Bardzo długo uważałem, że chcę związku, podczas gdy być może w rzeczywistości potrzebuję relacji o zupełnie innych zasadach.
Coraz częściej myślę, że właśnie tego ostatnio się o sobie dowiaduję. Przez większość dorosłego życia traktowałem związek jak coś oczywistego. Poznajesz kobietę, zakochujesz się, jesteście razem, budujecie wspólne życie. Nawet po rozwodzie chyba gdzieś z tyłu głowy zakładałem, że kiedyś znowu będę chciał tego samego. Tylko ostatnie kontakty z kobietami trochę mi ten obraz rozpieprzyły.
Po dwóch latach odezwała się do mnie Monika. Zaczęło się od zwykłego „hej”, co swoją drogą było dla mnie miłym odkryciem, że nie tylko faceci potrafią po dwóch latach ciszy rozpocząć rozmowę w tak wyszukany sposób. Pisaliśmy dużo. Wiedziałem, że w międzyczasie była w związku, ale nic z tego nie wyszło. Nie wiem, dlaczego po takim czasie odezwała się właśnie do mnie i nie zamierzam sobie dopowiadać historii, których nie znam. Miałem jednak wrażenie, że może chciała czegoś więcej.
Tym razem to ja byłem zdystansowany. Powiedziałem jej wprost, że związek nie kojarzy mi się obecnie z niczym dobrym. Nie chciałem, żeby przekonywała mnie, że się mylę. Po prostu powiedziałem, jak to widzę. W pewnym momencie kontakt znowu się urwał.
Oczywiście mogę teraz zastanawiać się, czy byłem opcją B. Czy odezwała się, bo poprzedni związek nie wyszedł i wróciła do kogoś, kogo znała wcześniej. A może po prostu usłyszała ode mnie, że nie szukam tego, czego ona chciała, i uznała, że szkoda czasu. Tego prawdopodobnie się już nie dowiem.
Druga historia była zupełnie inna. Napisała do mnie kobieta młodsza ode mnie o jakieś dwadzieścia lat. Bez specjalnych ceregieli. Propozycje spotkania, zaproszenie do siebie, wspólny wyjazd w Bieszczady. Wysyłała zdjęcia, normalne, w ubraniu, ale tempo, w jakim ta znajomość zaczęła się rozwijać, było dla mnie zaskakujące.
Kobieta była zdecydowana i wiedziała, czego chce. Teoretycznie powinienem być zachwycony. A jednak dość szybko poczułem, że nie mam w tym wszystkim miejsca dla siebie. Nie chodziło nawet o wiek czy o sam seks. Po prostu ilość jej energii i intensywność zainteresowania zaczęły mnie przytłaczać. Wiedziałem też, że zwykłe „nie” mogłoby nie wystarczyć, więc poprowadziłem rozmowę tak, żeby to ona sama podjęła decyzję, że nie chce jej dalej ciągnąć.
Nie jestem z tego szczególnie dumny, ale wtedy dotarło do mnie coś ważnego. Sam fakt, że kobieta mnie chce, nie oznacza automatycznie, że ja chcę z nią tworzyć związek. Jeszcze niedawno pewnie sam bym nie zauważył tej różnicy.
Jest jeszcze trzecia kobieta. Mieszka za granicą, daleko ode mnie. Mniej więcej raz w roku ma taki epizod, że zaczynamy pisać. Trwa to dwa, czasem trzy miesiące, później kontakt wygasa. Nie ma wielkich deklaracji ani dramatycznych pożegnań. Po jakimś czasie znowu się pojawia i zaczynamy rozmawiać.
I paradoksalnie właśnie ten układ wydaje mi się najbardziej naturalny. Jest zainteresowanie, rozmowa, czasem flirt, czasem bardziej osobiste tematy. Ale każde z nas ma swoje życie. Nie ma codziennej obecności tylko dlatego, że tak powinno być. Nie trzeba od razu zastanawiać się, dokąd to zmierza, ani co będzie za rok.
Kiedy patrzę na te trzy sytuacje razem, zaczynam się zastanawiać, czy przez wiele lat po prostu źle nazywałem to, czego chcę. Może wcale nie potrzebuję związku jako celu. Może potrzebuję kobiety, bliskości, seksu, rozmowy i wzajemnego zainteresowania, ale bez automatycznego przechodzenia do kolejnego etapu tylko dlatego, że według jakiegoś gotowego schematu tak właśnie powinna wyglądać relacja.
Może właśnie dlatego przez tyle czasu byłem przekonany, że czegoś mi brakuje. Byłem samotny, więc zakładałem, że rozwiązaniem musi być związek. Dzisiaj już nie jestem tego taki pewien. Możliwe, że nie chcę być sam, ale jednocześnie nie chcę klasycznego związku. I chyba dopiero teraz zaczynam dopuszczać do siebie myśl, że między samotnością a wspólnym życiem jest znacznie więcej możliwości, niż przez większość życia byłem skłonny zauważyć.
Coraz częściej myślę, że właśnie tego ostatnio się o sobie dowiaduję. Przez większość dorosłego życia traktowałem związek jak coś oczywistego. Poznajesz kobietę, zakochujesz się, jesteście razem, budujecie wspólne życie. Nawet po rozwodzie chyba gdzieś z tyłu głowy zakładałem, że kiedyś znowu będę chciał tego samego. Tylko ostatnie kontakty z kobietami trochę mi ten obraz rozpieprzyły.
Po dwóch latach odezwała się do mnie Monika. Zaczęło się od zwykłego „hej”, co swoją drogą było dla mnie miłym odkryciem, że nie tylko faceci potrafią po dwóch latach ciszy rozpocząć rozmowę w tak wyszukany sposób. Pisaliśmy dużo. Wiedziałem, że w międzyczasie była w związku, ale nic z tego nie wyszło. Nie wiem, dlaczego po takim czasie odezwała się właśnie do mnie i nie zamierzam sobie dopowiadać historii, których nie znam. Miałem jednak wrażenie, że może chciała czegoś więcej.
Tym razem to ja byłem zdystansowany. Powiedziałem jej wprost, że związek nie kojarzy mi się obecnie z niczym dobrym. Nie chciałem, żeby przekonywała mnie, że się mylę. Po prostu powiedziałem, jak to widzę. W pewnym momencie kontakt znowu się urwał.
Oczywiście mogę teraz zastanawiać się, czy byłem opcją B. Czy odezwała się, bo poprzedni związek nie wyszedł i wróciła do kogoś, kogo znała wcześniej. A może po prostu usłyszała ode mnie, że nie szukam tego, czego ona chciała, i uznała, że szkoda czasu. Tego prawdopodobnie się już nie dowiem.
Druga historia była zupełnie inna. Napisała do mnie kobieta młodsza ode mnie o jakieś dwadzieścia lat. Bez specjalnych ceregieli. Propozycje spotkania, zaproszenie do siebie, wspólny wyjazd w Bieszczady. Wysyłała zdjęcia, normalne, w ubraniu, ale tempo, w jakim ta znajomość zaczęła się rozwijać, było dla mnie zaskakujące.
Kobieta była zdecydowana i wiedziała, czego chce. Teoretycznie powinienem być zachwycony. A jednak dość szybko poczułem, że nie mam w tym wszystkim miejsca dla siebie. Nie chodziło nawet o wiek czy o sam seks. Po prostu ilość jej energii i intensywność zainteresowania zaczęły mnie przytłaczać. Wiedziałem też, że zwykłe „nie” mogłoby nie wystarczyć, więc poprowadziłem rozmowę tak, żeby to ona sama podjęła decyzję, że nie chce jej dalej ciągnąć.
Nie jestem z tego szczególnie dumny, ale wtedy dotarło do mnie coś ważnego. Sam fakt, że kobieta mnie chce, nie oznacza automatycznie, że ja chcę z nią tworzyć związek. Jeszcze niedawno pewnie sam bym nie zauważył tej różnicy.
Jest jeszcze trzecia kobieta. Mieszka za granicą, daleko ode mnie. Mniej więcej raz w roku ma taki epizod, że zaczynamy pisać. Trwa to dwa, czasem trzy miesiące, później kontakt wygasa. Nie ma wielkich deklaracji ani dramatycznych pożegnań. Po jakimś czasie znowu się pojawia i zaczynamy rozmawiać.
I paradoksalnie właśnie ten układ wydaje mi się najbardziej naturalny. Jest zainteresowanie, rozmowa, czasem flirt, czasem bardziej osobiste tematy. Ale każde z nas ma swoje życie. Nie ma codziennej obecności tylko dlatego, że tak powinno być. Nie trzeba od razu zastanawiać się, dokąd to zmierza, ani co będzie za rok.
Kiedy patrzę na te trzy sytuacje razem, zaczynam się zastanawiać, czy przez wiele lat po prostu źle nazywałem to, czego chcę. Może wcale nie potrzebuję związku jako celu. Może potrzebuję kobiety, bliskości, seksu, rozmowy i wzajemnego zainteresowania, ale bez automatycznego przechodzenia do kolejnego etapu tylko dlatego, że według jakiegoś gotowego schematu tak właśnie powinna wyglądać relacja.
Może właśnie dlatego przez tyle czasu byłem przekonany, że czegoś mi brakuje. Byłem samotny, więc zakładałem, że rozwiązaniem musi być związek. Dzisiaj już nie jestem tego taki pewien. Możliwe, że nie chcę być sam, ale jednocześnie nie chcę klasycznego związku. I chyba dopiero teraz zaczynam dopuszczać do siebie myśl, że między samotnością a wspólnym życiem jest znacznie więcej możliwości, niż przez większość życia byłem skłonny zauważyć.

