Nazywam się Bernadetta. Mam czterdzieści siedem lat i mieszkam w niewielkim miasteczku na Podkarpaciu. Stara kamienica przy rynku pamiętała jeszcze czasy moich dziadków. Drewniane schody skrzypiały przy każdym kroku, a zimą wiatr wciskał się przez nieszczelne okna, jakby chciał podsłuchiwać życie mieszkańców.
Mieszkanie nie było duże. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka po remoncie sprzed dziesięciu lat. Mieszkałam tam z mężem Markiem i naszym synem Kamilem, który chodził do drugiej klasy liceum.
Każdy dzień wyglądał podobnie.
Budzik dzwonił o szóstej trzydzieści.
— Wstajesz? — pytałam Marka.
— Zaraz.
— To samo mówisz od piętnastu minut.
— Bo jestem zmęczony.
— Wszyscy jesteśmy zmęczeni.
Marek odwracał się na drugi bok, a ja szłam do kuchni przygotować śniadanie.
Kamil zwykle schodził kilka minut później.
— Mamo, jest kawa?
— Dla ciebie herbata.
— Szkoda.
— Masz siedemnaście lat.
— Wiem. Przypominasz mi codziennie.
Uśmiechał się wtedy tym swoim chłopięcym uśmiechem i przez chwilę wydawało mi się, że wszystko jest w porządku.
Potem szłam do pracy.
Pracowałam w biurze lokalnej firmy transportowej. Niewielki budynek przy głównej drodze. Dokumenty, telefony, faktury. Dzień za dniem.
— Anka, możesz sprawdzić ten raport? — wołała moja koleżanka Ewa.
— Już patrzę.
— Jak tam w domu?
Westchnęłam.
— Bez zmian.
— Znowu się pokłóciliście?
— Jak zwykle.
— O co tym razem?
— Trudniej powiedzieć, o co się nie pokłóciliśmy.
Ewa pokręciła głową.
— Wiesz, że od roku mówisz dokładnie to samo?
— Wiem.
Po pracy wracałam do mieszkania. I niemal codziennie wyglądało to podobnie.
Pewnego listopadowego wieczoru weszłam do domu wyjątkowo zmęczona.
Marek siedział przed telewizorem.
— Cześć.
— Mhm.
— Mógłbyś się przywitać normalnie?
— Przecież się przywitałem.
— Naprawdę?
— Zaczynasz?
Odłożyłam torebkę.
— Nie zaczynam. Po prostu rozmawiam.
— Nie umiesz rozmawiać bez pretensji.
— A ty bez ignorowania wszystkiego.
— Widzisz? Właśnie o tym mówię.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
Kamil siedział przy biurku w swoim pokoju, ale dobrze wiedziałam, że słyszy każde słowo.
— Tak dalej być nie może — powiedziałam cicho.
— To niech nie będzie.
— Co to w ogóle znaczy?
— Sam nie wiem.
— Od miesięcy ze sobą nie rozmawiamy.
— Rozmawiamy.
— Nie. Wymieniamy komunikaty.
Marek wyłączył telewizor.
— To czego ode mnie chcesz?
— Żebyś mnie słuchał.
— Słucham.
— Nie słuchasz.
— A ty ciągle szukasz problemów.
— Bo problemy istnieją!
— Może tylko w twojej głowie.
To zabolało bardziej, niż chciałam przyznać.
— Naprawdę tak uważasz?
— Nie wiem już, co mam uważać.
— Ja też nie wiem.
Wieczorem długo siedziałam sama w kuchni.
Patrzyłam przez okno na pustą ulicę. Na żółte światła latarni i mokry bruk po deszczu.
Coraz częściej miałam wrażenie, że moje małżeństwo skończyło się już dawno temu. Tylko żadne z nas nie miało odwagi powiedzieć tego głośno.
Kilka tygodni później usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
Po raz pierwszy od bardzo dawna bez kłótni.
— Musimy podjąć decyzję — powiedziałam.
Marek milczał.
— Słyszysz mnie?
— Tak.
— I?
— Chyba masz rację.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
— Naprawdę?
— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy szczęśliwi.
Nie odpowiedziałam.
Bo ja też nie pamiętałam.
— Może już tylko udajemy — dodał.
— Dla Kamila?
— Dla wszystkich.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.
— Chcesz rozwodu? — zapytałam.
Marek długo patrzył w blat stołu.
— Chyba oboje tego chcemy.
W tamtym momencie poczułam jednocześnie smutek i ulgę.
Jakby kończył się rozdział, który trwał zdecydowanie za długo.
Nie wiedziałam jeszcze, że kilka miesięcy później moje życie zmieni się bardziej, niż mogłam sobie wyobrazić.
Mieszkanie nie było duże. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka po remoncie sprzed dziesięciu lat. Mieszkałam tam z mężem Markiem i naszym synem Kamilem, który chodził do drugiej klasy liceum.
Każdy dzień wyglądał podobnie.
Budzik dzwonił o szóstej trzydzieści.
— Wstajesz? — pytałam Marka.
— Zaraz.
— To samo mówisz od piętnastu minut.
— Bo jestem zmęczony.
— Wszyscy jesteśmy zmęczeni.
Marek odwracał się na drugi bok, a ja szłam do kuchni przygotować śniadanie.
Kamil zwykle schodził kilka minut później.
— Mamo, jest kawa?
— Dla ciebie herbata.
— Szkoda.
— Masz siedemnaście lat.
— Wiem. Przypominasz mi codziennie.
Uśmiechał się wtedy tym swoim chłopięcym uśmiechem i przez chwilę wydawało mi się, że wszystko jest w porządku.
Potem szłam do pracy.
Pracowałam w biurze lokalnej firmy transportowej. Niewielki budynek przy głównej drodze. Dokumenty, telefony, faktury. Dzień za dniem.
— Anka, możesz sprawdzić ten raport? — wołała moja koleżanka Ewa.
— Już patrzę.
— Jak tam w domu?
Westchnęłam.
— Bez zmian.
— Znowu się pokłóciliście?
— Jak zwykle.
— O co tym razem?
— Trudniej powiedzieć, o co się nie pokłóciliśmy.
Ewa pokręciła głową.
— Wiesz, że od roku mówisz dokładnie to samo?
— Wiem.
Po pracy wracałam do mieszkania. I niemal codziennie wyglądało to podobnie.
Pewnego listopadowego wieczoru weszłam do domu wyjątkowo zmęczona.
Marek siedział przed telewizorem.
— Cześć.
— Mhm.
— Mógłbyś się przywitać normalnie?
— Przecież się przywitałem.
— Naprawdę?
— Zaczynasz?
Odłożyłam torebkę.
— Nie zaczynam. Po prostu rozmawiam.
— Nie umiesz rozmawiać bez pretensji.
— A ty bez ignorowania wszystkiego.
— Widzisz? Właśnie o tym mówię.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
Kamil siedział przy biurku w swoim pokoju, ale dobrze wiedziałam, że słyszy każde słowo.
— Tak dalej być nie może — powiedziałam cicho.
— To niech nie będzie.
— Co to w ogóle znaczy?
— Sam nie wiem.
— Od miesięcy ze sobą nie rozmawiamy.
— Rozmawiamy.
— Nie. Wymieniamy komunikaty.
Marek wyłączył telewizor.
— To czego ode mnie chcesz?
— Żebyś mnie słuchał.
— Słucham.
— Nie słuchasz.
— A ty ciągle szukasz problemów.
— Bo problemy istnieją!
— Może tylko w twojej głowie.
To zabolało bardziej, niż chciałam przyznać.
— Naprawdę tak uważasz?
— Nie wiem już, co mam uważać.
— Ja też nie wiem.
Wieczorem długo siedziałam sama w kuchni.
Patrzyłam przez okno na pustą ulicę. Na żółte światła latarni i mokry bruk po deszczu.
Coraz częściej miałam wrażenie, że moje małżeństwo skończyło się już dawno temu. Tylko żadne z nas nie miało odwagi powiedzieć tego głośno.
Kilka tygodni później usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
Po raz pierwszy od bardzo dawna bez kłótni.
— Musimy podjąć decyzję — powiedziałam.
Marek milczał.
— Słyszysz mnie?
— Tak.
— I?
— Chyba masz rację.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
— Naprawdę?
— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy szczęśliwi.
Nie odpowiedziałam.
Bo ja też nie pamiętałam.
— Może już tylko udajemy — dodał.
— Dla Kamila?
— Dla wszystkich.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.
— Chcesz rozwodu? — zapytałam.
Marek długo patrzył w blat stołu.
— Chyba oboje tego chcemy.
W tamtym momencie poczułam jednocześnie smutek i ulgę.
Jakby kończył się rozdział, który trwał zdecydowanie za długo.
Nie wiedziałam jeszcze, że kilka miesięcy później moje życie zmieni się bardziej, niż mogłam sobie wyobrazić.

