Chyba w takiej sytuacji wolałabym się zabawić z koleżanką żeby mój men patrzył

ale tylko patrzył... i był ubrany
Drugi rok studiów. Z koleżanką z roku (A.) czuliśmy do siebie miętę już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie było okazji zrobić kroku dalej; zajęcia, imprezy w większym gronie i podejrzanie przyklejona do niej wiecznie psiapsióła. Gdy wreszcie porwałem ją do klubu i. zmiękczyliśmy się nieco tequilą - oczywiście, ponownie nadzialiśmy się na przyzwoitkę, która (dosłownie tak się nazywając) towarzyszyła nam do mieszkania A., abyśmy nie narobili głupot. Oczywiście jej nie wyszło, zabrałem wstawioną A. do łazienki, rozebrałem od pasa w dół i przyprowadziłem do salonu sadzając obok zgorszonej i naburmuszonej psiapisółki. Pewny swego i zadowolony, że zagrałem nieproszonemu gościowi na nosie, wróciłem do całowania (i tylko całowania

); ale dziwnym trafem po pewnym czasie A. zaczęła dziwnie drżeć i jęczeć mi w usta. Okazało się, że psiapsiółka w pewnej chwili skorzystała z okazji i zaczęła jej robić naprawdę solidną palcówkę, a - sam nie wiem - czy nadmiar doznań, czy "nieprzyzwoitość" tej sytuacji sprawiły, że A. totalnie odjechał peron i zamiast jakkolwiek się przed tym bronić po prostu odleciała i dała doprowadzić się do naprawdę potężnego orgazmu. Dziwne, ale do dziś pamiętam, jak źrenice uciekały jej ku górze i tę dziwną fascynację całą sytuacją.