• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Praktyczne dywagacje o żonie z innymi mężczyznami

Mężczyzna

bsquare

Podrywacz
Ten wątek jest kontynuacją dyskusji, która "rozlała się" gdzie indziej, ale ponieważ szybko wykroczyła poza granice tematu i zaczęły się pojawiać (słuszne) narzekania na off-topic, postanowiłem przenieść jej dalszy ciąg tutaj. Podejrzewam, że za początek tej dyskusji można uznać ten wpis.

Dalszy ciąg tego wpisu będzie odpowiedzią na tę wypowiedź @Marcin 43, dlatego jeśli zaczynasz czytać i wszystko wydaje Ci od czapy, to najpierw zajrzyj tam.



Pytałem o to, czy Twoja dziewczyna wie o Twoich komentarzach odnośnie innych kobiet, na co odparłeś, że obecnie nie masz kobiety. Wcześniej napisałeś: "Moja dziewczyna jest tylko moja i się nią nie dzielę nawet z kumplami" – wziąłem to za opisanie stanu rzeczy (ergo: że masz dziewczynę), ale widzę, że bardziej chodziło o deklarację pewnej zasady, czyli był to mój błąd. Nie zmienia to faktu, że znakomita większość żonatych mężczyzn na tym forum szuka tu odskoczni od mało satysfakcjonującego pożycia – czyli podążają za swoją chucią oraz impulsami – i nikt z tego nie robi afery.

Odnośnie kwestii relatywizacji wierności: połowa mojej wcześniejszej wypowiedzi opierała się na założeniu, że jednak masz dziewczynę, więc jest błędna, dlatego przejdźmy od razu do drugiej: nie utożsamiam wierności małżeńskiej ze wstrzymaniem się od współżycia z osobami poza (naszym) związkiem małżeńskim. Czyli nie tyle zawieszam wierność na kołku, co raczej używam innej (np. od Twojej) definicji wierności. Wiernością jest dla mnie zaangażowanie emocjonalne, dlatego też reagowałem, gdy widziałem u mojej żony objawy oczarowania innym mężczyzną. Tu chciałbym też zaznaczyć, że takie sytuacje (osoba w związku małżeńskim przeżywa fascynację kimś innym, niż partner) zdarzają się również w monogamicznych związkach, opartych na "klasycznej" definicji wierności. Brak przyzwolenia na seks z obcymi nie jest szczepionką na przelotne zauroczenie.

Jeszcze słówko o "różnych wiernościach": moim zdaniem jedynie słuszna definicja wierności to taka, na którą zgadza się obopólnie para. Dla jednych to będzie "nie rżniesz się z innymi", a dla drugich "rżniesz się, ale nie zakochujesz". Moja znajoma była niedawno (na szczęście już wyszła) w związku, w którym facet próbował na niej wymusić formułę "nie masz żadnych kontaktów z innymi mężczyznami" (co jest trudne, choćby ze względów zawodowych); notabene, on sam na fejsiku obserwował ponad setkę kont cycatych niewiast, ale "to nie był on, ktoś mu się włamał na konto i to poustawiał" (po czym zamiast usunąć te niewiasty z obserwowanych po prostu ukrył tę informację przed osobą, przed którą nie powinien był chyba mieć tajemnic, ale to już zupełnie inna historia).

Czy poleciłem otwieranie związku innym parom? Tu będzie mały paradoks: pary, które są na tyle mocno związane, że mogłyby z tej porady skorzystać, już tej porady nie potrzebują, że tak powiem. Znam natomiast dość sporo par, którym nie radziłbym tego rodzaju praktyk. Uwaga: to nie znaczy, że otwartość seksualna daje gwarancję stabilnego związku i udanego pożycia – rzekłbym, że wręcz odwrotnie. Znam też stabilne pary, dla których coś takiego jest zupełnie nie do pomyślenia i nie odczuwam potrzeby "otwierania im oczu". Zdarzyło się raz, że parze moich znajomych dałem do zrozumienia, że można w taki sposób otworzyć swój związek, ale o ile mi wiadomo, nie skorzystali (a przynajmniej nic mi o tym nie powiedzieli); mówiłem o tym w sposób mocno abstrakcyjny, nie wnikając w nasze przygody.

Naciskasz na jednoznaczną odpowiedź, czy jestem dumny z osiągnięć seksualnych mojej żony. Odpowiedź brzmi: tak, jestem, i to bardzo. Cieszę się, że potrafi w nieskrępowany sposób manifestować swoją chęć na seks (przy czym, dla właściwej perspektywy – głównie ze mną) i przeżywać go w taki sposób, w jaki chce. Kiedy ma ochotę na "odmianę", sięga po nią bez wstydu lub wyrzutów sumienia. Jej pozamałżeńskie kontakty seksualne nie odbywają się zamiast seksu małżeńskiego, ale oprócz niego i nierzadko stanowią impuls, ożywiający nasze pożycie.

Gdybym tylko miał pewność, że ta wspaniała kobieta nie zostałaby opluta przez tych, którzy czy to zazdroszczą jej tej otwartości, czy też nie potrafią przeżyć, że nie ściągnie dla nich majtek tylko dlatego, że oni mają na to ochotę – tak, chętnie dołączyłbym tę cechę do listy jej oficjalnych zalet. Nawet tutaj, na – wydawałoby się – forum do otwartych rozmów o seksie można się spotkać z personalnymi atakami na kobiety, które ośmieliły się chcieć więcej, niż to, na co im się pozwala.

Raz jeszcze chciałbym nadmienić, że moja żona nie tylko świetnie się rżnie, ale jest też wspaniałą żoną, matką, gospodynią, przyjaciółką i specjalistką w swoim fachu. Niewiele jest rzeczy, na które zagięła parol i nie udało się jej osiągnąć biegłości.

Pytałem o cytat z Hłaski – "niezakamuflowana dziwka to najwyższa moralność, jaką może osiągnąć kobieta". Mówisz, że tego nie rozumiesz. Muszę przyznać, że dla mnie to też pewna zagwozdka. Ale chciałbym tutaj skoczyć nieco do przodu i odnieść to do Twoich słów: "co innego bzykać czy chcieć bzyknąć inne kobiety z powodu konfliktów czy nieszczęśliwej miłości, deprywacji istotnej potrzeby". Czyli w pewnym sensie uznajemy, że w porządku jest bzykanie innych kobiet, ponieważ np. żona w domu nie daje (konflikt lub deprywacja istotnej potrzeby)? Jeśli tak, to czy nie jest to męski odpowiednik moralności niezakamuflowanej dziwki? Czy Hłasko w pewnym sensie nie mówi, że "dorównanie" mężczyznom w – bądź co bądź – hipokryzji jest najwyższą formą moralności kobiety? "Lubię się ruchać z tym, z kim chcę" – te słowa wydają się naturalne w ustach mężczyzny, ale kiedy wypowie je kobieta?

Nie mówię, że Hłasko ma rację, ale uważam, że ten passus daje sporo do myślenia, a myślenia nigdy za wiele. Depresję miał, pił na umór, a do kobiet stosunek mocno ambiwalentny. Zastanawiająca jest jego relacja z Osiecką, nawet chyba niedawno książka o tym wyszła.

Pytałem o moralność żonatych mężczyzn na forum, komentujących obce kobiety, piszących o "waleniu pod nie". Uważasz, że nawet gdyby mieli możliwość spróbowania seksu z innymi, to i tak ograniczyliby się tylko do swoich partnerek. Ale też sam napisałeś wcześniej, że widziałbyś problem, gdyby Twoja partnerka oceniała fotki kutasów na forum i zostawiała pod nimi pieprzne komentarze; domyślam się, że masturbację inspirowaną tymi fotkami uznałbyś za coś jeszcze gorszego. Czyli to walenie pod inne kobiety to i tak już wyjście poza reguły i naruszanie wierności...

Piszesz, że bzykanie (lub chęć na nie, człowiek nie czuje, jak mu się rymuje) innych kobiet – choć moralnie naganne – bywa krzykiem desperacji. Tu można się zastanowić, czy nie jest pójściem na łatwiznę, bo po co próbować pobudzić żonę, skoro można się szybko i wygodnie spuścić pod jakąś porno-gwiazdkę z sieci, albo pod cycki jakiejś kobiety na forum? I tu od razu dodam, że jest też sporo takiej mentalności w oddawaniu żony innym mężczyznom: niech przyjdzie jakiś taki, co ją dla mnie rozpali! Wskazówka: żaden taki palacz nie przyjdzie, bo nikomu nie będzie się chciało tej żony uwodzić, przekonywać i rozpalać, za to na gotowe to każdy chętnie. Znam to z autopsji.

Wróćmy do tego krzyku desperacji w opozycji do perwersji. Całkiem szczerze odpowiem, że wolę być szczęśliwym zboczeńcem, niż nieszczęśliwym desperatem. Nie zamieniłbym mojego wypełnionego perwersją życia na nocne trzepanie kapucyna przed komputerem. Bez obrazy, panowie. Według mnie gdybyście włożyli tyle samo zapału, ile wkładacie w masturbację, w uporządkowanie i ożywienie relacji z małżonką, moglibyście mieć o wiele lepszy seks – bez prądu i bez dostępu do internetu. Ale to już temat na inny wątek.

Piszesz, że jej wolno, a mnie nie. To nie jest prawda. Był taki czas, że miałem ochotę na seks z innymi kobietami, ale ze względu na jej emocje nie chciałem się w to angażować. Mogłem olać te emocje i znowu pójść bzykać się z jakąś milfetką (teraz to mam fajnie, bo moja żona jest milfetką i mam w domu to, po co kiedyś musiałem jeździć gdzieś daleko), bo wiem, że nie zabroniłaby mi tego – ale nie chciałem sprawiać jej przykrości. Ona z kolei mogła spełniać swoje zachcianki, ponieważ to nie wiązało się z jakimkolwiek wyrzeczeniem z mojej strony.

Jeśli chodzi o stosunek liczbowy zabaw w czwórkę do zabaw z innymi facetami, to coś w okolicach 1:5, ale nie prowadzę dokładnych statystyk.

Co dokładnie robił z nią tamten straszny facet? To, co może zrobić facet z kobietą, która jest naga, ma zawiązane oczy i jest rozpięta na łóżku za ręce i nogi. Była zupełnie bezbronna, a on używał jej, jak chciał (przy czym dwukrotnie doprowadził ją do squirtu). Ona sama określiła to potem słowami "wiele razy fantazjowałam o gwałcie i moim zdaniem on dał mi tego spróbować". To było ładnych parę lat temu, dlatego przepraszam wszystkich, którzy liczyli na detaliczne opisy. Odsyłam do produkcji spod znaku kink.com, zwłaszcza serii "Sex and Submission". Czy byłbym w stanie dorównać temu, co on zrobił? Teraz tak, ale nie przed nim. On nie musiał się martwić, że po wszystkim ona już nie będzie chciała się z nim spotykać – maksymalnie wykorzystał okazję, która była mu dana (to też taki przyczynek do rozważań, dlaczego jednorazowo możemy chcieć więcej, niż na dłuższą metę). On odkrył jej prawdziwe granice, podczas gdy ja wolałem nie ryzykować.

Ja też żałuję, że nie ma tutaj mojej żony, ale ona woli działać, niż rozmawiać. Zwłaszcza o seksie nie lubi mówić – był taki okres, że osiągnęła w tej dziedzinie sporą śmiałość, ale jakiś czas temu nastąpiło wycofanie: niektóre fantazje zachowuje dla siebie; jest skrępowana, kiedy mówi o swojej przyjemności. Aby uprzedzić sugestie, że może chodzi o jakieś niecne myśli o innych mężczyznach w tych fantazjach – wstydzi się ich dosłowności albo "brudu", natomiast kiedy zdarza się jej fantazjować o jakimś konkretnym mężczyźnie, zawsze mi o tym mówi. Oczywiście nie siedzę w jej głowie, więc pozostają mi tylko – jak i wszystkim innym – domysły. Natomiast bywa, że jest skrępowana intensywnością naszych (czyli małżeńskich) zbliżeń i tu już raczej nie doszukiwałbym się inspiracji innymi mężczyznami.

Kiedy podczas gangbangu ustępuję pierwszeństwa innym, to nie dlatego, że czuję się gorszy, tylko bardziej powszedni. Co ona o tym myśli? Kiedy wyjaśniłem jej (bo też zapytała), dlaczego nie "zaznaczam terytorium" na imprezach, podczas kolejnej w pewnym momencie oznajmiła, że ma już siły tylko na jeden raz, więc musi go przeznaczyć dla męża.

Pytasz o zazdrość w przypadku zaangażowania emocjonalnego. Tak, to byłoby złamanie zasad i przekroczenie granic, bo nie tak się umawialiśmy. Były takie sytuacje, że robiło jej się motylkowo w brzuszku. Podczas ostatniej takiej sytuacji oznajmiła mi, że jeśli sobie tego nie życzę, natychmiast zerwie kontakty z tym facetem, ale mnie było żal tego jej błysku w oku, więc powiedziałem, że jeśli jej nie minie po dwóch tygodniach, to zacznę nalegać. Tymczasem jemu po tygodniu odpadł klient z Amsterdamu (bywał tam służbowo), skończyły się wyjazd i gość ją po prostu zghostował.

Moim zdaniem cuckold jak najbardziej łączy się z byciem poniżanym i nawet podałem Ci linka, w którym sam to stwierdziłeś. Nie biorę pod uwagę tego, że ona mnie upokarza, a ja tego nie widzę, ponieważ wielokrotnie mówiła mi, że o ile kręci ją odmiana w seksie, to nie chciałaby widzieć żadnej uległości i upokorzenia po mojej stronie. W naszym układzie to bardziej ja dysponuję jej ciałem (oczywiście w mocno teatralny sposób) i to ją podnieca. Jeśli już dochodzi do sytuacji 1:1 z innym mężczyzną, to prawie wyłącznie odbywa się to za moim poduszczeniem lub pozwoleniem.

Myślałem sporo o tym, że próbując stawiać się w mojej sytuacji dokonujesz pewnej projekcji swoich emocji i próbujesz uchronić mnie przed potencjalnymi zagrożeniami. Nie uważam przy tym wcale, że to śmieszne, bo koniec końców każdy z nas tutaj robi to samo – czyta o czyichś przeżyciach lub pragnieniach, a potem odnosi to do siebie. Przypomina mi to ten szklany most (bodajże w Chinach), na który ja bym nie wszedł, bo mam cholerny lęk wysokości i nawet świadomość, że to szkło wytrzyma dziesięciokrotnie większy ciężar nie jest w stanie mnie przekonać. Z kolei ktoś inny może stać na środku tego mostu i niczego się nie bać – zazdrościłbym mu tej odwagi, choćby dla samych widoków, ale chyba nie dałbym się przekonać. Dlatego szanuję to, że próbujesz wejść na mój most i staram się jak najlepiej odpowiedzieć na Twoje pytania, ale ostatecznie nie jestem w stanie wytłumaczyć Ci, dlaczego się nie boję, ponieważ nie rozumiem Twoich obaw. Emocje można nazwać i można o nich mówić, ale nie da się ich udowodnić ani obalić.

Cieszy mnie, że z dosyć powierzchownego wątku o przygodach seksualnych rodem z pornografii wyciągnąłeś coś znacznie więcej. Wiele osób widzi w tym, co robimy, tylko ostre rżnięcie, ale jest w tym coś więcej. Od prawie dwóch tygodni nie widziałem mojej żony i nie muszę się martwić, jak radzi sobie z abstynencją seksualną, czy robi coś za moimi plecami – a jeśli tak, to z kim? Nie muszę, bo sama mi się pochwali, aczkolwiek jak do tej pory jedynie oznajmiła mi z dumą, że znalazła zasilacz do swojego pingwinka, czyli nic z tego.

Odnośnie koleżanki-psycholożki – pytałeś, czy interesuje mnie, jak psychologowie widzą nasze zabawy. Oczywiście, że tak, więc próbowałem wykorzystać znajomości, że się tak wyrażę.

Jeśli chodzi o wpływ tych zabaw na nasz związek – masz rację, wszystko ma jakiś wpływ. Nie udało mi się do tej pory dostrzec jakichś znaczących negatywnych wpływów.
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry