Są takie dni, kiedy człowiek przypomina sobie, że ubrania są trochę przereklamowane.
Leżałam dziś na słońcu. Żar lał się z nieba, powietrze praktycznie stało w miejscu, a skóra po kilku minutach zaczynała być gorąca od samego dotyku ręcznika. Pot spływał powoli po plecach i pośladkach, lepki i leniwy, jakby nawet on nie miał siły się spieszyć.
Najbardziej lubię ten moment, kiedy pojawia się lekki wiatr. Niby nic. Kilka chłodniejszych podmuchów na rozgrzanej skórze, włosy przesuwające się po ramionach, odrobina chłodu tam, gdzie przed chwilą było tylko gorąco.
I wtedy człowiek przypomina sobie, że ciało potrafi sprawiać przyjemność zupełnie samo z siebie. Bez planu, bez drugiej osoby i bez całej tej otoczki, którą zwykle nazywamy namiętnością.
Czasem wystarczy słońce, trochę ciszy i kilka minut, kiedy nikt niczego od nas nie chce.