Z tego co mówią psychologowie wynika, że nigdy nie powinniśmy traktować jednej osoby jako zaspokajacza naszych wszystkich potrzeb. Czy powinno się to odnosić do potrzeby miłości? Według mnie w bardzo długich związkach, to jest normalne, że pojawiają się zauroczenia innymi osobami. Czy te osoby, które tego doświadczają mają sobie wyrwać serce i udawać same przed sobą, że coś takiego nie miało miejsca? Ciężka jest to pigułka, ale myślę, że o wiele mniej żalu i rozczarowań nas czeka, gdy zdamy sobie z tego sprawę. Nikt, nawet mąż/żona nie jest naszym emocjonalnym niewolnikiem i własnością - stąd moim zdaniem ta cała poliamoria ma rację bytu (szczególnie, że żyjemy coraz dłużej), ale jednocześnie nie jest łatwa (chyba tylko dla osób z ogromną pewnością siebie).