Malutki dysklajmer: nie będę odpowiadał na poszczególne fragmenty, bo po kilku postach robi się straszna sieczka i źle się to czyta. To oznacza, że może być jeszcze bardziej rozwlekle, więc zapnijcie pasy!
Ok. Tylko czy można być całkowicie pewnym, że nie zdradzi, kiedy poczuje chuć?
Nigdy nie można być całkowicie pewnym drugiej osoby. Są i tacy, co tracą pewność siebie
A tak poważnie: proponuję mały eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że partnerka czuje tę chuć. Ma dwie opcje: powiedzieć o tym, albo nie mówić nic i pójść w dym, licząc na to, że rzecz nie wyjdzie na jaw. Załóżmy, że powie i nie otrzyma zgody; ma znowu dwie opcje: zaakceptować brak zgody, albo – znowu – pójść w dym, licząc na to, że rzecz nie wyjdzie na jaw. W zależności od siły wspomnianej chuci partnerka może dokonywać rozmaitych wyborów.
Edsger Dijkstra powiedział kiedyś, że "testowanie może wykazać obecność błędów, ale nie ich brak". Nieobecność dowodów zdrady ze strony partnerki nie oznacza, że nie zostałeś zdradzony. Może niewystarczająco dobrze jej pilnujesz? Tak rodzi się paranoja, podsycana zazdrością.
Piszesz: "moja dziewczyna jest tylko moja". Nawet akt ślubu nie jest aktem własności. Nie można mieć kogoś na własność, nie można nikim dysponować. Można zawrzeć pewną ugodę i obiecać sobie wyłączność, ale będzie to tylko obietnica. Nie mogę zabronić mojej żonie bzykania się z innymi – mogę jedynie zastrzec, że jeśli to zrobi
i ja się o tym dowiem, nastąpi jakieś "to wtedy".
Moje podejście było inne: zrezygnowałem z wspomnianego terytorializmu (sztucznego i kłopotliwego w egzekwowaniu) na rzecz postawy opartej na przyzwoleniu i zaufaniu. Przyzwolenie oznaczało, że nie ma sensu ściemniać ani robić czegokolwiek za moimi plecami. Skoro bzyknięcie się na boku "w majestacie prawa" nie zaszkodzi wzajemnemu zaufaniu, a to samo bzyknięcie ukradkiem poskutkuje silnym ciosem dla relacji – to po co się kryć z czymkolwiek? To się zupełnie nie opłaca.
Tylko co się stanie, jeśli ona pójdzie z nim jedynie po to, żeby spróbować innego pytonga, a potem okaże się, że to był początek końca i nagle wystawi mnie do wiatru? Bardzo się o to dopytywałeś i jestem Ci za to wdzięczny, bo wreszcie (po kilku dniach) zrozumiałem sedno Twoich pytań i moich odpowiedzi, zupełnie nieadekwatnych, bo udzielanych z perspektywy długoletniego związku. Rzecz w tym, że kiedy decydowaliśmy się na taką umowę, ten związek nie miał nawet dwóch lat. Wkraczaliśmy na bardzo grząski grunt, mając oparcie wyłącznie we własnej naiwności i wzajemnym zaufaniu. Wierzyliśmy, że uczucie między nami jest silniejsze od rozmaitych pytongów i innych atrakcji. Co mogło pójść źle? Pewnie wszystko, ale na szczęście wszystko się udało.
Powinienem zatem dodać: dzieciaki, nie próbujcie tego w domu! To, co zadziałało w moim przypadku, niekoniecznie sprawdzi się w u innych.
Generalnie chcemy ( piszę chyba w imieniu większości facetów) by nasze kobiety były ladacznicami ale tylko wobec nas, a nie żeby głośno było o ich wyczynach w całym mieście.
Nie przeszkadzałoby Ci , gdyby twoje otoczenie czy znajomi zaczęli mówić o niej i jej dokonaniach?
Jeśli moja żona piecze świetny chleb, pięknie śpiewa albo ma spore osiągnięcia w dziedzinie uprawy ziół i warzyw, to nie widzę problemu w tym, że inni się tym zachwycają. Ale nikt nie powie o niej z podziwem, że "ma powodzenie u mężczyzn", tylko raczej nazwie ją dziwką. Co ciekawe, u mężczyzn bywa wręcz odwrotnie: jeśli "kobiety na niego lecą", będzie wzbudzał uznanie i zazdrość wśród znajomych płci męskiej.
Atrakcyjność i otwartość seksualna kobiet – w przeciwieństwie do męskiej – jest wciąż uznawana za cechę niepożądaną i wymagającą piętnowania. To jest przekleństwo patriarchatu, który wymyślił sobie, że kobiety powinny należeć do mężczyzn. To się, niestety, odbija rykoszetem, bo manifestowanie wspomnianej otwartości szybko prowadzi do opinii "kobiety łatwej" (w najlepszym wypadku), i to głównie wśród mężczyzn, dla których ta kobieta pozostaje trudna. Skoro nie może jej dosięgnąć, to chociaż ją opluje.
Dlaczego nie mam ochoty na seks z innymi kobietami? Pewnie dlatego, że jestem leniwy. Nie chce mi się ich odkrywać, uczyć ich reakcji, a jeśli mam się z nimi bzyknąć byle jak tylko w celu udowodnienia sobie czegokolwiek (np. własnej atrakcyjności czy skuteczności w uwodzeniu), to wolę z żoną – tym bardziej, że w dziedzinie umiejętności może niekoniecznie przewyższa inne kobiety, ale na pewno im znacząco nie ustępuje. Moja żona z kolei chce sobie udowodnić swoją atrakcyjność i ja jej tego nie bronię. Każde z nas ma inną motywację i każde z nas inaczej realizuje się w seksie.
Przy okazji odniosę to do innego Twojego pytania – czyli dlaczego żona nie chce powtórzyć solidnej dwunastki. Napisałeś, że było jej "tak dobrze", ale to nie były moje słowa. Ja napisałem "intensywnie", a to nie to samo. Pisaliśmy kilkakrotnie o spełnianiu fantazji: on najwyraźniej spełnił jakieś jej fantazje, które ona – po fakcie – uznała za takie, której lepiej pozostawić w strefie marzeń. Czasami wraca do tych wspomnień, ale nie ma ochoty na powtórkę. Nie chcę wnikać w szczegóły, ale te gangbangi, w których brała udział, to była kaszka z mleczkiem w porównaniu z tym, co on jej zafundował. Byłem przy tym i przede wszystkim obserwowałem jej reakcje, żeby móc w razie potrzeby zaingerować. Nie widziałem takiej potrzeby i nie wkroczyłem, a kiedy po wszystkim pytałem żonę, odpowiedziała mi, że to było na granicy i była zaskoczona, jak on skutecznie na tej granicy balansował. Niemniej jednak powiedziała, że obawia się, iż on mógłby się kiedyś pomylić i tę granicę przekroczyć, na co nie miała ochoty.
Pytasz o to, dlaczego ukrywała tę fantazję o gryzącym ubraniu – uważała, że to było głupie i aseksualne, ale ją z jakiegoś powodu podnieciło.
Jeśli chodzi o człowieka, z którym zaangażowała się emocjonalnie, to wiedziałem o tym, że go poznała i nie zrobiła tego za moimi plecami, tym bardziej, że – jak wspominałem – opowiadała mi o kontaktach z nim.
Pytasz o genezę jej fantazji, skupionych na jej uprzedmiotowieniu. Rozważaliśmy to z żoną i doszliśmy do wniosku, że było to uwarunkowane jej wychowaniem w dość surowym i religijnym domu. Wydawało jej się, że jako "porządnej" dziewczynie nie wypadało jej mieć wizji czerpania przyjemności z seksu, dlatego marzyła o tym, że jest do niego zmuszana. Nie przepada za oglądaniem pornografii, a jeśli czerpie z niej inspiracje, to są to jakieś pojedyncze przebłyski, które później dopasowuje do swoich fantazji.
Mówiąc, że uwielbiam to pytanie, byłem sarkastyczny. Uważam je za mało istotne, bo tak naprawdę liczba uczestników niewiele znaczy. Ona sama nie ma żadnych marzeń czy ambicji w dziedzinie bicia rekordów – czy to własnych, czy też cudzych. Takie imprezy trwały (w naszym przypadku) między jedną a dwoma godzinami, bo po pewnym czasie zmęczenie bierze górę, a formuła się wyczerpuje.
Jeśli kiedykolwiek fantazjowała o byciu aktorką porno, to był to jedynie detal w jakimś znacznie istotniejszym kontekście.
No niby tak, ale wygląda na to, że nie wystarcza jej docenienie z twojej strony.
Nie wyczuwasz w tym jakiejś niezdrowej nadmiarowości?
Każdy z nas lubi być doceniany i chwalony (ja też). Czy pochlebiałoby Ci, gdyby na jakiejś imprezie jakaś kobieta zaczęła Cię podrywać? Czy cieszyłbyś się chwilą, czy raczej uciął to natychmiast, mówiąc, że masz dziewczynę i nie flirtujesz z innymi? Wspomniałem o jej wychowaniu i o tym, że nie miała przede mną żadnych doświadczeń czy to w seksie, czy to w relacjach romantycznych. Może jej tego brakuje? Nie wyczuwam w tym nadmiarowości i cieszę się, widząc w jej uśmiechu świadomość własnej atrakcyjności.
Staram się dbać o siebie i być atrakcyjny dla niej. Wiem, jaki lubi zarost na mojej twarzy i staram się go utrzymywać w takiej postaci. Wiem, że ją zaspokajam – po pierwsze, bo mi o tym mówi, a po drugie, ponieważ już od dłuższego czasu nie byliśmy na żadnej imprezie GB. To, że od fantazji z jednym doszliśmy do tych ekstremów to po części moja zasługa (lub wina, w zależności od punktu widzenia), bo – jak słusznie spostrzegłeś – moje fantazje dotyczą jej. Nie zgodziłbym się, że jestem mało aktywny i bierny – wspomniałem, że podczas takich imprez nie pcham się na pierwszego, ponieważ na codzień jestem nie tylko pierwszym, ale i jedynym. Poza łóżkiem interesuje mnie aktywność na innym poziomie, takim jak zorganizowanie imprezy, która da mojej żonie prawdziwą satysfakcję, że nie wspomnę o realizacji tak karkołomnej fantazji jak porwanie i gwałt (wszystko w sposób starannie zaplanowany i kontrolowany). Fascynuje mnie taki quasi-teatralny kontekst seksu.
Zamiast spinać się i podrywać inne kobiety, a potem zastanawiać się, jak je przekonać, że jestem wart pójścia ze mną do łóżka, wolę po raz kolejny przekonać moją żonę, że warto było pójść ze mną do ołtarza, bo z nikim innym nie bawiłaby się tak dobrze.
W skali na pewno. W trójkącie jesteście w stanie jakoś poznać tego faceta, może nawet polubić, a w GB to już totalna jazda z obcymi.
Nie do końca. Impreza w lokalu kiedyś się kończy, ludzie biorą prysznic, ubierają się, pomagają zrobić porządek; na domówce też nikogo nie wyrzucasz za drzwi, kiedy tylko założy spodnie. Owszem, część tych ludzi była poniekąd przypadkowa, ale krok po kroku budowaliśmy grupę ludzi, z którymi lubiliśmy się bawić, a po wszystkim porozmawiać. To właśnie ich zawsze zapraszaliśmy jako pierwszych.
Ona ma większe libido od Ciebie?
Może się zdziwisz, ale nie.
Cieszę się, że pytasz i próbujesz zrozumieć, w jaki sposób myślę i czuję. Mam nadzieję, że moje odpowiedzi choć trochę wyjaśniają mój punkt widzenia – mocno osobisty, bo przecież osadzony w moich doświadczeniach. Jeśli mógłbym podkreślić tylko jedną rzecz, to istotą tej relacji nie jest pożądanie, pragnienie ekstremalnych doznań albo potrzeba skompensowania braku czegoś – ale zaufanie. Nie chodzi o jakąkolwiek umowę i jej przestrzeganie, ale o bycie w tych zabawach razem, ze sobą i dla siebie. Nawet, jeżeli ta relacja nie wygląda na symetryczną, to oboje się w niej spełniamy, bo ostatecznie każde z nas spełnia oczekiwania drugiej strony. Dobry zespół to nie taki, w którym basista i trębacz w połowie koncertu zamieniają się instrumentami, bo "tak będzie sprawiedliwie".
Chciałem jeszcze odnieść się do słów
@missprostitute o "cuck klimatach", chociaż gdzie indziej obiecywałem nie dzielić włosa na czworo. Zazwyczaj cuckold – mniej lub bardziej – opiera się na poczuciu pewnego poniżenia ze strony stałego partnera; i właśnie to poczucie jest źródłem satysfakcji dla "wychodzącego do pracy męża". Mnie osobiście to nie kręci – innych mężczyzn traktuję bardziej jako wspólników w realizacji planu, proponując układ równorzędny z zachowaniem przywileju ostatniego słowa (choćby dlatego, że to moja żona i ja wiem, co jej się może spodobać, a co raczej nie). Paradoksalnie, jeśli ktoś w tym układzie jest podległy, to raczej moja żona, która czerpała ogromną satysfakcję z bycia "wywożoną" do klubu w celu zaspokojenia mężczyzn, których to ja wybrałem i zaprosiłem (aczkolwiek już po imprezie na podstawie jej recenzji aktualizowałem listę potencjalnych gości na przyszłość). Czasem taką sytuację określa się mianem
wifesharing.