• Witaj na forum erotycznym SexForum.pl Forum przeznaczone jest wyłącznie dla dorosłych. Jeżeli nie jesteś pełnoletni, lub nie chcesz oglądać treści erotycznych koniecznie opuść tą stronę.
  • Cytuj tylko wtedy, gdy to konieczne. Aby odpowiedzieć użytkownikowi, użyj @nazwa_użytkownika.

Znak

Mężczyzna

SubtelnyPan

Cichy Podglądacz
(Cześć to prawda, część dodałem od siebie. Zwłaszcza dialogi i przemyślenia. To opowiadanie o pierwszym, symbolicznym kroku.)


Miała dwadzieścia osiem lat i dwa tatuaże. Jeden na żebrach – delikatny, wijący się kwiat – upamiętniał coś, o czym nie mówiła. Drugi, na wewnętrznej stronie nadgarstka, był datą. Oba były jej wyborem, jej pieczęcią na skórze. A teraz, stojąc nago przed lustrem w łazience, trzymała w dłoni czarny, cienkopis.

Słowa z maila wciąż brzęczały w jej głowie, jak uwięziona mucha. „Napisz na wewnętrznej części uda. Dwie litery. S. U.” Brzmiało to niedorzecznie. Głupio. Jak dziecięca gra. A jednak jej dłoń nie drżała, gdy opierała czubek flamastra o ciepłą skórę.

To tylko tusz. Zmyje się, pomyślała, ale wiedziała, że to kłamstwo. To nie był tusz. To było polecenie. Pierwsze, które dostała od niego – od Wojtka. Faceta, którego nigdy nie widziała, którego głosu nie słyszała. Znała tylko jego słowa. Precyzyjne, cierpliwe, jak narzędzia chirurga rozkładane na sterylnej szmatce. Rozmawiali tydzień. Tylko maile. O lękach. O wstydzie, który gnieździł się w dołku jej brzucha. O potrzebie, która od lat była jak cicha melodia w tle życia, której nie śmiała przygłośnić.

„S. U.”.
Pociągnęła pierwszą linię. Pionowa kreska 'S'. Potem zaokrąglenie. Praca szła wolno, bo chciała, by było starannie. Na niby. Dla siebie. Ale gdy kończyła 'U', ogarnęło ją uczucie tak absurdalne, że parsknęła śmiechem. Stała nago, pisząc sobie na udzie inicjały obcego mężczyzny. Jestem idiotką. Dojrzałą, poczytalną idiotką.

Umyła dłonie. Tusz był wodoodporny. Czarne litery kontrastowały z bladą skórą. Nie zmyły się. Włożyła stringi – czarną koronkę, którą kupiła specjalnie na ten dzień, choć nie wiedziała czemu. Gdy materiał przesunął się po napisie, poczuła delikatne tarcie. I wtedy to się stało.

Nie było to podniecenie z filmów. Nie było gwałtowne. To był fakt. Fizyczny, namacalny dowód, że zrobiła coś, bo ON kazał. Że nosi na sobie, pod ubraniem, znak czyjejś woli. I że nikt o tym nie wie. Szef w pracy, pani w sklepie, kobieta obok w kolejce do kawy – wszyscy widzieli Paulinę, zadbaną, uśmiechniętą Paulinę. Nikt nie widział 'S. U.'.

Cały dzień był tym znakiem naznaczony. Gdy siedziała przy biurku, opierając uda o krawędź, czuła lekkie uciskanie. Gdy szła na spotkanie, materiał sukienki ocierał się o napis. Każde muśnięcie było jak przypomnienie. Cichy dzwonek w systemie. Jestem tu. Pamiętaj.

Wieczorem, rozbierając się, stanęła znów przed lustrem. Stringi leżały na podłodze. Litery były nieco rozmazane od potu i tarcia, ale wciąż wyraźne. Dotknęła palcem 'S'. Skóra pod tuszem była ciepła.

Otworzyła laptopa. W polu adresata wpisała znany już adres. Jej palce przez chwilę zawisły nad klawiaturą. Co napisać? „Zadanie wykonane”? Brzmiało jak raport z pracy. Wzięła głęboki oddech i zaczęła pisać szczerze, tak jak on ją do tego przyzwyczaił.

„Dzisiaj jestem wypoczęta pomimo intensywnego dnia. Zgodnie z Twoją sugestią noszę od rana mały znak "S U" na lewym udzie... Jest to o tyle podniecające, że nigdy dotąd nie nosiłam żadnego znaku na czyjeś polecenie... Cały dzień wracają mi myśli o naszej rozmowie, świadomość tego, że ktoś każe mi coś zrobić i trwać w tym, jest pobudzająca a zarazem podniecające. Łapię się na tym, że myślę: 'Jakie będzie następne zadanie?'.”

Wysłała. I wtedy, stojąc w ciszy własnej sypialni, zrozumiała. To nie było o tuszu, ani o udzie. To było o granicy, którą właśnie przekroczyła. Dotychczas jej uległość była fantazją. Mglistym obrazem w głowie. Teraz miała na skórze jej dowód. Fizyczny, zmywalny, ale prawdziwy. Pierwszy cegiełka zaufania, położona nie wirtualnie, a w jej własnej, rzeczywistej przestrzeni.

Odwróciła się od lustra i podeszła do łóżka. Położyła się na plecach i położyła dłoń na udzie, przykrywając napis. Zamknęła oczy. Nie myślała już o tym, czy to głupie. Czuła tylko ciepło swojej dłoni, twardy kontur liter pod palcami i cichy, elektryzujący dreszcz, który wędrował w górę kręgosłupa. Czekała. Nie na orgazm, nie na fizyczną przyjemność.

Czekała na jego odpowiedź.
 
Mężczyzna

SubtelnyPan

Cichy Podglądacz
Część 2: Tarcie

Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewała. Nie było w niej podziękowań ani pochwał. Była w niej logika, która sprawiła, że jej serce zabiło mocniej.

„Dobrze. Teraz następny krok. Jutro w pracy. Zdejmiesz bieliznę w toalecie. Pójdziesz bez niej. Niech cały dzień przypomina Ci o mojej decyzji. I napisz mi, jak Twoje ciało reaguje na materiał spodni. Gdzie czujesz tarcie najbardziej. Szczególnie, gdy siedzisz.”

Paulina przeczytała to trzy razy. Pracowała w miejskiej bibliotece. Cichej, pełnej kurzu i starych opowieści. Miejsce, gdzie nikt nie spodziewa się niczego. Gdzie ona była osobą, która układała świat na półkach w idealnym porządku. A teraz miała tam iść z pustką między nogami, z tajemnicą pod starannie wyprasowanymi dżinsami.

Nazajutrz, w toalecie dla personelu, jej dłonie drżały przy guziku spodni. To było absurdalne. Głupie. Niebezpieczne? Nie, po prostu… intymne w sposób, który paraliżował. Gdy zdjęła stringi i wsunęła je do torebki, poczuła nagłe, lodowate powietrze na skórze. I wtedy dotarło do niej. To nie była tylko nagość. To była dostępność. Gotowość. Nawet jeśli tylko symboliczna, tylko w jej głowie.

Pierwsze kroki korytarzem były jak chodzenie po linie. Każdy ruch materiału wydawał się głośniejszy, bardziej wyraźny. Dżinsy, zwykle miękkie i znoszone, nagle stały się świadome. Gruby szew wewnętrzny stał się linią frontu.

Usiadła przy swoim stanowisku. To był moment prawdy. Gdy opuszczała się na krześle, szorstki materiał napiął się na jej skórze. Nie był to ból. Było to obecne, intensywne uczucie. Szczególnie, gdy przesunęła się, by sięgnąć po książkę. Szew centralny przesunął się, wywierając stanowczy, nieubłagany nacisk dokładnie tam, gdzie nigdy wcześniej nie czuła ubrania.

Przez cały poranek jej umysł był rozdwojony. Jedna część układała katalog, uśmiechała się do czytelników, odpowiadała na pytania. Druga część była skupionym obserwatorem. Notowała każdą zmianę pozycji, każde tarcie, każdy przypływ ciepła, który zdawał się podążać za szwem dżinsów. Gdy wstawała, by przejść między regałami, materiał ocierał się o wewnętrzną stronę jej ud – najpierw lekko, potem, przy szerszym kroku, stanowczo. To było jak nieustanne, dyskretne przypomnienie. Nie słowami, a czystą, fizyczną realnością.

Gdy siadała na różnych krzesłach – niskim przy komputerze, twardym w czytelni, miękkim w pokoju socjalnym – odkrywała, że każde z nich komunikowało się z nią inaczej. Na twardym krześle ucisk był punktowy, jasny i nieprzepuszczający. Na miękkim – materiał dżinsów wtulał się w jej ciało, obejmując je pełniej, a tarcie stawało się głębokim, rozgrzewającym pocieraniem.

Najintensywniej jednak czuła to w momencie, gdy zakładała nogę na nogę. Napięty materiał przeciągał się wtedy przez wrażliwą skórę, a ucisk z wewnętrznej strony uda stawał się niemal przytłaczający. To była pozycja, w której czuła się najbardziej „odkryta”, mimo że była w pełni ubrana. Każda zmiana pozycji stawała się świadomym wyborem, a każdy wybór – aktem poddania się temu uczuciu.

Wieczorem, w domu, nie pisała już o „podnieceniu”. Pisała o fizjologii posłuszeństwa.

„Dżinsy stały się instrumentem. Szew centralny – dyrygentem. Na twardym krześle był punktowym rozkazem. Na miękkim – uporczywym, głębokim przypomnieniem. Gdy zakładałam nogę na nogę, materiał przeciągał się i uciskał tak, że musiałam wstrzymać oddech. Nie dla przyjemności. Dla… skupienia. Byłam cała w tym uczuciu. Każdy ruch był odpowiedzią na Twoje polecenie. Nie myślałam o niczym innym. Czułam tylko materiał i Twoją wolę pod spodem.”

Wysłała. Nie czekała na odpowiedź. Położyła dłoń tam, gdzie kilka godzin wcześniej pracował szorstki materiał. Skóra była ciepła, prawie rozgrzana, jakby wchłonęła całą energię dnia. Zrozumiała teraz drugą warstwę jego polecenia. Nie chodziło o podniecenie. Chodziło o przywrócenie ciała do stanu absolutnej świadomości. O to, by przez cały dzień, wykonując najzwyklejsze czynności, jej umysł nie opuszczał granicy, którą razem przekroczyli. Granicy między jej wolą, a jego. A to tarcie, ten ucisk, był fizycznym, nieustannym strażnikiem tej granicy
 
Mężczyzna

SubtelnyPan

Cichy Podglądacz
Część 3: Protokół i obietnica

Minęło kilka dni ciszy. Święta. Dom rodziców pachniał piernikami i nostalgią. Paulina, otulona starym swetrem, próbowała być córką, siostrą, kuzynką. Na ekranie telewizora migotały obrazki z rodzinnego filmu. Na ekranie telefonu – inne polecenie.

„Przyślij listę swoich zabawek.”

To było proste. Logiczne. Kolejny krok. A jednak sparaliżowało ją na moment. Bo jej „arsenał” był żenująco skromny. Jeden wibrator na baterie, kupiony lata temu w chwili ciekawości. To wszystko. Odpisała szczerze, z poczuciem niedosytu.

Odpowiedź była natychmiastowa. „Rozumiem. W takim razie ciesz się filmem. Czy chcesz dodać tej chwili trochę pikanterii?”

Siedziała obok kuzynki Ani, ale jej uwaga już należała do ekranu telefonu. Na telewizorze migały obrazy, ale Paulina ich nie widziała. Odpisała ukradkiem: „A w jaki sposób?”

I wtedy zaczęła się zupełnie inna rozmowa. Nie była już o błahostkach. On, metodycznie jak zawsze, zaczął pytać: co lubi, czego nie lubi, o czym marzy, a czego się obawia. A ona, leżąc pod kocem obok niczego niepodejrzewającej kuzynki, pisała szczerzej niż kiedykolwiek. Opisywała fantazje, które do tej pory żyły tylko w jej głowie. O byciu związaną – nie delikatnie, ale tak, by każdy ruch napotykał opór. O penetracji, która nie była czuła, ale celowa i władcza.

W zamian on przesyłał jej krótkie opisy, fragmenty, które były jak scenariusze. Scena, w której kobieta jest unieruchomiona w wymuszonej pozycji, a mężczyzna korzysta z niej z techniczną precyzją. Inna, gdzie cała uwaga jest skierowana na jeden, intensywnie stymulowany fragment jej ciała, podczas gdy reszta pozostaje unieruchomiona i zaniedbana.

Leżała obok Ani, udając, że ogląda rodzinny film, a na małym ekranie jej telefonu rozgrywała się druga, tajemna rzeczywistość. I jej ciało zaczęło na to reagować z bezlitosną szczerością. Najpierw było to tylko lekkie ciepło w dole brzucha. Potem uczucie mrowienia na wewnętrznej stronie ud, które zmusiło ją do delikatnego przesunięcia nóg pod kocem. Wkrótce jednak wilgoć stała się nie do zignorowania. Czuła ją jako konkretny, ciepły ślad na majtkach, który z każdym przeczytanym zdaniem, z każdym nowym, śmiałym obrazem z jego wiadomości, stawał się wyraźniejszy i bardziej intensywny. To było fizyczne potwierdzenie, że te słowa, te cudze fantazje, trafiają w coś bardzo głębokiego i bardzo prawdziwego w niej samej.

Była mokra w środku rodzinnego salonu, przy blasku choinki, a ta sprzeczność dodawała tylko paliwa. Każdy ruch, by ukryć swoje rozkojarzenie, by odpowiedzieć na pytanie Ani, powodował lekkie, podniecające tarcie materiału o nabrzmiałe, wrażliwe wargi. Oddychała spokojnie, starając się, by po jej twarzy nie przemknął żaden grymas, ale wewnątrz wszystko pulsowało. To doskonałe rozdwojenie osiągnęło punkt kulminacyjny: ciepło kominka na skórze kontra gorączkowe bicie serca i wilgotne podniecenie od czytanych słów. Śmiech kuzynki z zabawnej sceny i jej własny, wewnętrzny dreszcz na myśl o byciu bohaterką tych erotycznych miniatur. W tym podwójnym życiu czuła się jednocześnie bezpieczna – bo obok była rodzina – i niesamowicie, niebezpiecznie żywa oraz świadoma każdego centymetra swojego pobudzonego ciała.

Chwilę później, stanęła w łazience. Ciało wysyłało jej własne, biologiczne sygnały – była w szczycie owulacji, co czuła jako wewnętrzne napompowanie, żywszy puls w podbrzuszu. Telefon leżał na umywalce. Jego wiadomość była długa, precyzyjna. Protokół. Nie sugestia. Kolejne, szczegółowe polecenie. Klękła na twardych płytkach i odliczyła do trzydziestu, jak kazał. To był akt pokory, fizycznego podporządkowania, zanim cokolwiek jeszcze się wydarzyło.

Potem weszła pod prysznic. Ciepła woda spływała po jej plecach. Ona wykonywała ruch po ruchu, zgodnie z jego scenariuszem. Delikatny dotyk ud. Poszukiwanie łechtaczki. Strzał wody zmieniający ciśnienie. Gdy dodała palce, jej oddech stał się głębszy, a ciało, już i tak uwrażliwione cyklem, odpowiedziało żywiej, intensywniej. To nie było zwykłe masturbowanie się. To było odgrywanie roli w stanie największej fizjologicznej gotowości. Roli osoby, której każde doznanie jest zaplanowane i zatwierdzone przez czyjąś wolę, i która akurat w tym momencie jest niezwykle podatna na każde dotknięcie.

Najintymniejszym momentem było skierowanie rozproszonego strumienia na okolicę odbytu. Ciepło rozluźniało mięśnie. Delikatne muśnięcie wody, ledwo wyczuwalne, było jednocześnie niczym i wszystkim. To była obietnica. Obietnica nowej granicy, która w zderzeniu z wewnętrznym pragnieniem ciała stała się nagle bardzo realna i pożądana.

Gdy skończyła, oparła rozpalone czoło o chłodną płytkę. Nie czuła wyczerpania. Czuła jasność i głębokie, wręcz zwierzęce zadowolenie. Było jej wspaniale. Ciało było rozluźnione, umysł – niespodziewanie spokojny, a jednocześnie pełen nowej determinacji. Nie mogła już dłużej czekać.

Nie otarła się nawet porządnie. Owinęła się ręcznikiem, wzięła telefon i padła na łóżko. Jej palce biegały po ekranie. Nie zastanawiała się. Nie szukała opinii. Wyszukała, wybrała, dodała do koszyka, opłaciła. Pierwszy korek analny. Prosty, gładki, początkowy. Kupiła go nie z ciekawości, a z przejrzystej, fizycznej potrzeby, którą jego protokół w niej obudził i która zbiegła się z falą jej własnej biologii. To była odpowiedź na obietnicę, na słowa o analu wypowiedziane wcześniej przy kuzynce, na marzenie, które właśnie przestało być mgliste.

Położyła telefon. Nie czekała już na odpowiedź. Czuła, że odpowiedź już nadeszła – w postaci tej ciszy po prysznicu, tego fizycznego spełnienia, tego potwierdzenia zamówienia na ekranie. „S. U.” na udzie dawno się zmyło. Ale teraz miała coś więcej niż znak. Miała protokół, który zadziałał, i obietnicę zapieczętowaną konkretnym przedmiotem w drodze do niej. A ona, Paulina, była w tej strukturze nie tylko świadomym elementem. Była teraz jej głodnym, w pełni zaangażowanym uczestnikiem
 
Mężczyzna

SubtelnyPan

Cichy Podglądacz
Część 4: Struktura

Okres między świętami a Sylwestrem był jak przezroczysty, bezwładny żel. Paulina tkwiła w rodzinnym domu, w stanie zawieszenia. W myślach kołowała jedna decyzja: wracać już do siebie, czy zostać jeszcze kilka dni? W mieszkaniu czekała na nią paczka. Mała, dyskretna, zawierająca pierwszą, fizyczną obietnicę tej nowej drogi. Myśl o niej nie dawała spokoju. Czuła jednocześnie pragnienie, by jak najszybciej ją odebrać i rozpakować, i lęk przed tym, co ten akt faktycznie oznacza. Chodziła po pokoju, przesuwała przedmioty bez celu. Prawdziwe życie, intensywne i precyzyjne, zdawało się toczyć gdzie indziej – zamknięte w ekranie telefonu, w oczekiwaniu na kolejny sygnał, który nada kierunek jej rozproszonym myślom.

Jego wiadomość przecięła tę martwotę. Zapytał, jak się czuje w tej przestrzeni między miejscami.

Pytanie było inne niż zwykle. Nie dotyczyło zadań, a jej stanu. To sprawiło, że odpowiedziała szczerzej niż planowała. Przyznała się do rozproszenia, do poczucia zagubienia. Nie do przyjemnego podniecenia, a do ciśnienia, które od niego oczekiwała, że je rozładuje.

Kilka minut później przyszła kolejna wiadomość, tym razem konkretna, ale wciąż nieoczywista. Poprosił, by pokazała mu swoje dłonie. Takie, jakie są w tej chwili.

Paulina spojrzała na swoje ręce. Były zwyczajne. Zapracowane. Bez świeżego lakieru, może trochę suche od zimowego powietrza. Instynktownie chciała zaproponować wersję poprawioną, z nowym lakierem, godną pokazania.

Jego odpowiedź była nieugięta w swojej prostocie. Nie chciał wersji poprawionej. Chciał teraźniejszość. Niedoskonałość. To, co jest. To – napisał – ma większą wartość.

Słowa „teraźniejszość” i „wartość” uderzyły ją. On nie chciał wystylizowanego obrazka. Chciał rzeczywistości. Chwili wahania, zwykłego dnia, śladu po decyzjach, które jeszcze nie zapadły. Podniosła telefon. To było pierwsze zdjęcie, które kiedykolwiek komukolwiek w tym kontekście wysłała. Nie selfie, nie erotyczny fragment, a zwykłe dłonie. A w szczególności – ta prawa dłoń. Ta sama, której opuszki godzinę wcześniej, pod prysznicem, prowadzone jego słowami, dotykały jej ciała, wydobywając z niego dreszcze i fale wilgoci. Ta dłoń była już jego narzędziem. Teraz pokazywała mu to narzędzie w surowej, niedopracowanej formie. Skupienie, z którym robiła zdjęcie, było inne niż cokolwiek wcześniej. Było to skupienie na szczerości aktu oddania. Starała się nie poprawiać ujęcia. Wysłane zdjęcie pokazywało po prostu jej dłonie – odsłonięte, zwyczajne, niedoskonałe. Zrobiła to, czując nie wstyd, a głęboką ulgę i dziwną dumę. Ulgę, że nie musi udawać doskonałości. Dumę, że to właśnie ta niedoskonałość, ta prawda jej ciała i chwili, ma dla niego wartość.

Następna wiadomość nie kazała długo czekać i była rozbudowanym, precyzyjnym protokołem, jakby zdjęcie było kluczem, który otworzył kolejne drzwi. Nakazał jej znaleźć samotne krzesło, zdjąć górną część ubrania, usiąść i z zamkniętymi oczami odliczać do stu. Przez cały ten czas jej palce, tylko opuszkami, miały delikatnie, jak piórkiem, muskać skórę jej klatki piersiowej i sutków, bez ucisku. Wyobraźnia miała pracować: to jego dłonie badają jej ciało, nie dla przyjemności, a by sprawdzić jej cierpliwość i dyscyplinę w najprostszym geście.

Wstała. Krzesło w rogu pokoju nagle zmieniło znaczenie. Odsunęła je na środek. Akt rozbierania był powolny, rytualny. Czuła powietrze na nagiej skórze. Usiadła. Drewno było twarde, konkretne. Zamknęła oczy.

Protokół rozpoczął się. Jeden. Dwa. Trzy. Opuszki palców jej prawej dłoni uniosły się. Delikatne muśnięcie skóry nad biustem. Dotyk był tak lekki, że niemal go nie czuła. To nie było o przyjemności. To było o precyzji i wytrzymałości. Przy dziesięciu palce dotarły do sutków. Wykonywała cierpliwe, okrężne ruchy. To drażnienie bez możliwości zaspokojenia było fizycznym odpowiednikiem jej wewnętrznego zawieszenia. Z każdą kolejną liczbą jej wyobraźnia ożywała. To nie były jej palce. To były jego dłonie. Badawcze, cierpliwe, oceniające. Pod tym wyimaginowanym dotykiem jej ciało reagowało z bezlitosną szczerością: skóra napinała się, sutki twardniały. Oddychała głęboko, a każdy wdech unosił klatkę piersiową, jakby ofiarowywał ją tej niewidzialnej kontroli. Jej umysł, rozproszony wcześniej, teraz skupił się do jednego, jasnego punktu: na wykonaniu polecenia. Wszystko inne przestało istnieć.

Gdy w myślach wypowiedziała „sto”, była rozgrzana, niesamowicie skupiona i paradoksalnie spokojna. To spokój wynikał z perfekcyjnego wykonania zadania.

Następne jego wiadomości były serią krótkich, reporterskich pytań. Kazał opisać. Odpisała, że było intensywne, w dobry sposób. Spytał, czy było głupie. Odpowiedziała bez wahania: nie. To nie było głupie. Było konstruktywne i oczyszczające. Zapytał, czy przyjemnie. Odparła, że tak, ale inaczej. To nie była przyjemność, jakiej się spodziewa. To było jak skupienie. Jak medytacja. W końcu dopytał o szczegóły. Napisała wprost: głównie piersi. Sutki. Dokładnie tak, jak nakazał. Był to suchy, prawdziwy raport. Fakt.

Kolejna wiadomość sprawiła, że serce zabiło jej mocniej. Masz w domu spinacze na pranie? Drewniane, duże.

Tak. Miała. To nie była już gra w wyobraźnię. To była zapowiedź materialnej interwencji.

Wstała z krzesła, które stało się miejscem egzaminu. Drewniane spinacze w dłoni były ciężkie, chłodne. Ich sprężyna wydała metaliczny dźwięk. Wszelkie rozterki rozwiały się. Jej umysł był teraz kryształowo przejrzysty.

Zdjęła spodnie i majtki. Pozostała w rozpiętej bluzce. Jego kolejna instrukcja była techniczna: by owinęła szal wokół kostek, a potem wokół przednich nóg krzesła, solidnym supełkiem. Miało to utrzymać pozycję, nie uniemożliwiać uwolnienia.

Wykonywała to skrupulatnie. Owijanie materiału wokół kostek było intymne, jak zakładanie kajdan. Gdy pochylała się nad krzesłem, ogarnął ją strach. Nie przed nim, a przed światem zewnętrznym. Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz. Wyobrażała sobie scenę wtargnięcia: ona, półnaga, związana, pochylona nad krzesłem. Ten strach dodawał ostrości każdej sekundzie. Krzesło przestało być przedmiotem. Stało się kotwicą, która trzymała ją w tej niebezpiecznej przestrzeni między prywatnością a odkryciem.

Wtedy sięgnęła po spinacze. Chłodny metal dotknął lewego sutka. Ścisnęła. Ostrzejszy, konkretny ból przeszył ją. Założyła drugi.

Kolejne polecenie nadeszło natychmiast. Teraz, gdy czujesz strukturę, wróć do dotyku. Tą samą dłonią. Delikatnie. Zacznij od wewnętrznej strony ud. Poczuj różnicę między bólem a przyjemnością.

Posłusznie, jej palce rozpoczęły wędrówkę. Sunęły po wewnętrznej stronie ud. To było niesamowite. Było jej bardzo dobrze. Ból od spinaczy był jasny i czysty, jak ostrzeżenie. Dotyk jej własnej, prowadzonej dłoni był ciepły, obiecujący, nagradzający. Jeden nie istniał bez drugiego.

Na tym krześle, w tej strukturze bólu, ograniczenia i skoncentrowanego dotyku, wykonywała kolejne, precyzyjne polecenia. On nie pozwalał się spieszyć. Każde doznanie miało być w pełni odczute, każda fala napięcia – utrzymana na krawędzi. I gdy wreszcie zezwolił na rozładowanie, orgazm, który nadszedł, nie był gwałtownym wybuchem. Był logicznym, nieuniknionym zwieńczeniem całej konstrukcji. Był głęboki, cichy, rozlewający się. Był całkowitym oddaniem kontroli, które paradoksalnie dało jej poczucie absolutnej pełni.

Leżała rozluźniona, oddychając ciężko, gdy telefon zadrżał po raz ostatni. Nie był to kolejny rozkaz. To był link. Krótki, anonimowy adres do forum. Gdy go otworzyła, jej oddech znów się zaparł. Widziała swoją historię. Zmienione imiona, inne miejsce pracy, ale sekwencja zdarzeń była bezbłędnie rozpoznawalna: pierwszy znak na udzie, dzień bez bielizny, świąteczna rozmowa, protokół pod prysznicem, aż po dzisiejszą sesję z krzesłem i spinaczami. Wszystko było tam spisane. Z jej wewnętrznymi odczuciami, które przelała w mailach. Czytała o sobie w trzeciej osobie, a każde zdanie było jak dodatkowe, niewidzialne dotknięcie. To zdemaskowanie nie wywołało w niej paniki. Pod warstwą zmęczenia i satysfakcji, z nową siłą, zapłonęło w niej podniecenie. Było jeszcze głębsze. On nie tylko kontrolował jej ciało. On je dokumentował, czynił przedmiotem anonimowej narracji. Była jego tworzywem, jego historią. A fakt, że o tym wiedziała, dodawał wszystkiemu metapoziom, który wprawiał ją w oszołomienie.

Ten ból, ta przyjemność, ten strach – wszystko to było satysfakcjonujące. Było dowodem wykonanej pracy. Krzesło, spinacze, szal, jej dłoń, a teraz i ten tekst na ekranie – wszystko to tworzyło teraz strukturę, w której jej ciało i doświadczenie były zawieszone, używane, odczuwane i utrwalone zgodnie z czyjąś wolą. A w tej strukturze czuła się zadziwiająco… właściwie i na swoim miejscu. Zawieszenie minęło. Decyzja zapadła. Była tu i teraz, całkowicie. I było jej z tym bardzo, bardzo dobrze.
 
Ostatnia edycja:
Mężczyzna

SubtelnyPan

Cichy Podglądacz
Wiedziała, że on robi sobie krótką przerwę. Ale dni mijały, a cisza się przeciągała. Zaniepokojona, prawie przypadkiem, sprawdziła stare forum.

I tam znalazła post. Tytuł i treść były napisane w sposób, który rozpoznała tylko ona. Była to jasna instrukcja: "Straciłem dostęp. Skradziono laptopa. Odezwij się tutaj."

W jednej chwili wszystkie wątpliwości zniknęły. To nie było zerwanie kontaktu z jego strony. To był wypadek. Próba połączenia mimo wszystko. Jakby cały wszechświat chciał ich rozdzielić, a on i tak znalazł sposób, by do niej zawołać.

Bez wahania odpowiedziała pod postem, używając ich kodu: "Jestem. Słyszę. Co dalej?"
 
Prywatne rozmowy
Pomoc Użytkownicy
    Nie dołączyłeś do żadnego pokoju.
    Do góry