Zauroczony byłem wiele razy, potem dwa razy zakochany (za każdym razem nieszczęśliwie). A potem w końcu szczęśliwie, ale tak do trzewi. To było coś niesamowitego. Niestety, po roku dostałem kopa, i to takiego, że Chuck Norris by się nie powstydził. Było grubo i już szedłem pod pociąg, ale ponieważ byłem na spacerze z psem, to się zmartwiłem, że pies nie wróci do domu i rodzice będą się o niego martwili (to, że mogliby się martwić o mnie, jakoś mi wtedy do głowy nie przyszło). Jakoś się z tego dołu wydostałem, ale cały ten miłosny ogień wypalił się we mnie i został tylko popiół.
Nigdy nie byłem zakochany w mojej żonie. Był to całkowicie zdroworozsądkowy związek, oparty na przyjaźni, zaufaniu, a po kilkunastu latach – przywiązaniu. Przez jakiś czas było mi z tym bardzo źle, jakby była w pewien sposób poszkodowana przez to, że nie obdarzyłem jej tym szalonym uczuciem, czystym i bezmyślnym. Tyle miłości miałem dla tamtych głupich cip, które mnie nie chciały, a tu idę przez życie z taką cudowną kobietą i za cholerę nie słyszę tych niebiańskich chórów i trąb anielskich. Nawet się jej z tego wyspowiadałem, to się tylko śmiała.
Ale jak sobie przypomnę, to na początku była z tego powodu zła, bo nie pisałem dla niej wierszy (a dla tamtych jak najbardziej), więc w końcu napisałem kilka, ale jeden był najważniejszy. To był taki "inżynierski sonet" o tym, że jest dla mnie jak powietrze, którego na co dzień się nie zauważa, ale bez niego nie ma życia. Czyli to chyba jest miłość, ale taka mniej narwana.