Pewien rodzaj bólu nie służy karze. Służy skupieniu. Biczowanie stóp to praktyka, która na pierwszy rzut oka wydaje się skrajnie masochistyczna. Ale jeśli odsuniemy na bok oczywisty fizyczny wymiar, odkryjemy w niej coś zupełnie innego: intensywną medytację.
Stopa to nie jest miejsce przypadkowe. To nasz punkt podparcia, nasz kontakt z ziemią, fundament ruchu. Delikatny i pełen zakończeń nerwowych. Gdy uderzenie pada na stopę, całe ciało reaguje jednoznacznie. Nie ma tu miejsca na myślenie o rachunkach, o pracy, o czymkolwiek. Jest tylko tu i teraz. Jest ostry, jasny, czysty sygnał. I osoba, która ten sygnał wysyła.
Dla osoby prowadzącej to także ćwiczenie w precyzji i obserwacji. Każdy mięsień na jej twarzy, każdy skurcz palców, zatrzymanie oddechu – to są komunikaty. To dialog prowadzony bez słów, za pomocą skóry i nerwów.
Nie chodzi więc wyłącznie o ból. Chodzi o to, by przywrócić świadomość ciała. By przez te kilka chwil cały jej świat skurczył się do punktu, w którym lina dotyka jej skóry, i do głosu osoby, która wydaje polecenie: „Nie odsuwaj stopy”. To jest akt totalnego zawężenia percepcji, a w tym zawężeniu – paradoksalnie – rodzi się ogromna przestrzeń na oddanie.
To jeden z tych rytuałów, gdzie fizyczne doznanie jest jedynie nośnikiem dla czegoś głębszego: dla aktu całkowitej obecności, zarówno wykonującej, jak i przyjmującej. A to poczucie bycia w pełni obecną, prowadzoną i odczuwającą – może być wyzwalające.