• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Bałtycki Rybak Dusz (III) część trzecia.

Mężczyzna

jammer106

Cichy Podglądacz
Stary przyjął mój wniosek o przeniesienie ze stoickim spokojem. Rozdzielono nas. Nie było opcji, bym latał razem z Klaudią w jednej załodze. — No, wreszcie będę miał jednego wariata mniej — stwierdził, patrząc na pismo od komendanta CSSMW i mój wniosek.

Wstał zza biurka. Zbliżył się do mnie. Obiema dłońmi objął moje ciało.

— Dobra decyzja, Radku, już dość ci dupa zmarzła w Bałtyku, popieram i przesyłam do dalszego rozpatrzenia. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę – dodał, klepiąc mnie po plecach.

Cały dowódca dywizjonu. Cofnął się i otworzył barek. Na stole wylądowały dwa kieliszki i butelka Smirnoffa.

— Dowódco… — rzuciłem.

— Co dowódco, co kurwa dowódco, siadaj i mów, kiedy weselisko — przerwał mi, nalewając alkohol.

Usiadłem. Nie mogłem mu odmówić. Miałem mu do przekazania jeszcze jedną ważną rzecz.

— Po jedenastym listopada, no i chciałem dowódcę prosić na świadka — oznajmiłem, wlewając w siebie dawkę alkoholu.

Wypił i się zadławił. Powstałem, uderzając go w plecy.

— Ty mnie do zawału doprowadzisz, jak miły Bóg zejdę z tego świata przez ciebie — wyrzucił, gdy doszedł do siebie.

— To znaczy, dowódca?… — zapytałem, nie wiedząc, czy się zgadza.

— To bym psim pyskiem szczekał, jakbym się nie zgodził, pewnie, że tak — odparł, nalewając kolejną dawkę.

Szczęśliwie piliśmy przed końcem mojego dyżuru i szczęśliwie żadnego wylotu w tym dniu dla mnie nie było. Obaliliśmy flaszkę do końca.

— Dzisiaj udaje się na odprawę, dowodzi szef sztabu, podstawcie samochód dyspozycyjny — poinformował sekretarkę.

— Ale na jaką odprawę? — zapytała kobieta.

— Halinko, łebska jesteś, coś wymyślisz, Radek nam tu się żeni, rozumiesz.

Halinka już nieraz potrafiła wymyślić takie odprawy lub spotkania, że nawet minister by w to uwierzył.

— No co taki zdziwiony, jedziemy do ciebie, twoja luba teraz jest na dyżurze, to chata wolna, trzeba się lekko sponiewierać.

Odparłem tylko “Tak jest”. Po chwili pani Halinka poinformowała dowódcę, że gdyby coś, to jest na spotkaniu w kurii biskupiej jako zaproszony gość. Szef sztabu już wiedział, że przejmuje pałeczkę w procesie dowodzenia. Najważniejsze, że i biskup wiedział, że Stary tam ma być. Słowem pełna „maskirowka”.

Dyspozycyjny Honker dowiózł nas do mojego mieszkania. Wcześniej zakupiłem odpowiedni zapas alkoholu i przepojki. Dowódca zwolnił kierowcę, wpisując w rozkaz wyjazdu magiczną formułkę „kierowca wraca sam”. Zasiedliśmy w mieszkaniu.

— A kto świadkową? — zapytał.

— Marzena, ta ratowniczka — odparłem.

— A ty wiesz, że nasz Kojtuch, ten pilot z Mi-2 się w niej zabujał? — rzucił komandor, patrząc mi w oczy.

Nie wiedziałem. Paweł był kawalerem, młodszym niż ja. Dlaczego by miał się nie zakochać?

— Oj, wywróciłeś mi mój świat tutaj, wywróciłeś, ale nikogo tak nie lubię i nie szanuję jak ciebie. Pamiętam cię, jak dostałeś się tutaj, taka sirota… – zaczął te specyficzne „długie Polaków rozmowy”.

Gadaliśmy długo. Bez “panowania”. Nie było czuć różnicy stopni i funkcji. Jak dobrzy znajomi, jak ludzie, którzy dobrze się znają i jeden drugiemu jest w stanie pomóc w potrzebie.

— A co z wypadkiem? — zapytałem, będąc już nieźle wstawionym.

Dowódca omiótł mnie wzrokiem. Był już też nieźle nawalony. Uśmiechnął się.

— Ale przysięgnij, gęba na kłódkę, to co ci powiem, zostaje między nami, nawet swojej nie powiesz. Przysięgniesz? – zapytał.

— Przysięgam — rzuciłem, chcąc poznać prawdę.

Nabrał powietrza w płuca. Spojrzał mi prosto w oczy.

— Synalek generała, młody podporucznik, nawalony jak stodoła, 2,2 promila po zatrzymaniu, bo spierdolił z poligonu, wziął zamiast szkoleniowej wyrzutni, bojową. Nadlecieliście, nakierował wyrzutnię bez śledzenia i nacisnął spust. Pocisk wyjebał jak do odrzutowca. Taki speed, bo normalnie to się śledzi taki cel i wyrzutnia daje ostrzegawcze sygnały. Kurwa, cud, Radek, cud, że nie rozjebało obu silników. Oficjalnie sprawa umorzona, pocisk się odpalił podczas przenoszenia zestawu. Oficerek wyjebany do WKU, a wy macie awanse poza kolejnością.

Zdębiałem. Pomimo tego, że byłem nawalony, nie wierzyłem, że coś takiego można zamieść pod dywan.

— Ty masz awans, ja mam awans, piloci i technik awansują, Klaudia ma awans i na dodatek sporą nagrodę finansową mamy wszyscy — kontynuował.

Polał kolejną porcję alkoholu. Wypiliśmy. Dowiedziałem się, że zdołano uratować naszego „Haze 016”. Podniósł go okręt ratowniczy MW. Poszedł śmiglak do remontu, do Kazania. Zamiast niego postanowiono nam dać jeden z Mi-14 ZOP; właśnie przerabiany na potrzeby SAR.

Nawaliliśmy się jak szpadle. Położyłem dowódcę na wygodnym łóżku, samemu zajmując wersalkę. Klaudia wróciła nad ranem. Jakie było jej zdziwienie, gdy rozebrana do bielizny znalazła w naszym łóżku dowódcę dywizjonu, a nie mnie.

— Co on tu robi? — zapytała.

Kazałem jej położyć się przy mnie. Zawinęła się szybko, stwierdzając, że idzie spać do Marzeny. Wcale mnie to nie zdziwiło. Byłem, podobnie jak mój pryncypał, nawalony w trzy dupy.



31 października, Baza Darłowo. Godziny popołudniowe.



To był mój ostatni dzień w dywizjonie. Od następnego dnia miałem służyć w CSSMW w Ustce. Jeszcze ostatnie spotkanie z ludźmi, z którymi służyłem przez kilkanaście lat. Załatwiłem obiegówkę. Pozostawało mi tylko pożegnać się na koniec. Miałem zamiar po południu zabrać resztę swoich rzeczy i zamknąć ten rozdział kariery. Robiłem to z bólem. Tu się wyklułem jako ratownik, tu zdobywałem doświadczenie, tu ratowałem ludzi. Tutaj również straciłem tych, których kochałem. Podjąłem jednak tę decyzję z miłości do kobiety, z którą chciałem spędzić resztę życia.

Przez dwa ostatnie tygodnie października załatwiliśmy termin ślubu cywilnego i wszystko, co z tym się wiązało. Wypadał w drugiej połowie listopada. Cieszyliśmy się oboje. Wspólnie ustalaliśmy menu na wesele i radowaliśmy się wynajętą salą w Sławnie. Wszystko to udało nam się dopiąć na ostatni guzik. Każdą chwilę staraliśmy się spędzać razem. Nie pamiętam, kiedy przedtem byłem tak szczęśliwy. Dojrzały facet czujący się jak nastolatek, podekscytowany zbliżającym się ślubem. Rajcowało mnie kupowanie dla Klaudii erotycznej bielizny, a nawet podpasek. Ktoś mógłby stwierdzić, że jestem debilem, jakimś dewiantem seksualnym. Tak, w pewnym sensie nim byłem.

Nasze wspólne życie kwitło. Nawet jak czasem pokłóciliśmy się o drobiazgi, szybko się godziliśmy. Żadne z nas nie wyobrażało sobie życia bez drugiej połowy.

— Wiesz, śniłeś mi się na zmianie — usłyszałem pewnego razu.

— Jak jestem na zmianie, to zawsze mi się śnisz — odpowiedziałem.

Obie z Marzeną były w załodze „Haze 013”, ostatniego Mi-14, jaki pozostawał w naszym dywizjonie. Resztę floty stanowiły dwie Anakondy i dwa Michałki. Smutne realia, ale jakże prawdziwe.

Po dziewiętnastej pojawiłem się w bazie. Wziąłem ze sobą zamówiony w cukierni niewielki torcik. Zaparkowałem samochód na parkingu przed jednostką.

— Ostatnia wieczerza — rzucił starszy marynarz na biurze przepustek.

— No, kiedyś trzeba — odparłem z uśmiechem.

Znalazłem się na Stanowisku Dowodzenia (SD). Dyżur pełnił, jak wtedy, gdy straciłem Agnieszkę, kapitan Brzeziński. Stary, doświadczony wyga w swojej branży. Nieliczny z tych, co mogąc odejść na emeryturę, nadal pełnili służbę.

— Coś się kończy, Radku, szkoda, będzie nam ciebie brakować — rzucił na powitanie.

Omiotłem go przyjacielskim spojrzeniem. Obok miał młodego pomocnika. Pamiętam, jak jebałem go, gdy ledwo przyszedł po szkole. Wstał z szacunku dla mnie.

— Siadaj, co tam się dzieje? — zapytałem.

— Anakonda poszła do „Silesii”, podejrzenie wyrostka robaczkowego. Obie dziewczyny poleciały do kutra „UST-016”, podobno tonie, pogoda jak widzisz podła, dziesiątka jak nic – wprowadził mnie w sytuację.

Tak więc Marzena i Klaudia były w akcji. Pogoda paskudna i zanosiło się na jeszcze coś bardziej podłego. Na Bałtyku sztorm. Dziesięć w skali Beauforta nie zwiastowało niczego dobrego.

— Hoplit 03, gotowy po próbie — usłyszałem w radiu.

— To Michałek dziś w bojówce? — zapytałem.

— No widzisz, taka bida — odpowiedział Brzeziński.

Pokroiłem przyniesiony tort. Ułożyłem na talerzach i położyłem chłopakom na SD.

— Darłowo SAR, tu Haze 013. Podejmuję rozbitków, obie ratowniczki na pokładzie kutra — usłyszałem w radiu.

Działały. Obie robiły to, do czego je przeszkoliłem.

— Darłowo SAR, tu Dagger 011, transportuję poszkodowanego na Rønne, sytuacja EMERGENCY — usłyszałem.

— Tu Darłowo SAR, masz zgodę, powiadamiamRønne SAR, zamelduj, jak wyruszysz z Ronne — rzucił Brzeziński.

Rzadko kiedy nasze śmigłowce lądowały z poszkodowanymi na obcym terenie. Jeżeli tam było bliżej, a tak było w tym przypadku, procedury mówiły jasno: życie poszkodowanego jest najważniejsze.

— Dagger 011 wyłączony, lądowanie w Rønne, przygotować Hoplita 04 — rzucił DKL.

Tą komendą podnosił do stopnia gotowości bojowej śmigłowiec, który nie miał personelu. Technicy byli gotowi, mogli go wypchnąć z hangaru. Nie było gotowej załogi i ratowników. Brzeziński zaczął wybierać numery telefonów pilotów, techników i ratowników.

— Masz komplet załogi na Hoplit 03? — zapytałem.

— Nie, mam tylko pilotów, ściągam ludzi, nie przeszkadzaj — odparł,

Hoplit 03 też nie był w pełnej gotowości bojowej. Brakowało ratownika, technika i lekarza. Tych należało ściągnąć w trybie awaryjnym.

— Tu Haze 013. Podjąłem rozbitków. Wiatr się wzmaga. Paliwa na trzydzieści minut. W zawisie podejmuję ratowników — dało się słyszeć w eterze. — Darłowo SAR, tu Haze 013. Spuszczam linę. Podejmuję ratowników – usłyszałem po chwili.

Czyli akcja ratownicza dobiegała końca. Podnosili już tylko ratowników z pokładu tonącego kutra. Obie ratowniczki miały podpiąć się do spuszczonej liny i być wciągnięte na pokład naszego „smiglaka”.

— Darłowo SAR, tu Haze 013. Lina zaplątała się o omasztowanie. Ratownik 02 wchodzi na maszt uwolnić linę.

Zdałem sobie sprawę, co przeżywają obie kobiety. Morze mające dziesięć w skali Beauforta. Wspinanie na maszt kołyszącego się kutra. Zaplątana lina wokół masztu. Lina, która przy mocniejszym uderzeniu fali może pociągnąć śmigłowiec w dół. Nie da się przewidzieć wysokości fal przy dziesiątce, każda może być zabójcza.

— Kurwa, niech odpina linę, jebną za chwilę! — krzyknąłem.

Przez radio dochodziły nas głosy:— Ratowniczka spadła. Uderzyła o pokład. Kasuję linę. Odchodzę… — Lina przecięta. Odchodzimy — poznałem głos technika. — Wyrzucamy tratwę, odchodzimy… — to drugi pilot. — Jesteśmy bez wyciągarki. Obchodzimy do bazy. Sześciu rozbitków. Ratowniczki zostały na pokładzie kutra – na tym zdaniu zakończyli wymianę radiową.

Podniosłem się ze stołka. Nawet nie zauważyłem, kiedy na SD pojawił się Stary.

— Jak sytuacja? — zapytał krótko.

— Anakonda w Rønne. Wylądowała. Przekazuje poszkodowanego. Nasz Mi-14 odebrał poszkodowanych, dwie ratowniczki zostały na pokładzie kutra. Haze 013 wyłączony z akcji, bez wyciągarki. Jednostka tonie. Mam gotowy Mi-2 bez ratownika, lekarza i technika. — zameldował.

— Ratownika już masz — zadecydowałem bez chwili wahania.

— Ochujałeś, już tuż nie służysz — rzucił Stary.

— Jeszcze tu służę, do północy — odparłem.

Nasze spojrzenia się skrzyżowały.

— Zabieraj klamoty, lecimy, obejmuję zadania technika — zakomenderował.

— Pan? — zapytał bosman, patrząc na dowódcę.

— Synku, latałem na Mi-2, kiedy ciebie jeszcze na świecie nie było — odparł, zakładając kombinezon.



*****​

Marzena spadła z dużej wysokości. Gdy uderzyła o pokład, tylko jęknęła. Nie zdołała rozplątać liny wyciągarki, która zaczepiła się o omasztowanie kutra. Klaudia natychmiast znalazła się przy niej.

— Klaudia, mam złamaną miednicę, zostaw mnie, ratuj się sama — rzuciła do koleżanki, zdając sobie sprawę z powagi obrażeń.

Klaudia ciągnęła ją za kołnierz kombinezonu w kierunku sterówki, obawiając się, że potężna fala zmyje Marzenę z pokładu. Sztorm nabierał siły, a ogromne bałwany uderzały w krypę, miotając nią na prawo i lewo.

— Ratownik 01 tu Haze 013, podaj status Ratownika 02 — usłyszała Klaudia.

Udało jej się wciągnąć Marzenę do sterówki. Chwyciła w dłoń radiotelefon.

— Tu Ratownik 01, status Ratownika 02 YELLOW, podejrzenie złamania miednicy — krzyknęła w radio.

Potężna fala uderzyła w kuter.

— Odcinam linę. Zrzucam wam tratwę. Odchodzimy — usłyszała.

Nie miała pretensji o to, że tak postąpili. Już samo uderzenie fali pociągnęło nieco śmigłowiec na bok. To było jedyne wyjście. Nie ryzykowano życia załogi ani uratowanych rybaków. Pozostały obie na chybotliwym kutrze. Same. Chwilowo zdane tylko na siebie.

— Zostaw mnie, idź do tratwy — usłyszała głos Marzeny.

— Nie zostawię cię, nie ma mowy, leż spokojnie, zaraz nasi przylecą — odpowiedziała, głaszcząc ją po twarzy.

Mi-14 wystrzelił bomby sygnalizacyjne. Ostatnie, jakie miał na pokładzie. Światło oślepiło chwilowo obie kobiety. Mogły teraz dostrzec, w jakim piekle się znalazły. Potężna ściana wody uderzyła w sterówkę. Kuter, niesterowany przez nikogo, był miotany na prawo i lewo, unosił się i opadał.

— Ratownik 01, tu Haze 013, leci po was Hoplit 03. Powodzenia. Wytrzymajcie! — usłyszały w radiotelefonach.

Lecieli im na ratunek! Nie zostawili! Poderwano poczciwego „Michałka”. Pozostawało mieć nadzieję, że do przylotu śmigłowca ta krypa nie utonie. Tymczasem tratwa odpływała od kutra, by po chwili całkiem zniknąć w ciemnościach.

— Wytrzymaj, Marzena, pomoc jest w drodze, musisz dać radę — mówiła do koleżanki, głaszcząc ją po twarzy.



*****​

Poczciwy Mi-2RN z trudem walczył z przeciwnym wiatrem. Miotany na prawo i lewo, trzymał wyznaczony kurs, zbliżając się do rejonu wypadku. Mieliśmy na pokładzie nosze podbierakowe, zamontowane w koszu ratowniczym. Wpatrzony w szalejący na morzu sztorm, starałem się dostrzec zarys kutra.

— Paweł, ile jeszcze? — zapytałem przez interkom.

— Jeszcze ze trzy mile, Radek, wyciągam z niego, ile mogę, wiesz, że zależy mi podobnie jak tobie — usłyszałem od pilota.

Siedzący obok pilota dowódca odwrócił się do mnie.

— Wiesz, że nie powinieneś lecieć, to wbrew zasadom — rzucił.

— Tu nie ma zasad, dowódco, lecę ratować je obie, równie dobrze Paweł nie powinien pilotować tej maszyny — odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Nie byliśmy jeszcze małżeństwem. W tej chwili nie obowiązywała zasada, że bliska osoba nie powinna ratować kogoś z rodziny.

Dostrzegłem lecącego po lewej stronie Haze 013.

— Tu Haze 013. Powodzenia. Uważajcie z liną — usłyszeliśmy w radiostacji.

Reflektor oświetlał wzburzone morze. Widziałem te potężne fale. Na samą myśl, że za chwilę znajdę się tam, robiło mi się zimno.

— Jest. Widzę go. Nie wygląda to dobrze. Spory przechył na lewą burtę. Nabiera wody. Długo się nie utrzyma — rzucił pilot, zobaczywszy jednostkę.

— Paweł, kurwa, mamy jedno podejście, jedno, rozumiesz!!! Zrób to tak, jak potrafisz najlepiej. Pełna profesja. Wierzę w ciebie — rzucił Stary, podnosząc się z fotela. — Jesteś teraz zdany tylko na siebie, idę do wyciągarki — dodał i znalazł się przy mnie.

— Dowódca wie jak to obsługiwać? — zapytałem.

Omiótł mnie takim spojrzeniem, że aż mi się przykro zrobiło.

— Co jak co, ale jak zaczynałem, to były tylko Mi-2 i Mi-4, tego się nie zapomina — odburknął i otwarł boczne drzwi śmigłowca.

Uderzyło w nas przerażające zimno. Przeraźliwy huk silnika zlał się z odgłosami sztormu. Pomieszane dźwięki brzmiały jak ścieżka dźwiękowa horroru.

— Spuszczę cię na dziób, uważaj na maszt, bo jak się zaplątasz, to dupa — usłyszałem od pilota.

— Ratownik 01, tu Hoplit 03, podaj wasz status — rzucił w radiotelefon dowódca.

— Tu Ratownik 01, jeden YELLOW, jeden bez obrażeń, potrzebna deska i pomoc drugiego ratownika, sama nie dam rady ułożyć poszkodowanej na desce — usłyszałem głos Klaudii.

Paweł ustawił śmigłowiec w zawisie. Był na bezpiecznej wysokości. Podobnie jak pamiętnym razem, sygnał ostrzegawczy wysokościomierza co chwila się załączał.

— Ratownik 03 gotowy — zameldowałem, zakładając maskę na twarz.

Siekł mnie po twarzy silny wiatr i deszcz. Dowódca podpiął mnie do liny wyciągarki.

— Ratownik gotowy do opuszczenia — zameldował pilotowi.

— Opuszczać. Powodzenia. Trzymam maszynę w zawisie – usłyszałem.

Powoli opuszczano mnie na pokład. Widziałem kołyszący się pokład kutra. Dziób nienaturalnie wystawał ku górze. Rufa była niewidoczna, częściowo zalana wodą. Doczepiony do kosza starałem się jakoś korygować proces opuszczania. Mocne podmuchy wiatru rzucały mną na boki. Im bardziej rozwijała się lina wyciągarki, tym większa była amplituda wychyłów.

Nogami odbiłem się od wierzchołka masztu. Obawiałem się, że razem z tym koszem zaplątam się w liny omasztowania kutra i utknę tam na dobre. Po raz kolejny udało mi się odbić od masztu. Dowódca, wychylony do granic możliwości, sterował liną wyciągarki, jak mógł najlepiej. Kontrował i zatrzymywał ją, gdy tylko niebezpiecznie zbliżała się do masztu. Dojrzałem na dole Klaudię. Czekała, by mnie przechwycić.

Udało się. Chwyciła mnie i pociągnęła do siebie.

— Radek — rzuciła zdziwiona.

— A kogo się spodziewałaś, przecież nie zostawię was tutaj samych — odparłem, odpinając się od kosza.

Uderzyła kolejna wysoka fala. O mało co nie zmyło nas z pokładu. Pozostawiłem kosz. Wyciągnąłem z niego tylko deskę ortopedyczną.

— Gdzie Marzena? — zapytałem.

— W sterówce, chodźmy.

— Tu Ratownik 03, jestem na pokładzie. Wszystko w porządku. Tkwijcie w zawisie. Kosz niezabezpieczony, swobodny — zameldowałem.

Kolejne mocne uderzenie fali spowodowało, że runęliśmy obydwoje na pokład. Na czworaka dostaliśmy się do sterówki.

— Radek? — rzuciła zdziwiona Marzena, widząc moją osobę.

— A spodziewałaś się kogoś innego? — odparłem, klękając przy niej.

Obmacałem jej biodra. Delikatnie spróbowałem ją podnieść. Jęknęła z bólu. Dobrze oceniła swoje obrażenia. Miała połamaną miednicę. Ułożyłem deskę obok jej ciała.

— Słuchaj, Klaudia, jak uderzy fala, to sekundę po tym unosimy ją razem i ładujemy na deskę. Dam ci znak. — Tak. Rozumiem. Na twój znak — odparła, patrząc na mnie swoimi przecudnymi oczami.

Kiedy nastąpiło uderzenie fali o nadbudówkę, odczekałem sekundę i wrzasnąłem, wsuwając obie dłonie pod biodra dziewczyny:

— Już, teraz!!!

Klaudia wsunęła ręce pod plecy Marzeny i oboje unieśliśmy ją ku górze. Sprawnie i szybko ułożyliśmy ją na desce. Z bólu straciła przytomność.

— Oddycha? — zapytałem.

— Tak, oddycha.

Kolejne fale zalewały pokład. Los kutra był przesądzony. — Dawaj, bierzemy ją do kosza, czas spierdalać.

Kiwnęła głową znacząco, zbliżyła się do mnie i pocałowała mnie w usta.

— Dziękuję, czułam, że to ty przylecisz.

— Hoplit 03, wychodzimy z poszkodowaną, bądźcie w gotowości — nadałem komunikat.

— Tu Hoplit 03, przyjąłem. W gotowości — odpowiedzieli.

Podnieśliśmy nieprzytomną Marzenę. Rzucani na prawo i lewo, dotarliśmy z nią do kosza. Sprawnie ułożyliśmy ją w środku.

— Podpinaj się — rozkazałem Klaudii.

— A ty? — zapytała.

— Nie uniesie nas trojga, poczekam tutaj — odparłem.

Potężne bałwany zalewały pokład. Nie było czasu. Każda sekunda była cenna. Klaudia zawahała się. Podpiąłem ją do kosza. Mocno pociągnąłem za linę, dając znak tym u góry, by podnosili kosz.

— Wrócę po ciebie, czekaj na mnie — krzyknęła, patrząc na mnie przerażonym wzrokiem.

— Tu Ratownik 03, poszkodowana i Ratownik 01 gotowi do ewakuacji. Podnoście — zameldowałem.

Trzymając się relingu na dziobie, obserwowałem, jak jadą do góry. Łajbą cholernie bujało. Doczepiona do kosza Klaudia już raz odbiła się nogami od masztu. Ten przechylał się na prawo i lewo. Jedno odbicie, drugie. Gdy wydawało się, że są już poza jego zasięgiem, stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Lina wyciągarki zaplątała się w omasztowanie.

— Tu Ratownik 01, lina zaplątała się o maszt kutra — zameldowała Klaudia.

— Tu Ratownik 03, pozostańcie na miejscu. Wspinam się, by wam pomóc — rzuciłem.

Mocno chwyciłem się masztu. Amplituda wychyleń była ogromna. Wspinałem się bez asekuracji tak szybko, jak tylko potrafiłem.

— Tu Hoplit 03. Nie utrzymam się tak długo. Ratownik 03, jeżeli nie dasz rady, będę zmuszony odciąć linę. Niebezpieczeństwo pociągnięcia śmigłowca — usłyszałem przerażający komunikat pilota.

Musiałem, musiałem za wszelką cenę uwolnić kosz. Odcięcie liny wyciągarki oznaczałoby wyrok śmierci dla obu kobiet. Runęłyby w dół na pokład tonącego kutra.

Nie patrzyłem na nic. Jak małpa wspinałem się coraz wyżej i wyżej. W końcu dotarłem do miejsca, gdzie zaplątała się lina. Klaudia spanikowana patrzyła na mnie. Zdałem sobie sprawę, że muszę się maksymalnie wygiąć bez żadnej asekuracji, by wypchnąć zablokowaną linę na wolną przestrzeń.

— Radek, nie, proszę — jęknęła, widząc, co mam zamiar zrobić.

— Kocham cię, pamiętaj o tym — rzuciłem, maksymalnie wyginając ciało, Dłoń uchwyciła zablokowaną linę i odepchnęła ją od masztu.

— Wyciągarka, góra, szybko — wrzasnąłem i poczułem, jak bezwładnie lecę w dół.

— Wciągam poszkodowaną i ratownika. Wszystko w porządku.

Wyrżnąłem o mokry pokład. Poczułem specyficzne chrupnięcie gdzieś w okolicach kręgosłupa. Patrząc w górę, widziałem, jak unosi się kosz wraz z przymocowaną do niego Klaudią.

Twarz zalewały fale. Przed oczami przeleciało mi całe życie. Pogodna i piękna twarz Agnieszki, przecudna twarzyczka i prześliczne oczęta Klaudii. Kapitan Miśkowiec i technik z Hoplita 01. Zobaczyłem długi, rozświetlony tunel, a na jego końcu czekającą na mnie Agnieszkę. Wyciągnęła do mnie dłoń i się uśmiechnęła. Potężna fala zmyła mnie z pokładu. Zagłębiałem się w toń rozszalałego Bałtyku. O dziwo, tam pod wodą było cicho i spokojnie. Nastała ciemność…



*****​



— Opuśćcie mnie, Opuśćcie!!! — wrzeszczała Klaudia, widząc, jak kuter niknie w otchłaniach morza.

— Nie, zostań, nie pomożesz mu, nie stracę już dzisiaj nikogo. Uspokój się!!! — krzyczał dowódca, mocno trzymając Klaudię w ramionach.

Założył jej dźwignię, obawiając się, że wyskoczy ze śmigłowca za swoim ukochanym.

Płakali oboje, płakali wszyscy na pokładzie Hoplita 03. Marzena odzyskała świadomość.

— Kurwa, nie zostawię tak tego — rzucił Paweł, gdy wciągnęli poszkodowanych.

Położył nos śmigłowca ku dołowi i, zataczając krąg, wystrzelił wszystkie nocne flary.

— Darłowo SAR, tu Hoplit 03, straciłem ratownika, wzywam wszystkie jednostki nawodne. Podaję koordynaty… Rozpocząć akcję ratunkową. Powtarzam: rozpocząć akcję ratunkową — nadał przez radio na wszystkich dostępnych częstotliwościach ratowniczych.

— Tu Ustka SAR, wysyłam okręt ratunkowy SAR-1500 — usłyszeli.

— Tu Kołobrzeg SAR, podajcie, czego potrzebujecie — kotłowało się w eterze.

— Tu Łeba SAR, okręt ratunkowy gotowy do wyjścia.

— Tu Darłowo SAR, Hoplit 04, po próbach, startuję.

Dowódca zamknął boczne drzwi śmigłowca i je zablokował. Pochylił się nad Marzeną.

— Spisałaś się na medal, wracamy do domu — szepnął, gładząc ją po twarzy.

— A Radek? — zapytała, nieświadoma tego, co się stało.

— Podjął go Hoplit 01, jest na jego pokładzie — odparł i odwróciwszy się, wybuchnął płaczem.

Tylko Klaudia, Paweł i dowódca wiedzieli, co kryje się za tym sygnałem rozpoznawczym. Komandor był pewny, że załoga Hoplita 01 zabrała swojego towarzysza na pokład. Radek dołączył do nich po długiej nieobecności…



*****​



Przez dwadzieścia cztery godziny realizowano akcję ratunkową. Marynarka Wojenna RP, Straż Graniczna i wszystkie polskie służby SAR wysłały wszystko, co mogły, w rejon wypadku. Wszystkie Mi-14 z ZOP-u kręciły się w tym rejonie, mając nadzieję na podjęcie żywego, starszego chorążego Radosława Gancarza. Każdy dostępny śmigłowiec SAR z Babich Dołów i Darłowa przeczesywał teren. Kilka jednostek nawodnych SAR metodycznie sprawdzało każdy ze wskazanych kwadratów. Na darmo. Po tym czasie zmieniono status akcji na poszukiwawczą, zdając sobie sprawę, że żywego ratownika już nie znajdą.

Pomimo szeroko zakrojonych poszukiwań, Bałtyk nie oddał ciała Radka, traktując je jako swoją własność. Zgodnie z morskim ceremoniałem odbył się pogrzeb. Specyficzny pogrzeb, bez ciała. Do trumny włożono mundur bohaterskiego ratownika i pozostałe w bazie rzeczy osobiste. Pochowano go obok Agnieszki.

Część osób nie wierzyła, że Radek zginął. Niektórzy twierdzili, że uratowała go rosyjska łódź podwodna operująca w pobliżu miejsca wypadku. Przekazywali to innym, twierdząc, że teraz szkoli rosyjskich matrosów w Murmańsku lub Archangielsku, a w wolnych chwilach łowi ryby w rosyjskich dziewiczych rzekach.

Klaudia swoją prawdę poznała dwa tygodnie później, podejmując w mroźny listopadowy poranek jedynego ocalałego rybaka z zatopionego kutra.

— Gdzie on jest? — zapytał ją, gdy znaleźli się na pokładzie Anakondy.

Było cholernie zimno, a on był w pierwszym stadium hipotermii. Pomyślała, że facetowi coś się przyśniło. Okryła go kocem i podała mu ciepłą herbatę z termosu.

— Nikogo oprócz pana już nie ma, reszta zginęła — odparła.

— Nie, nie o kolegów mi chodzi, tam był ratownik — wyrzucił z siebie starszy człowiek.

Zdębiała. Jaki ratownik? Sama wskoczyła do wody i go wyciągnęła. Mężczyzna bredził. Nie wyglądał jednak na takiego, który oszalał. Zachowywał się racjonalnie, zarówno w wodzie, jak i teraz w śmigłowcu.

— Był, był przy mnie cały czas. Mówił, że zaczeka ze mną na ratowników. Wiedział, że przylecicie. Był do końca. Nie opuścił mnie. Idź, uratuj go, on tam czeka — bajdurzył, wierząc w to, co mówi.

Nie dowierzała w to, co słyszy. Ten człowiek mówił to z taką szczerością, że nie można było mu nie wierzyć. Otworzyła zamknięte boczne drzwi Anakondy i spojrzała na wzburzoną toń Bałtyku. Kątem oka dostrzegła coś. Jakby jakaś postać zanurkowała w otchłań morza.

— Wiem, że tam jesteś — szepnęła do siebie, zamykając boczne drzwi maszyny.



EPILOG

Osiem miesięcy później. Oddział Położniczy Szpitala Powiatowego w Sławnie.



— Przyj mała, przyj! — wrzeszczała położna.

Kobieta po raz kolejny nabierała powietrza.. Już tydzień leżała na porodówce, a od siedmiu miesięcy była wyłączona z działań ratowniczych. Cieszyła się z tej ciąży. Radek pozostawił po sobie coś niesamowitego. Ich dziecko.

Położna otarła jej pot z czoła. Mocno nacisnęła na brzuch.

— Rodzimy, kochana, rodzimy!

Klaudia parła, ile tylko miała sił. Po raz kolejny. Lekarz już wcześniej naciął krocze. Rodziła w terminie i o czasie.

— Aaaaaaa — wyrzuciła z siebie.

— Jeszcze, jeszcze, kochana. Jest dobrze, przyj!!!.

Czerwona jak burak po raz kolejny nabierała powietrza. Była cała spocona.

— Dawaj, ratowniczko, dawaj, przyj, nie przestawaj! — Starsza kobieta potrafiła zmotywować „pierwiastki” do wysiłku.

Wrzeszczała wniebogłosy, wypychając na świat ich potomka. Czuła ból, by po chwili tulić w ramionach owoc ich miłości.

— Chłopiec, trzy kilo, dwieście, dziesięć w skali Apgar — usłyszała od położnej.

Zmęczona, wtuliła w siebie tę przecudną istotkę. Dziecina płakała. Tuliła ją mocno, całując w główkę. Zmęczona i szczęśliwa patrzyła w te prześliczne oczka.

— Dzień dobry, Radeczku, mama jest tu z tobą.



„Istnieje legenda o człowieku mieszkającym pod wodą. Nazywają go rybakiem ludzi. W tym naszym morzu zwany jest bałtyckim rybakiem ludzi. Jest ostatnią nadzieją tych, którzy zostali w wodzie.

Nazywają go Ratownikiem”.
 
Mężczyzna

jammer106

Cichy Podglądacz
Czytalam I płakałam.

Dobrej nocy Rybaku !
Ojoj, co ja narobiłem. Teraz sam nie wiem czy kontynuować tutaj kolejne części tej serii pod tytułem "Strażniczka Bałtyku", czy też uderzyć w tematy zbliżone do opowiadania "Renatka". Może jakieś podpowiedzi ze strony Czytelników, bo dylemat mam spory?
Serdecznie dziękuję za komentarz i pozdrawiam.
 
Mężczyzna

Greg...

Dominujący
Jego wieczna wachta jest nadzieją zywych:) Cholera, wzruszyłem się. Oto co narobiłeś "zagłuszaczu";)
Pisz co chcesz, wszystko będzie dobre.
Wiem, że Ci nie pomogłem, ale dasz radę, bo to masz w siebie wdrukowane:LOL:
Kurcze, tej dziewczynie dałbym już spokój. Niech będzie mamą dla malucha i niech on czuje się bezpiecznie przy Niej😊
 
Ostatnia edycja:
Mężczyzna

jammer106

Cichy Podglądacz
Jego wieczna wachta jest nadzieją zywych:) Cholera, wzruszyłem się. Oto co narobiłeś "zagłuszaczu";)
Pisz co chcesz, wszystko będzie dobre.
Wiem, że Ci nie pomogłem, ale dasz radę, bo to masz w siebie wdrukowane:LOL:
Kurcze, tej dziewczynie dałbym już spokój. Niech będzie mamą dla malucha i niech on czuje się bezpiecznie przy Niej😊

Jego wieczna wachta jest nadzieją zywych:) Cholera, wzruszyłem się. Oto co narobiłeś "zagłuszaczu";)
Pisz co chcesz, wszystko będzie dobre.
Wiem, że Ci nie pomogłem, ale dasz radę, bo to masz w siebie wdrukowane:LOL:
Kurcze, tej dziewczynie dałbym już spokój. Niech będzie mamą dla malucha i niech on czuje się bezpiecznie przy Niej😊
Ale w czym mi nie pomogłeś? Bo nie rozumiem.
Bardzo pomagasz, pisząc choćby komentarze, to buduje mnie i daje power do pisania.
Uniwersum Klaudii i jej przygód na chwilę obecną (bez tych odcinków), to jeszcze 18 odcinków, każdy po 45 minut czytania. Zdaje sobie sprawę że to bardzo dużo i z czasem może znużyć.
Dobra, postaram się podesłać cos frywolniejszego.
Pozdrawiam
 
Mężczyzna

Greg...

Dominujący
Ale w czym mi nie pomogłeś? Bo nie rozumiem.
Bardzo pomagasz, pisząc choćby komentarze, to buduje mnie i daje power do pisania.
Uniwersum Klaudii i jej przygód na chwilę obecną (bez tych odcinków), to jeszcze 18 odcinków, każdy po 45 minut czytania. Zdaje sobie sprawę że to bardzo dużo i z czasem może znużyć.
Dobra, postaram się podesłać cos frywolniejszego.
Pozdrawiam
OK, frywolne, a potem powrót do Klaudii.
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry