Nigdy nie uważałem się za faceta „dobrego w seksie”.
Może dlatego, że całe życie znałem tylko jedną kobietę. Moją pierwszą dziewczynę. Później żonę. Nigdy nie szukałem innych, nigdy nawet o nich nie myślałem.
Tyle że z czasem bliskość zaczęła wyglądać bardziej jak obowiązek niż coś, czego oboje pragniemy. Seks raz w miesiącu. Bez namiętności. Bez ciekawości siebie nawzajem. Częściej czułem atmosferę „skończ już”, niż poczucie bycia chcianym.
Najbardziej niszczy człowieka nie sam brak seksu, ale świadomość, że ktoś nie chciał właśnie ciebie.
Bo później dowiadujesz się, że problemem nie była bliskość. Nie była nawet chęć. Problemem byłeś ty.
I wtedy coś w człowieku pęka.
Dziś mam blokadę. Nie czuję potrzeby przypadkowego seksu. Nie wyobrażam sobie iść do łóżka z obcą kobietą tylko po to, żeby coś sobie udowodnić. Próbowałem wmówić sobie, że może jeszcze potrafię normalnie wejść w relacje, ale im bardziej obserwuję ludzi, tym bardziej widzę, jak różne są doświadczenia kobiet i mężczyzn.
Kobieta praktycznie zawsze dostanie uwagę, zainteresowanie, wiadomość, komplement.
Mężczyzna może dawać z siebie wszystko i dalej czuć się niewidzialny.
I chyba właśnie to najbardziej zabija w człowieku poczucie własnej wartości , nie samotność, ale poczucie, że dla nikogo nie jesteś naprawdę wystarczający.