowita zrobić to znowu, spaliła bym się ze wstydu. I pewnie znowu bym połknęła.

Jowita nie odsunęła szpicruty. Kulka została na łechtaczce Moniki i przesuwała się delikatnie do przodu i do tyłu, równo, bez pośpiechu. Skóra była już mokra, więc skóra po skórze schodziła łatwo, za każdym ruchem odrobinę mocniej. Monika stała nago, z piekącym pośladkiem i z dłońmi, które nie miały prawa zejść między nogi. Oddech złapała płytko. Kolana jej miękły.

— Widzisz. Jak chcesz, to potrafisz.

Jowita mówiła spokojnie, jakby tarła nie ją, tylko punkt na liście.

— Nie wiesz tego, ale prowadzę profesjonalny salon dominacji i uległości. Nie tylko dla kobiet. Też dla mężczyzn. Klienci są różni. Mniej i bardziej wymagający. Ale posłuszna suka taka jak ty zawsze jest w cenie.

Kulka nie przestawała się poruszać. Łechtaczka nabrzmiała, twarda, zbyt wyraźna pod tamtą małą skórzaną główką. Każde przesunięcie wysyłało dreszcz w brzuch i niżej, w uda, w obolały tyłek. Monika czuła, jak robi się jej coraz mokrej, wstydliwie, mimo słów o salonie, mimo obcych klientów, mimo tego, że dopiero co dostała pasem po pośladku. Podniecenie rosło razem ze strachem. Nie wiedziała, co znaczy „w cenie”. Czy ktoś ma na nią patrzeć. Czy ktoś ma jej użyć. Czy Jowita chce ją tu zostawić jak usługę. Obrazy przychodziły same i nie umiała ich odpędzić, bo ciało słuchało kulki, nie rozsądku.

— Proszę pani… — zaczęła i urwała, bo głos jej się zazgrzytał.
Jowita nie zdjęła szpicruty. Przesunęła kulkę jeszcze raz, wolniej, prosto po czubku.
— Stoisz i mokniesz, a jednocześnie boisz się tego, czego nie znasz. To dobry początek. Resztę też wytrzymasz. Albo nie. Wtedy zobaczymy, ile naprawdę warte są te zdjęcia.

Kulka chodziła po łechtaczce coraz pewniej i Monika poczuła, że orgazm jest blisko. Brzuch się spiął, uda zadrżały, oddech się urwał. Jowita odsunęła szpicrutę w tej samej sekundzie. Zostawiła ją mokrą, napiętą, z pulsem między nogami i z niczym.

— Stoisz. Rozmawiamy.

Monika kiwnęła głową, jeszcze za szybko.

— Tak, proszę pani.

— Jak często uprawiasz seks z mężem?

— Raz, czasem dwa razy w tygodniu, proszę pani.

— Myślisz wtedy o innych mężczyznach?

Zawahała się. Kulka już jej nie dotykała, a ciało i tak pamiętało.

— Czasem tak. Ostatnio… o tamtym z plaży. Proszę pani Jowito.

— Masz orgazmy przy nim?

— Rzadko. Częściej sama. Ostatnio w łazience Proszę pani.

— Obciągasz mu?

— Tak. Nie zawsze. Czasami, proszę pani.

— A tyłek? Wypinasz?

Monika poczerwieniała.

— Czasem tak. Proszę pani.

Jowita odłożyła szpicrutę na sofę i spojrzała na nią spokojnie, jakby domykała umowę.
— Od dziś seks z mężem tylko za moją zgodą. Orgazm też. Sama nie dochodzisz. On też cię nie doprowadza, dopóki ja nie pozwolę.

Monika otworzyła oczy szerzej.

— Proszę pani, to niemożliwe. On nic nie wie. Przecież żyjemy razem, nie mogę…
Świst przyszedł zanim skończyła. Uderzenie wpadło dokładnie w ten sam, jeszcze piekący pośladek. Monika krzyknęła i złapała się za tyłek, zgięta, z łzami w oczach od ostrego, podwójnego palenia.

— Nie lubię odmów. Musisz sie do tego to w sobie przezwyciężyć

Monika ciężko oddychała, wciąż trzymając pośladek.

— Przepraszam, proszę pani. Zgadzam się. Seks z mężem tylko za zgodą pani Jowity. Orgazm też. Tylko za zgodą.

Jowita zostawiła ją nagą, z ręką na piekącym pośladku i z ciałem, któremu odebrano koniec. Sama odchyliła się na sofie, rozłożyła nogi i podwinęła sukienkę. Pod spodem miała czarne, koronkowe majtki. Przez chwilę nic więcej nie zrobiła, tylko pozwoliła Monice to zobaczyć. Potem ściągnęła je najpierw z jednej nogi, potem z drugiej, i odłożyła na sofę. Między udami miała ładnie przystrzyżoną cipkę, z wąskim paskiem ciemnych włosków. Położyła palce na łechtaczce i zaczęła masować powoli, nie odrywając od Moniki wzroku.

— Wiesz, co podnieca mnie najbardziej?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani.

— Uległa suka, która się boi. I wstydzi. A jednocześnie moknie. Właśnie taka jak ty teraz. — Palce Jowity zeszły niżej i wróciły na czubek, równo, bez wstydu. — Stoisz, dostałaś dwa razy w ten sam tyłek, prawie doszłaś, zabroniłam ci męża i orgazmu, i nadal tu jesteś. W oczach masz strach. Na twarzy wstyd. A ciało i tak się zgadza. To mnie nakręca. Nie twoje piersi. Nie to, że się rozbierasz. Tylko ta chwila, w której chcesz uciec i nie uciekasz.

Sukienka została na biodrach. Szpilki nie zsunęły się z dywanu. Jowita masowała się dalej, spokojniej niż mówiła, jakby Monika była częścią tego ruchu.

— Dlatego będę podnosić poprzeczkę. Nie od razu. Ale będę. Nowe zasady. Nowe pytania. Nowe
rzeczy, których się przestraszysz i które i tak zrobisz, bo zdjęcia wiszą, a ty już kiwnęłaś głową. Lubię patrzeć, jak wstyd i podniecenie biją się w tobie, aż zostaje tylko posłuszeństwo. I lubię sprawdzać, ile jeszcze zniesiesz, zanim powiesz, że to za dużo.

Jowita nie przyspieszyła. Palce chodziły po jej łechtaczce równo, a wzrok miała na nagiej Monice.

— Często widzisz nagie kobiety?

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Prawie nigdy.

— A podniecają cię kobiety?

Zawahała się. Rumieniec wszedł jej wyżej.

— Tak, proszę pani. O ile są dominujące.

Jowita uśmiechnęła się krótko.

— Lizałaś kiedyś cipkę?

— Nie, proszę pani.

— Czyli nigdy nie uprawiałaś seksu z kobietą.

Monika pokręciła głową.

— Nie, proszę pani. Nigdy.

— Chciałabyś polizać moją cipkę?

Monika otworzyła usta i nic nie powiedziała. Ani tak, ani nie. Stała naga, z piekącym pośladkiem, i tylko patrzyła tam, gdzie Jowita trzymała palce.

Jowita ruchem dłoni kazała jej klęknąć i zbliżyć się. Monika nie zaprotestowała. Uklękła na dywanie, przysunęła się między rozstawione nogi, czuła już ciepło skóry i zapach. Pochyliła się głębiej.

Uderzenie przyszło znienacka. Silny policzek trafił ją w twarz tak, że odchyliła głowę. Policzek zapłonął od razu.

— Co ty robisz? Chciałaś mnie wylizać? Chyba nie znasz zasad. Nie sądzisz chyba, że pozwolę ci na to na pierwszym spotkaniu. Na takie zabawy musisz sobie zasłużyć.

Stań prosto.

Monika wstała. Dłoń miała na piekącej twarzy, oczy pełne łez od zaskoczenia. Ból mieszał się z podnieceniem tak ciasno, że nie wiedziała, które jest pierwsze. Między nogami nadal była mokra. Na sofie Jowita poprawiła sukienkę i nawet nie zasłoniła się.

— Formy nie zapominaj.

— Tak, proszę pani. Przepraszam, proszę pani.

Jowita nie kazała jej klękać. Skinęła tylko palcem.

— Patrz. I stój.

Monika stała nago na dywanie, z piekącym pośladkiem i z palącą się jeszcze twarzą, i patrzyła. Jowita rozsunęła uda szerzej, sukienkę miała nadal na biodrach, palce wróciły na przystrzyżoną cipkę i zaczęły chodzić szybciej, ciaśniej, już bez tej wcześniejszej rozmowy. Oddech jej się zmienił. Wzrok ani na chwilę nie zszedł z Moniki. Doszła cicho, z zaciśniętymi ustami, z biodrami, które uniosły się raz i opadły. Na palcach została wilgoć. Na twarzy nic, tylko krótki spokój.

Wstała. Wciągnęła majtki najpierw na jedną nogę, potem na drugą, poprawiła sukienkę i od razu wróciła do porządku. Sięgnęła po rzeczy Moniki i rzuciła je na dywan.

— Łap. Ubieraj się. I czekaj na kontakt.

Monika schyliła się. Zebrała biustonosz, koszulę, spodnie, marynarkę, buty. Wyszła do przedpokoju. Zapięła stanik, włożyła koszulę, wciągnęła spodnie. Majtek nie było. Nie wróciła. Zapięła spodnie na gołe ciało, wcisnęła stopy w czółenka, zarzuciła marynarkę i wyszła.
Na klatce było za jasno. Szwy spodni obcierały ją przy każdym stopniu. Za drzwiami została Jowita, tablet i jej majtki. Na Dworcowej Monika poprawiła torebkę i poszła do tramwaju jak po zwykłym dniu w pracy. Pod materiałem nie miała nic. W telefonie — tylko ciszę i polecenie, żeby czekać.
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry