Nie wiem, jak u innych, ale my do pewnego stopnia czuliśmy się odpowiedzialni za naszych gości i za to, żeby się dobrze bawili, więc noc poślubna to był ten moment, kiedy już mogliśmy "odpiąć" się od tego wszystkiego i odpocząć. Nie pamiętam nic szczególnego, więc chyba po prostu zasnęliśmy.
W dzisiejszych czasach magia nocy poślubnej ma tyle sensu, co wiara w krasnoludki. Zdarzają się pary, w których pociechy są już na tyle podrośnięte, że mogłyby trzymać mamie tren sukni. Poza tym śluby i wesela stały się skomplikowanymi przedsięwzięciami logistycznymi, co też skutecznie zabiło wspomnianą magię.
Ale nie słuchajcie mnie, bo jestem starym, rozgoryczonym prykiem. W Sylwestra też idę spać o 22:30, zanim jełopy zaczną strzelać na potęgę...