• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Czym nie jest cuckold?

Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Na ten temat (bardzo gorący i mocno polaryzujący) pojawiają się na forum różne opinie, często skrajne, a niekiedy nieproszone. Co do ogólnej definicji panuje zgodność – cuckold jest wtedy, kiedy mąż pozwala żonie na swobodę w doborze partnerów seksualnych – ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Do tego dochodzi dzielenie włosa na czworo: czym kandauleizm różni się od voyeuryzmu, czy wifesharing i cuckold to jedno i to samo, dlaczego poliamoria i swing to dwie różne rzeczy itd. Pomyślałem sobie zatem, że może mógłbym wykorzystać swoje ćwierćwiekowe doświadczenie w tej dziedzinie i powiedzieć co nieco o tym, czym cuckold nie jest. To jest zapewne wątek, o który nikt nie prosił i za który dostanie mi się od obu stron sporu – ale, jak śpiewało Pogodno, "ja to wytrzymam, ja to wypocę".

Przede wszystkim cuckold nie polega na uprzedmiotowieniu kobiety i traktowaniu jej jako obiektu, który można użyczyć komuś innemu. Idąc tym tropem, pokazywanie śmiałych zdjęć żony innym mężczyznom, żeby mogli sobie "pod nią zwalić" nie jest cuckoldem. To kobieta powinna mieć swobodę wyboru odnośnie tego, kto i w jaki sposób będzie mógł korzystać z jej wdzięków. Mąż w pełni jej ufa i nie jest o nią zazdrosny, ale nie podejmuje decyzji w jej imieniu, co wynika chociażby z elementarnego szacunku.

Cuckold nie jest również receptą na rozbudzenie wystygłego pożycia małżeńskiego. Żaden kolega, poznany na forum/Zbiorniku/imprezie (niepotrzebne skreślić), nie zamieni żony w nagrzaną hotkę, niezależnie od koloru jego skóry i wielkości narządu. Wszelkie próby "uwodzenia" mogą przynieść więcej szkody, niż pożytku. Pomysł na otwarcie związku na innych musi wyjść od wewnątrz i wynikać z chęci podzielenia się czymś wspaniałym, czym jest seks dwojga kochających się ludzi. Pisanie o żonie z "kolegami" z forum czy Zbiornika może ukoić znękaną fantazjami duszę, ale nie zastąpi kontaktu z żoną – kontaktu opartego na czułości i chęci zrozumienia.

Cuckold nie oznacza również zniewieścienia mężczyzny, który pozwala żonie na figle z innymi facetami, chociaż zdarzają się relacje, w których męża ekscytuje występowanie w takiej roli (trzeba tu jednak oddzielić rolę od osoby, bo czym innym jest chłosta BDSM, a czym innym przemoc domowa). Jeśli mężczyzna daje swojej żonie swobodę wyboru partnera, to znaczy, że jest pewien jej uczuć do niego, a tym samym swojej męskości. Nie obawia się, że żona poleci na większego, twardszego, grubszego, czarniejszego, przystojniejszego czy z lepszą furą.

Cuckold to również nie zdrada, ponieważ "chcącemu nie dzieje się krzywda", a ponadto zdradą nie jest wyłącznie seks z kimś innym. Jeśli robisz coś, z czego partner lub partnerka nie akceptują, lub z czego byliby zadowoleni – bez ich wiedzy, za ich plecami – to ich zdradzasz. Obiecałeś żonie, że już nie będziesz pił, ale idziesz do kolegi i tam chlejesz – to jest zdrada. Obiecałaś mężowi, że już nie będziesz wydawać na buty, ale dodatkowe pieniądze, o których nie wiedział, wydajesz na kolejną parę – to jest zdrada. Zaspokajanie nieakceptowanych popędów za plecami drugiej połówki – to zdrada.

Czy to oznacza…? Tak, to oznacza, że jeśli Twoja żona nie akceptuje Twoich ciągot do opowiadania o niej i rozsyłania jej zdjęć – a Ty to mimo wszystko bez jej wiedzy robisz, to jest to przykład wyjątkowo nieprzyjemnej zdrady, a nie cuckoldu.

Chciałbym jednak podkreślić, że moim celem jest obrona par, które pozwalają sobie nawzajem na swobodę (swing), bądź też par, w których tylko jedna ze stron ma tę swobodę (cuckold/cuckqueen). Par, które robią to świadomie i podejmują tę decyzję wspólnie. Szczęśliwych małżeństw i wolnych związków, które znalazły inny sposób na cieszenie się swoją seksualnością w oparciu o wzajemne zaufanie i szczerość. Wiem, że niektórym osobom może być trudno pojąć ten brak zazdrości i "terytorialności" w odniesieniu do drugiej osoby. Ktoś może się obawiać, że mu żona za mocno pójdzie w tango, więc na cuckold nie pozwoli; a ja się boję wysokości, więc nie latam na paralotniach. Każdy sam sobie wybiera swoje pasje i nie ma sensu nikogo przekonywać ani namawiać.

Chcę również jeszcze raz jasno powiedzieć, że "obrabianie" żon za ich plecami to nie żaden cuckold, tylko traktowanie kobiety jako źródła podniecenia i obiektu do dyspozycji, a na dodatek pierwszej wody zdrada. Poza krótkotrwałym zaspokojeniem fantazji nie prowadzi to żadnej trwałej satysfakcji.

Skądinąd zastanawia mnie spora popularność tych fantazji w społeczeństwie, które jeszcze do niedawna (pół wieku temu?) traktowało kobiety dość przedmiotowo, a w przypadku małżeństwa wręcz "własnościowo". Czy to się bierze z pornografii i wizerunku namiętnej kobiety jako akceptującej seks z kim popadnie? Jeśli więc żona nie jest szczególnie namiętna, to może właśnie jej "otwarcie" na innych podniesie temperaturę w łóżku?

Dla mnie osobiście jest to możliwość obserwowania i przeżywania rozkoszy mojej żony w sposób niezmącony moim uczestnictwem. Jak pisałem wcześniej, byłem pierwszym partnerem seksualnym mojej narzeczonej (wtedy jeszcze), dlatego gdy zupełnie szczerze i uczciwie zapytała mnie, co się stanie, jeśli będzie chciała się dowiedzieć, jak to jest z innym, wolałem po prostu dać jej szansę, zamiast zmuszać ją do zdrady albo straszyć rozstaniem. Ćwierć wieku później uważam, że był to najlepszy możliwy wybór. Patrząc na nią dzisiaj dochodzę do wniosku, że żadna zazdrość ani męska duma nie zrekompensowałaby mi jej utraty.
 
Mężczyzna

cuckoldman

Biegły Uwodziciel
Na ten temat (bardzo gorący i mocno polaryzujący) pojawiają się na forum różne opinie, często skrajne, a niekiedy nieproszone. Co do ogólnej definicji panuje zgodność – cuckold jest wtedy, kiedy mąż pozwala żonie na swobodę w doborze partnerów seksualnych – ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Do tego dochodzi dzielenie włosa na czworo: czym kandauleizm różni się od voyeuryzmu, czy wifesharing i cuckold to jedno i to samo, dlaczego poliamoria i swing to dwie różne rzeczy itd. Pomyślałem sobie zatem, że może mógłbym wykorzystać swoje ćwierćwiekowe doświadczenie w tej dziedzinie i powiedzieć co nieco o tym, czym cuckold nie jest. To jest zapewne wątek, o który nikt nie prosił i za który dostanie mi się od obu stron sporu – ale, jak śpiewało Pogodno, "ja to wytrzymam, ja to wypocę".

Przede wszystkim cuckold nie polega na uprzedmiotowieniu kobiety i traktowaniu jej jako obiektu, który można użyczyć komuś innemu. Idąc tym tropem, pokazywanie śmiałych zdjęć żony innym mężczyznom, żeby mogli sobie "pod nią zwalić" nie jest cuckoldem. To kobieta powinna mieć swobodę wyboru odnośnie tego, kto i w jaki sposób będzie mógł korzystać z jej wdzięków. Mąż w pełni jej ufa i nie jest o nią zazdrosny, ale nie podejmuje decyzji w jej imieniu, co wynika chociażby z elementarnego szacunku.

Cuckold nie jest również receptą na rozbudzenie wystygłego pożycia małżeńskiego. Żaden kolega, poznany na forum/Zbiorniku/imprezie (niepotrzebne skreślić), nie zamieni żony w nagrzaną hotkę, niezależnie od koloru jego skóry i wielkości narządu. Wszelkie próby "uwodzenia" mogą przynieść więcej szkody, niż pożytku. Pomysł na otwarcie związku na innych musi wyjść od wewnątrz i wynikać z chęci podzielenia się czymś wspaniałym, czym jest seks dwojga kochających się ludzi. Pisanie o żonie z "kolegami" z forum czy Zbiornika może ukoić znękaną fantazjami duszę, ale nie zastąpi kontaktu z żoną – kontaktu opartego na czułości i chęci zrozumienia.

Cuckold nie oznacza również zniewieścienia mężczyzny, który pozwala żonie na figle z innymi facetami, chociaż zdarzają się relacje, w których męża ekscytuje występowanie w takiej roli (trzeba tu jednak oddzielić rolę od osoby, bo czym innym jest chłosta BDSM, a czym innym przemoc domowa). Jeśli mężczyzna daje swojej żonie swobodę wyboru partnera, to znaczy, że jest pewien jej uczuć do niego, a tym samym swojej męskości. Nie obawia się, że żona poleci na większego, twardszego, grubszego, czarniejszego, przystojniejszego czy z lepszą furą.

Cuckold to również nie zdrada, ponieważ "chcącemu nie dzieje się krzywda", a ponadto zdradą nie jest wyłącznie seks z kimś innym. Jeśli robisz coś, z czego partner lub partnerka nie akceptują, lub z czego byliby zadowoleni – bez ich wiedzy, za ich plecami – to ich zdradzasz. Obiecałeś żonie, że już nie będziesz pił, ale idziesz do kolegi i tam chlejesz – to jest zdrada. Obiecałaś mężowi, że już nie będziesz wydawać na buty, ale dodatkowe pieniądze, o których nie wiedział, wydajesz na kolejną parę – to jest zdrada. Zaspokajanie nieakceptowanych popędów za plecami drugiej połówki – to zdrada.

Czy to oznacza…? Tak, to oznacza, że jeśli Twoja żona nie akceptuje Twoich ciągot do opowiadania o niej i rozsyłania jej zdjęć – a Ty to mimo wszystko bez jej wiedzy robisz, to jest to przykład wyjątkowo nieprzyjemnej zdrady, a nie cuckoldu.

Chciałbym jednak podkreślić, że moim celem jest obrona par, które pozwalają sobie nawzajem na swobodę (swing), bądź też par, w których tylko jedna ze stron ma tę swobodę (cuckold/cuckqueen). Par, które robią to świadomie i podejmują tę decyzję wspólnie. Szczęśliwych małżeństw i wolnych związków, które znalazły inny sposób na cieszenie się swoją seksualnością w oparciu o wzajemne zaufanie i szczerość. Wiem, że niektórym osobom może być trudno pojąć ten brak zazdrości i "terytorialności" w odniesieniu do drugiej osoby. Ktoś może się obawiać, że mu żona za mocno pójdzie w tango, więc na cuckold nie pozwoli; a ja się boję wysokości, więc nie latam na paralotniach. Każdy sam sobie wybiera swoje pasje i nie ma sensu nikogo przekonywać ani namawiać.

Chcę również jeszcze raz jasno powiedzieć, że "obrabianie" żon za ich plecami to nie żaden cuckold, tylko traktowanie kobiety jako źródła podniecenia i obiektu do dyspozycji, a na dodatek pierwszej wody zdrada. Poza krótkotrwałym zaspokojeniem fantazji nie prowadzi to żadnej trwałej satysfakcji.

Skądinąd zastanawia mnie spora popularność tych fantazji w społeczeństwie, które jeszcze do niedawna (pół wieku temu?) traktowało kobiety dość przedmiotowo, a w przypadku małżeństwa wręcz "własnościowo". Czy to się bierze z pornografii i wizerunku namiętnej kobiety jako akceptującej seks z kim popadnie? Jeśli więc żona nie jest szczególnie namiętna, to może właśnie jej "otwarcie" na innych podniesie temperaturę w łóżku?

Dla mnie osobiście jest to możliwość obserwowania i przeżywania rozkoszy mojej żony w sposób niezmącony moim uczestnictwem. Jak pisałem wcześniej, byłem pierwszym partnerem seksualnym mojej narzeczonej (wtedy jeszcze), dlatego gdy zupełnie szczerze i uczciwie zapytała mnie, co się stanie, jeśli będzie chciała się dowiedzieć, jak to jest z innym, wolałem po prostu dać jej szansę, zamiast zmuszać ją do zdrady albo straszyć rozstaniem. Ćwierć wieku później uważam, że był to najlepszy możliwy wybór. Patrząc na nią dzisiaj dochodzę do wniosku, że żadna zazdrość ani męska duma nie zrekompensowałaby mi jej utraty.
W pełni się z Tobą zgadzam,
 
Mężczyzna

AlWe1

Cichy Podglądacz
Widzę że to jest poważniejszy wątek na ten temat i oby uniknął on postów z cyklu o tym, że komuś się nie podoba taka aktywność więc będzie wyzywał jej amatorów. Ja do nich nie należę, nie mam na koncie takich doświadczeń, nie chcę też ich mieć - rozumiem jednak, że ktoś może mieć inaczej. Ale w związku z tym nie ukrywam, że przejawiam życzliwe zainteresowanie i ciekawi mnie, w jaki sposób pary decydują się na takie spotkania. Z tego co tu czytałem w innych wątkach, inicjatywa jest niekiedy po stronie mężczyzny a niekiedy po stronie kobiety aby wejść w takie relacje. Kto jednak wybiera z kim się spotkać - kobieta czy wybór jest wspólny? Jak wygląda kwestia seksu bez prezerwatywy, jeśli para się na to decyduje, to czy jest to naprawdę para czy kobieta? Ostatnia kwestia, co jeśli ktoś się rozmyśli w ostatniej chwili albo w trakcie - lub przeciwnie, tak się wkręci, że natychmiast dojdzie? Umawiacie się drugi raz?

Wiem że na te pytania można odpowiedzieć nieśmiertelnym "to zależy" albo "i tak i tak", może jednak ktoś tu dorzuci coś konkretniejszego od siebie.
 
Mężczyzna

cuckoldman

Biegły Uwodziciel
Widzę że to jest poważniejszy wątek na ten temat i oby uniknął on postów z cyklu o tym, że komuś się nie podoba taka aktywność więc będzie wyzywał jej amatorów. Ja do nich nie należę, nie mam na koncie takich doświadczeń, nie chcę też ich mieć - rozumiem jednak, że ktoś może mieć inaczej. Ale w związku z tym nie ukrywam, że przejawiam życzliwe zainteresowanie i ciekawi mnie, w jaki sposób pary decydują się na takie spotkania. Z tego co tu czytałem w innych wątkach, inicjatywa jest niekiedy po stronie mężczyzny a niekiedy po stronie kobiety aby wejść w takie relacje. Kto jednak wybiera z kim się spotkać - kobieta czy wybór jest wspólny? Jak wygląda kwestia seksu bez prezerwatywy, jeśli para się na to decyduje, to czy jest to naprawdę para czy kobieta? Ostatnia kwestia, co jeśli ktoś się rozmyśli w ostatniej chwili albo w trakcie - lub przeciwnie, tak się wkręci, że natychmiast dojdzie? Umawiacie się drugi raz?

Wiem że na te pytania można odpowiedzieć nieśmiertelnym "to zależy" albo "i tak i tak", może jednak ktoś tu dorzuci coś konkretniejszego od siebie.
Postaram się odpowiedzieć, ... Pary Decydują się na takie spotkanie po dłuższej rozmowie i spełnianiu fantazji najpierw we dwoje, otwieraniu się na nowości, u nas np pojawił się wątek, zabawy z wibratorem, partnerka była penetrowana sztucznym członkiem przeze mnie a ona w tym samym czasie robiła mi dobrze ustami, podobało jej się to... To był taki delikatny wstęp... Również kręciło nas to jak ktoś patrzy jak uprawiany seks ....

Kto wybiera ? U nas oczywiście ,że kobieta wybiera to jej głównie fizycznie ma się spodobać mężczyzna, nie ukrywamy ,że też wielkość penisa na tu znaczenie, bo spotykamy się w wiadomym celu, oczywiście że w głowie też coś musi mieć, ale to szybko idzie wywnioskować chociaż po wcześniejszej rozmowie np na zbiorniku ...

U nas nie ma seksu bez prezerwatywy i nie ma kończenia w cipce, taka nasza zasada, możesz skończyć gdzie chcesz tylko nie w środku, a jak lubisz w ustach to tym lepiej ponieważ partnerka jest fanką takiego zakończenia.....

Zawsze może się tak zdarzyć ,że ktoś się rozmyśli, ale wydaje się że jeżeli para decyduje na taki układ to ma to przemyślane i trochę czasu o tym dyskutowali ... My np zaczynaliśmy od pokazu seksu na żywo, i " kolega" stopniowo do nas dołączał, a na pełną zabawę we 3 czyli już z penetracją, zdecydowaliśmy się na chyba 6 czy 7 spotkaniu z nim, wiec wszystko było ustalone i przedyskutowane między nami, oboje chcieliśmy tego spróbować i nikt nikogo do niczego nie zmuszał,

Co do orgazmu, partnerka bardzo łatwo szybko i swobodnie osiąga orgazm więc, z tym nie ma problemu, gorzej by było gdyby nie mogła dojść na takim spotkaniu, to mogło by świadczyć o jakieś blokadzie w głowie i braku swobody, czy braku luzu,

... ,Kobiece skryte fantazje oj mogą zaskoczyć nie jednego mężczyznę, ....
 
Ostatnia edycja:
Mężczyzna

bsquare

Seks Praktykant
Z tego co tu czytałem w innych wątkach, inicjatywa jest niekiedy po stronie mężczyzny a niekiedy po stronie kobiety aby wejść w takie relacje. Kto jednak wybiera z kim się spotkać - kobieta czy wybór jest wspólny? Jak wygląda kwestia seksu bez prezerwatywy, jeśli para się na to decyduje, to czy jest to naprawdę para czy kobieta? Ostatnia kwestia, co jeśli ktoś się rozmyśli w ostatniej chwili albo w trakcie - lub przeciwnie, tak się wkręci, że natychmiast dojdzie? Umawiacie się drugi raz?

Przede wszystkim dziękuję za szacunek i ciekawość; rzadko się zdarza, żeby ktoś spoza tego zaklętego (lub przeklętego, jak kto woli) kręgu zaglądał do środka z – jak to ująłeś – "życzliwym zainteresowaniem". Postaram się wynagrodzić ten śmiały ruch.

Jak już zauważyłeś, nie ma w tej dziedzinie żadnych reguł i dynamika związku może na bieżąco wyznaczać rozmaite tendencje. Zacznijmy od początku, czyli jak pary się na to decydują. W środowisku da się zaobserwować pewne spektrum, które dla osób z zewnątrz może jednak wydawać się okręgiem. Na jednym końcu znajdują się pary, w których ta inicjatywa została zasugerowana przez kobiety; zazwyczaj ma to miejsce w bardzo stabilnym związku, w którym kobieta może uznać taką propozycję za mało ryzykowną, ponieważ przeciętny Polak na hasło "czy mogłabym się bzyknąć z Bolkiem?" może zareagować gorzej, niż na przesoloną zupę, a na dodatek uznać taką reakcję za uzasadnioną. Nieco bliżej szarej rzeczywistości znajdują się pary, w których taka sugestia ze strony mężczyzny spotkała się z aprobatą kobiety, bądź też aprobata ta wymagała pewnych rozważań i dyskusji. Spieszę tu donieść, że wbrew pozorom znakomita większość żon wcale nie reaguje na takie pomysły z zachwytem, że oto nareszcie zostaną spuszczone ze smyczy monogamii i będą mogły sobie poszaleć. Jeśli ktoś tak uważa, to raczej przekłada typowe męskie myślenie klasycznego darwinowskiego zraszacza spermą, który stara się kopulować z możliwie dużą liczbą samic celem zdywersyfikowania puli genetycznej własnego potomstwa. Od klasycznego "jesteś zboczony", poprzez "nie, bo nie", "za kogo mnie uważasz", aż po "ty już mnie nie kochasz" – argumenty przeciw są liczne i rozmaite, a mężczyźni, których propozycje spotykały się z takim przyjęciem, stanowią chyba najliczniejszą grupę zrealizowanych fantastów w tej dziedzinie.

Nie tak liczną jednak, jak ci, którzy pod ciężarem artylerii retorycznej swych żon postanowili wycofać się na z góry upatrzone pozycje, czyli do świata fantazji. Nieco dalej są jeszcze tacy, którzy nawet nie próbowali wychodzić z taką propozycją, obawiając się moralnego odpowiednika nalotu dywanowego. Wreszcie na drugim końcu osi, gdzie rzeczywistość jest już najokrutniejsza, lokują się ci, których żony poinformowały o fakcie dokonanym oraz ci, którzy w sposób mniej lub bardziej zaskakujący odkryli ich romanse – jednak albo odkryli, że tak naprawdę czerpią z tego przyjemność, albo po prostu zaakceptowali tę sytuację. Mnie osobiście trudno sobie wyobrazić taką sytuację, chociaż w pewnej młodzieńczej relacji miałem w tej materii dość dziwną przygodę.

Jak wspomniałem, komuś może się wydawać, że nie ma różnicy między kobietą faktycznie przyprawiającą rogi mężowi, a tą, która jedynie rozważa taką możliwość. Dla mnie ta różnica jest ogromna, ponieważ w drugim przypadku jest to tylko myśl, czasem nawet niekoniecznie ochota. Zauważmy, że w niejawnie zakładamy, że większość mężczyzn myśli w tych kategoriach, tzn. przyjmujemy, że pragnienie seksu pozamałżeńskiego (używam pojęć "związek", "para" lub "małżeństwo", a także "mąż/żona" i "partner(ka)" zamiennie) jest właściwe każdemu mężczyźnie, bo "tak po prostu jest" albo ponieważ "faceci są tak zrobieni". Mężczyźni, zwłaszcza w pewnych kręgach, nie uznają za niewłaściwe demonstrowania chęci na seks z kobietą inną, niż ich stała partnerka; w kobietach przeciwna tendencja jest chyba wciąż dość mocno zaszyta, a przynajmniej była do niedawna. Swoją drogą ciekawy przyczynek do rozważań o promiskuityzmie kobiety: "dziwką" nazwą ją ci mężczyźni, którym odmówi, a także te kobiety, które jej pozazdroszczą.

Odnośnie wyboru kochanków również są spore różnice. Są kobiety, które podnieca fakt, że jakiś mężczyzna (np. mąż, ale to może być również kochanek) może nimi rozporządzać i traktować je jako obiekt seksualnych igraszek, który można udostępniać innym mężczyznom. Mogę coś na ten temat powiedzieć, ponieważ jest to dla mojej żony niesamowity fetysz, i od razu spieszę wyjaśnić, że nie jest to codzienność naszego związku (zdarza się to częściej, niż Boże Narodzenie, ale rzadziej, niż miesięcznica smoleńska). Niektóre kobiety pociąga seks z innymi mężczyznami, ale nie mają śmiałości do podrywania ich w świecie rzeczywistym, a po godzinie przebywania na Zbiorniku czy też dowolnym portalu tego typu oddają sprawę w ręce swoich mężów, bo nie mają ani siły, ani ochoty na przedzieranie się przez terabajty fiutów, nadesłanych przez facetów, dla których PNG ma znaczyć "penis na goło", zaś JPG – "jego penis goły".

Otwarty związek niekoniecznie oznacza też rozwiązłość. Często zdarza się, że kiedy parze uda się trafić na fantastycznego faceta, przestają szukać i cieszą się stabilną relacją, dającą wszystkim wiele satysfakcji. Wiele par, zmęczonych ciągłymi poszukiwaniami, marzy o stałym kochanku.

Seks bez prezerwatywy to zawsze wspólna decyzja, a przypadki naruszenia tej umowy przez kobietę są w tym dziwnym świecie często traktowane jako zdrada.

Ostatnie pytanie to bodaj jeden z najczęstszych (po dyskusjach o "przekonaniu" lub "namówieniu" żony) tematów. Co ciekawe, zazwyczaj w odwoływaniu spotkań w ostatniej chwili – bądź też w niezjawianiu się – celują głównie panowie, dochodzący na trzeciego. Może to mieć związek z mniej pochopną decyzją w przypadku pary, bo jednak to dwie osoby muszą się zgodzić i zazwyczaj dobrze omówią to między sobą, zanim zaczną pakować się w coś poważnego.

Wielokrotnie zdarzało się nam, że pan doszedł za szybko – i nigdy nie było to przyczyną, dla której uznalibyśmy spotkanie za nieudane, a taką osobę przekreślili, ale to mogą być kwestie bardzo osobiste. Bywali panowie, którzy w seksie świetnie się sprawdzali, ale towarzysko byli beznadziejni – a ponieważ dla nas tego typu relacje nie są oparte wyłącznie na seksie, nie mieliśmy ochoty znowu się z nimi spotykać. Pomijając sytuacje, kiedy pan był "za duży" (nie zawsze duży może więcej), względy natury fizycznej, a w szczególności rozmiar prącia, rzadko kiedy były dla nas decydujące.
 

Podobne tematy

Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry