Okolice poligonu Wicko. Pokład Mi-14PS „Haze 016”.
Znaleźliśmy się na wysokości poligonu na Wicku. Piloci zawsze mieli tu jakieś obawy. Nie do końca wierzyli w zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Poligon to poligon, wszystko się może zdarzyć. Teraz jeszcze ta mieszanka różnych rodzajów Sił Zbrojnych w jednym miejscu, rozmycie odpowiedzialności. Organizacyjny bałagan nie zwiastujący niczego dobrego.
Do lotników mieliśmy pełne zaufanie. W końcu sami byliśmy jednostką latającą, a że Marynarki Wojennej, to bez znaczenia. Czasami czuliśmy się bardziej lotnikami niż marynarzami. Szczególnie w sytuacji, gdy spotykaliśmy się z personelem pływającym, a nie daj Boże z bubkami, z okrętów podwodnych. No kurwa, elita, najlepsi z najlepszych, podwodni łowcy za pięć groszy.
Taką samą elitą są piloci myśliwców. Królewiątka, najlepsi z najlepszych, Top Gun dla maluczkich. Dopiero jak przyjdzie takiemu się katapultować i wodować w morzu, przychodzi opamiętanie/otrzeźwienie/zmienia się ogląd świata. Zdarzyło mi się raz ratować takiego pilota MiG-a-23. Drżał jak osika.
— Ty, o co chodzi? — zapytałem technika, zobaczywszy jakąś smugę zbliżającą się w naszym kierunku.
Technik spojrzał z przerażeniem.
— Sławek, kurwa, rakieta, jebnęli w naszym kierunku rakietę! — wrzasnął na całe gardło, z przerażeniem rozpoznając zagrożenie.
— Pierdolisz !!! — krzyknął pierwszy pilot To coś naprawdę zapierdalało w naszym kierunku.
— Podnosimy maszynę — Z całej siły ściągnał wolant do siebie — Witek do góry! Dawaj do słońca!
— „MAYDAY”, „MAYDAY”, „MAYDAY”, tu „Haze 016”, zostaliśmy ostrzelani rakietą z poligonu w Wicku — ryknął w radio drugi pilot.
— Trzymajcie się — krzyknął pierwszy pilot, ściągając drążek sterowniczy.
— Radek!!— jęknęła Klaudia, patrząc na mnie przerażonym wzrokiem.
Byliśmy zapięci pasami. Obie dłonie trzymałem na zatrzaskach pasów. Byłem gotowy, by w razie czego wyswobodzić nas oboje. Technik bez namysłu otworzył drzwi boczne. Działał jak robot. Żadne procedury tego nie przewidywały. Robił, co podpowiada intuicja, pchany jakąś wewnętrzną siłą.
Jebnęło w prawy silnik. Zawyło, co tylko mogło. Moc spadła. Obróciło nas. Poczuliśmy dym w kabinie. Maszyna stała się niestabilna i zaczęła opadać. Piloci podjęli próby opanowania ranionego wiertalota. Góra, dół i góra, dół. Rzucili się w wir walki z bezduszną techniką, niestabilną, słabą bezbronną, żeby wyrównać lot, żeby nie runąć…
— Tu „Haze 016”, spadamy!!! — wrzasnął drugi pilot.
— Gaśnice włączone. Wyłączam oba silniki. Straciłem prawy silnik, autorotacja. Siadamy na morzu!!! — krzyczał pierwszy pilot.
— Kurwa. Trzymajcie się – wydarł się technik.
— Piotr. Łopaty. Wyłączone oba silniki. Naciskaj orczyk, siadamy na autorotacji. Musimy opanować maszynę!!! — krzyczeli do siebie piloci.
Widziałem paniczny wzrok Klaudii. Mocno chwyciła moją dłoń. Czekałem, co się stanie, ze świadomością, że po tym wypadku będę musiał/będzie trzeba podjąć poważną decyzję. Po raz kolejny ocierałem się o śmierć. Ocierałem się ja, i bliska mi osoba.
Nie wiem, w jaki cudowny sposób udało się opanować śmigłowiec. Piloci wygrali tę walkę. Zdołali okiełznać bezduszną maszynę. Ustawili ją tak, by wodowanie w miarę możliwości odbyło się bezpiecznie.
— Trzymaj prędkość powyżej 110. Łopaty ustawione, autorotacja — usłyszałem.
Zdołali nam jeszcze tylko zakomunikować:
— Jebniemy trochę, uważajcie.
Usiedli koncertowo. Razem z technikiem wypchnąłem na zewnątrz tratwę ratunkową. Pociągnął za linkę, uruchamiając jej napełnienie. Odpiąłem Klaudię.
— Piloci, bierz się za nich, wypierdalamy — krzyknąłem do ukochanej.
Ci siedzieli nadal przypięci w kokpicie. Szczęśliwi, że posadzili maszynę na wodzie. Mi-14 był co prawda przystosowany do wodowania, ale tylko w sytuacjach awaryjnych.
— Lista kontrolna zakończona, możemy się ewakuować — dało się słyszeć.
— Koniec miłości, wypierdalać — zakląłem, rozpinając pasy drugiego pilota.
Klaudia umieściła technika w tratwie i zajęła się pierwszym pilotem. Nie ogarnęła jej panika; podobnie jak ja, działała pod wpływem adrenaliny. Oni zrobili swoje, ratując nas, teraz naszym zadaniem było umieścić ich w bezpiecznym miejscu.
— Kurwa, żeby nam tylko nie zatonął — rzucił pierwszy pilot, patrząc na pokiereszowanego „śmiglaka”.
Biedak tkwił nieruchomo na powierzchni morza jak pokiereszowany ptak. Silnik trafiony przez rakietę nadal dymił Odpłynęliśmy czym prędzej na bezpieczną odległość. Tkwił biedak na powierzchni morza jak pokiereszowany ptak.
— Darłowo Sierra-Alfa-Papa, tu „Ratownik 01”, wypadek na wysokości Wicka, cała załoga ewakuowana, czekamy na ratunek — krzyknąłem w radio.
Nikt nie odpowiedział. pięciowatowy nadajnik mógł mieć zbyt mały zasięg.
— Ustka SAR, to załoga „Haze 016”, May Day, May Day, May Day, katastrofa lotnicza, wzywamy pomocy — nadała Klaudia do innej stacji brzegowej.
— Tu Ustka SAR, podaj koordynaty, wysyłamy pomoc — usłyszałem.
Popatrzyłem w oczy Klaudii. Te prześliczne oczy. Wiedziała lepiej niż ja, co zrobić i gdzie nadać. Zdałem sobie sprawę, że czas jej nauki dobiegł końca. Była już rasowym ratownikiem. Nie potrzebowała więcej mojej opieki ani podpowiedzi.
— Podaj wszystkie dane, dowodzisz — zdecydowałem.
Piloci spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
— Kocham cię, wiesz — rzuciła i pocałowała mnie w usta przy wszystkich.
Nim z Ustki wypłynął okręt ratunkowy, dotarła do nas Anakonda z Babich Dołów. Koledzy z bliźniaczej jednostki byli szybciej niż krypa z SAR. Klaudia dowodziła, dowodziła pełną gębą. Z dumą obserwowałem, jak odpala racę, jak podnosi kciuk, dając chłopakom z Babich Dołów sygnał, że jesteśmy cali i zdrowi, jak zostaje wciągnięta na pokład Anakondy jako ostatnia. Po mnie Już nie ja dowodziłem. Liderem akcji ratunkowej była moja Klaudia. — To pan? — zapytał mnie jeden z ratowników, w którym poznałem swojego byłego kursanta.
— No — odpowiedziałem.
— Klaudia rządzi, co nie? — zapytał.
— Jak widać — odparłem.
Była w swoim żywiole. Przekazywała dane pilotów, lekarza, technika i moje. Gdy zakończyła, zbliżyła się do mnie.
— Dziękuję.
— Za co?
— Wiesz dobrze. — odparła, głaszcząc mnie po twarzy.
— Nie ma latania razem, kategorycznie wam tego zabraniam i jak mi operacyjny was razem połączy, to go wyjebię do Gołdapi — nawrzeszczał dowódca po naszym powrocie do bazy.
Stałem przed nim razem z Klaudią. Bogu ducha winne ofiary zestrzelone przez siły własne.
— Czy wy mnie chcecie doprowadzić do zawału, a może do udaru? — zapytał, patrząc na nas.
Klaudia bała się go przeraźliwie, więc było jasne, że się nie odezwie. Osobiście z dowódcą miałem inne kontakty — bardziej ludzkie i bezpośrednie. Znaliśmy się kilkanaście lat.
— Można podziękować matowi, możemy, dowódco, porozmawiać sami? — zaproponowałem.
Spojrzał na mnie specyficznym wzrokiem. Wiedziałem, że się zgodzi. Za długo się znaliśmy. Dał Klaudii znak, by opuściła kancelarię. Pozostaliśmy sami.
— Nikt tego nie mógł przewidzieć, to zwykłe działanie — stwierdziłem.
— To nie jest normalne, zabraniam ci z nią latać. Już raz straciłeś w locie ukochaną osobę i mało ciebie nie straciłem. Nie kuś losu, do kurwy nędzy. Macie się ku sobie i to widać. Jesteś szczęśliwy jak wtedy, gdy byłeś z Agnieszką. Zabraniam ci — wyrzucił z siebie, czerwony na twarzy.
Kiwnąłem głową na znak, że przyjąłem to do realizacji. Nie było sensu kłócić się z przełożonym. Sam miałem zamiar podjąć taką decyzję — nawet bardziej ostrą i konsekwentną. Zakończyliśmy rozmowę.
Gdy wyszedłem z kancelarii, czekał już na nas prokurator wojskowy i żandarmeria. Nie dano nam nawet chwili odpoczynku.
— Kto w nas jebnął, panie kapitanie? — zapytałem wkurwiony oficera z prokuratury.
— Na razie badamy sprawę, najprawdopodobniej nieszczęśliwy wypadek — odparł wymijająco.
— Niech pan nie pierdoli, panie kapitanie, taka rakieta nie naprowadza się ot tak. Ktoś musiał śledzić nasz lot i nacisnąć spust w odpowiedniej chwili — wtrącił wkurwiony pierwszy pilot naszego śmigłowca.
— Panie kapitanie, proszę się uspokoić — usłyszał od gościa z prokuratury.
Przesłuchanie trwało ponad godzinę. Nic nie dowiedzieliśmy się o przyczynach wypadku. Po oficerze z prokuratury wzięli nas w obroty specjaliści z Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Klaudię i mnie przesłuchali jako pierwszych i zwolnili do domu. Bardziej zajęli się maglowaniem obu pilotów i technika. Nic w tym dziwnego, wszak to oni byli fachowym personelem latającym i mogli wnieść o wiele więcej niż zwykli ratownicy.
Dopiero gdy dotarliśmy do domu, stres zaczął nas puszczać. Po raz drugi wymknąłem się śmierci spod kosy. Otworzyłem schowaną w lodówce butelkę wódki.
— Mnie też nalej — poprosiła Klaudia.
Walnęliśmy sporą dawkę ze szklanki. Objąłem ją i mocno wtuliłem w siebie, głaszcząc cały czas po głowie.
— Boże, jak ja się bałam — szepnęła, głaszcząc moje plecy.
— Ja też, ale to już za nami, byłaś dzielna, jestem z ciebie dumny.
Byliśmy cholernie zmęczeni. Nie w głowie nam były miłosne harce i figle. Padliśmy na łóżko i wtulając się w siebie, zasnęliśmy. Sen był najlepszym lekarstwem na stres, jaki przeżyliśmy.
Dzień później.
Wstałem wcześnie rano, pozostawiając w łóżku smacznie śpiącą Klaudię. Wziąłem szybki prysznic i się ogoliłem. Wychodząc, pocałowałem ją w czoło. Coś szepnęła, przewalając się na drugi bok. Była typem śpiocha i gdy tylko mogła, lubiła wylegiwać się w pościeli.
Odpaliłem samochód i skierowałem się w kierunku Ustki. Po trzech godzinach wracałem do domu. Byłem zadowolony, wszystko układało się według mojego planu. Zajechałem tylko do kwiaciarni w Darłowie i zamówiłem spory bukiet róż. Miałem go odebrać w późniejszym terminie.
— Gdzie byłeś, martwiłam się — zapytała Klaudia, gdy tylko przestąpiłem próg mieszkania.
— Miałem coś do załatwienia, nie chciałem cię budzić — odparłem, całując ją w usta.
W cienkiej, letniej, zwiewnej sukience wyglądała zjawiskowo.
— Co na obiad? — zapytała.
— Nic nie rób, zapraszam cię na obiad do Gościńca Zamkowego — odpowiedziałem.
Otworzyła usta ze zdziwienia. Podana nazwa restauracji zrobiła na niej wrażenie. Była to jedna z droższych knajp w mieście. Droga i elegancka jak na Darłowo.
— Co ty kombinujesz, kocie? — zapytała, mrużąc oczy i przewiercając mnie spojrzeniem.
— Nic, zapraszam moją dziewczynę do eleganckiej knajpy — odparłem.
Podeszła i objęła mnie za szyję swoimi rękoma. Podejrzewała jakiś podstęp z mojej strony.
— Powiesz? — szepnęła i wargami objęła płatek mojego ucha.
— Nie — rzekłem krótko, obejmując ją w talii.
Odsunęła się niezadowolona. Nadal lustrowała mnie wzrokiem. Nie lubiła aury tajemniczości.
— Ale ja nie mam w co się ubrać — rzuciła oklepany slogan każdej kobiety.
— A ta niebieska sukienka, co kupiłem ci pod choinkę? Wiesz, jak mi się w niej podobasz i do tego ten komplet bielizny i cieliste rajstopy — odparłem.
Roześmiała się na głos. Popatrzyła na mnie jak na głuptasa.
— Radek, ja się w niej upiekę, jest prawie trzydzieści stopni, jakie rajstopy, głuptasie, ona nie pasuje na lato.
— Proszę, wiesz, jak mi się w niej podobasz, zrób to dla mnie, to dla mnie bardzo ważne — skamlałem i zrobiłem błagalną minę, składając ręce jak do modlitwy.
Patrzyła na mnie przez chwilę. Musiałem naprawdę mieć przekonywujący wyraz twarzy, gdyż po chwili skapitulowała.
— Dobrze, ale muszę lecieć, kupić sobie jakieś cieńsze rajtki, no i może jeszcze uda mi się z fryzjerką, o której ten obiad?
— Zamówiłem na 16:30.
Spojrzała na zegarek. Dochodziło południe. Szybko ogarnęła się i zabrała ze stolika kluczyki do Poloneza.
— No to pa, postaram się szybko wrócić — powiedziała, wychodząc z domu.
Zostałem sam. Ten dzień miał zmienić moje życie. Zrobiłem sobie dobrą kawę. Z szafy wydobyłem czarny garnitur, białą koszulę i krawat, z szafki na buty czarne eleganckie lakierki. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz miałem taki strój na sobie. Przymierzyłem. Na szczęście nie przytyłem i wszystko na mnie pasowało.
Restauracja „Gościniec Zamkowy”, Darłowo, godzina 16:45.
Zamówiłem taksówkę. Mieliśmy zamiar wypić lampkę wina do obiadu. Klaudia wystrojona w błękitną sukienkę wyglądała przecudnie. Zdołała namówić fryzjerkę na ułożenie fantazyjnej fryzury. Delikatny makijaż, gustowna niewielka torebka, cieniutkie jak mgiełka cieliste rajstopy i wysokie szpilki dopełniały ten przecudny obraz mojej kobiety. Odsunąłem krzesło przy stoliku. Spoczęła, patrząc na mnie i na potężny bukiet krwistoczerwonych róż. Kelner przyniósł wazon.
— Co ty wymyśliłeś, wariacie? — zapytała szeptem.
— Zobaczysz, na co masz ochotę? — odpowiedziałem, podając jej kartę dań.
Była tak rozkojarzona, że zdała się na mnie. Może coś przewidywała, może wiedziała, jakie mam zamiary. Była jednak tak zaskoczona, że nie miała głowy do potraw. Wybrałem specjalność zakładu. Restauracja serwowała potrawy bałtyckie. Standardowo: przystawka, zupa i drugie danie. Jedliśmy, patrząc na siebie ukradkiem. Czuć było rosnące napięcie między nami.
— Mogę prosić dwie lampki szampana? — poprosiłem kelnera, gdy zakończyliśmy.
Przyniósł po chwili na tacy dwa kieliszki wypełnione alkoholem. Gdy odszedł, wstałem od stołu. Klaudia, nie wiedząc, co się dzieje, wstała również. Sięgnąłem dłonią do kieszeni marynarki i wyciągnąłem z niej niewielkie drewniane pudełko z pierścionkiem zaręczynowym. Trzymając je w lewej dłoni, prawą otworzyłem. Przyklęknąłem na jedno kolano. Klaudia, zasłoniła sobie usta jedną z dłoni. Lustrowała mnie całkowicie zaskoczona.
— Klaudio, zostaniesz moją żoną? — zapytałem, spoglądając jej prosto w oczy.
Widziałem, jak w kącikach jej oczu pojawiają się łzy. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem w oczach. Pochyliła się i obiema dłońmi ujęła moją twarz.
— Tak, tak, wstań wariacie — odparła płaczliwym głosem.
Podniosłem się z kolan. Usłyszeliśmy brawa z sali. Wyciągnąłem złote cudeńko z pudełka. Klaudia wyprostowała palec. Drżącymi dłońmi wsunąłem pierścionek na niego.
— Brawo, Brawo!!! — skandowali klienci restauracji.
Pocałowała mnie w usta. Zapłakała. Łza rozmyła jej delikatny makijaż. Mocno i namiętnie pocałowała mnie w usta. Odwzajemniłem te pocałunki. Trwało to chwilę.
— Ty wariat jesteś, stary, a wariat — szepnęła.
Podałem jej kieliszek z szampanem. Wypiliśmy. Stała, głaskając mnie po twarzy. Z jej oczu płynęły łzy. Łzy szczęścia.
— Widzisz co narobiłeś, jak ja teraz wyglądam? — Otarła dłonią twarz.
Usiedliśmy. Kelner przyniósł zamówiony deser. Lodowe puchary. Patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby chciała mnie pożreć. Widziałem te iskierki. To było coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem w jej wzroku. Podniosłem bukiet i wręczyłem jej. Całkowicie o nim zapomniałem. Zawsze mogłem się spodziewać kosza.
— Są piękne, nikt mi nigdy nie dał takiego bukietu — usłyszałem.
Wstała, wkładając kwiaty z powrotem do wazonu. Omiotła mnie wzrokiem.
— Muszę iść się poprawić, bo chyba niespecjalnie wyglądam — rzuciła i skierowała kroki ku łazience.
Wróciła po chwili. Popatrzyła na mnie, uśmiechając się serdecznie. Nie mogliśmy od siebie oderwać wzroku. Moja ukochana Klaudia, moja i tylko moja.
— Mam dla ciebie jeszcze drugą informację — powiedziałem, gdy skończyliśmy jeść deser.
— Tak? — zapytała.
Wyciągnąłem z kieszeni garnituru złożoną na czworo kartkę A4. Podałem jej do przeczytania. Rozłożyła ją. Jej wyraz twarzy stawał się coraz bardziej poważny.
— Dlaczego, Radek? Dlaczego to robisz? To dla ciebie jest całym światem — rzuciła pytania i odłożyła kartkę na stół.
— Mylisz się, ty jesteś dla mnie całym światem, reszta się nie liczy — odparłem.
Patrzyła na mnie zaskoczona. Nie spodziewała się, że podejmę taką decyzję. Wtedy, gdy pojechałem do Ustki, spotkałem się z Komendantem CSSMW. Zapytałem go, czy oferta pracy jako instruktor jest nadal aktualna. Potwierdził i dał mi zaświadczenie o gotowości przyjęcia na ten etat.
Długo się z tą decyzją biłem. W końcu dotarło do mnie, że jeżeli decyduję się na związek z Klaudią, to któreś z nas musi mieć spokojną pracę. Swoje już na morzu odpracowałem, nie chciałem jej pozbawiać tego, co sam przeżyłem jako ratownik. Pragnąłem mieć z nią dzieci, cieszyć się nimi, a opcja obojga rodziców ratowników nie była właściwym wyborem. Nie odchodziłem od ratownictwa, swoje doświadczenie chciałem przekazywać nowym pokoleniom. W jakimś stopniu pozostawałem w branży.
Miałem przejść do Ustki od listopada. Pozostawała jeszcze zgoda mojego dowódcy. Byłem pewien, że przystanie na to, czułem to jakoś w kościach.
— Chcę, żebyśmy byli szczęśliwi do końca swoich dni — Mówiłem to tak przekonująco, że rozpłakała się ponownie — Czy to źle, że kocham cię jak wariat? — zapytałem.
Pocałowała mnie namiętnie i szaleńczo.
— Kocham cię Radku i życia sobie bez ciebie nie wyobrażam — szepnęła.
Zapłaciłem. Właściciel lokalu podszedł do nas i stwierdził, że szampan jest na ich koszt. Wróciliśmy taksówką do mieszkania. Gdy tylko zamknęliśmy drzwi wejściowe, począłem zrzucać z siebie ubrania. Miałem ochotę kochać się z Klaudią namiętnie i szaleńczo. Uniosłem jej sukienkę i dłonie skierowałem pomiędzy jej uda.
— Przepraszam cię, dzisiaj mam status „Red” — usłyszałem.
Statusem „Red” nazywała miesiączkę. Nawet na ten kobiecy stan znalazła militarne określenie. Skrzywiłem się nieco. Dojrzała to.
— Nie, nie martw się, mam dla ciebie coś, czego jeszcze nie przeżyłeś — odpowiedziała, uśmiechając się lubieżnie.
Rozebrała mnie do naga. Sama została w bieliźnie i tych cienkich rajstopach. Po raz pierwszy miałem doświadczyć footjoba. Usiadła wyżej mnie, tak że mój kark spoczywał pomiędzy jej udami. Stópkami obleczonymi w delikatny nylon poczęła drażnić sterczącego penisa. Udami ścisnęła mój kark. Czułem, jak pulsuje jej łono. Swoimi dłońmi głaskałem jej nogi.
Odginała sterczącego fallusa stopami na prawo i lewo. Paluszkami drażniła odsłoniętą żołądź. Raz jedną, raz drugą stopą stymulowała mnie, doprowadzając do szału. Brała penisa między obie stopy, ich wierzchnią stroną. Odczyniała tymi swoimi kończynami takie hołubce, o jakich mi się nie śniło. Lizałem jej uda i kolana powleczone nylonem, swymi dłońmi objąłem jej stopy i otuliłem nimi sterczącą męskość.
To było coś niesamowitego. Nie zdawałem sobie sprawy, że stopami można tak zadowolić mężczyznę. Jęczałem z rozkoszy, napraszając się o więcej. Moje biodra poczęły wykonywać ruchy frykcyjne.
— Klauduś jeszcze, jeszcze, proszę — jęczałem, czując, jak dochodzę.
Fala orgazmu przeszyła moje ciało. Orgazmu specyficznego, podbudowanego czymś nowym, nieznanym. Sperma wylądowała na jej stopach, na nylonie. Moje ciało przeszywały dreszcze, wyginałem się w konwulsjach, a penis wypluwał z siebie kolejne porcje nasienia. W końcu opadłem z sił.
Zwolniła uścisk ud.
— Jezu, co to było? — zapytałem, gdy doszedłem do siebie.
— Niespodzianka, ale i tak ciebie nie przebiję — odpowiedziała.
— A ty? — zapytałem, zdając sobie sprawę, że nie miała orgazmu.
— Nawet nie dojrzałeś, że miałam, jak się ocierałeś karkiem o mnie — odparła, całując mnie w czoło.
Nie wiedziałem, czy kłamała, czy też nie. Rzeczywiście przez dłuższy czas moja świadomość była wyłączona. Wstaliśmy oboje i skierowaliśmy się do łazienki. Gdy powróciliśmy, szybko zasnęliśmy, mając na ten dzień dość atrakcji.
Znaleźliśmy się na wysokości poligonu na Wicku. Piloci zawsze mieli tu jakieś obawy. Nie do końca wierzyli w zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Poligon to poligon, wszystko się może zdarzyć. Teraz jeszcze ta mieszanka różnych rodzajów Sił Zbrojnych w jednym miejscu, rozmycie odpowiedzialności. Organizacyjny bałagan nie zwiastujący niczego dobrego.
Do lotników mieliśmy pełne zaufanie. W końcu sami byliśmy jednostką latającą, a że Marynarki Wojennej, to bez znaczenia. Czasami czuliśmy się bardziej lotnikami niż marynarzami. Szczególnie w sytuacji, gdy spotykaliśmy się z personelem pływającym, a nie daj Boże z bubkami, z okrętów podwodnych. No kurwa, elita, najlepsi z najlepszych, podwodni łowcy za pięć groszy.
Taką samą elitą są piloci myśliwców. Królewiątka, najlepsi z najlepszych, Top Gun dla maluczkich. Dopiero jak przyjdzie takiemu się katapultować i wodować w morzu, przychodzi opamiętanie/otrzeźwienie/zmienia się ogląd świata. Zdarzyło mi się raz ratować takiego pilota MiG-a-23. Drżał jak osika.
— Ty, o co chodzi? — zapytałem technika, zobaczywszy jakąś smugę zbliżającą się w naszym kierunku.
Technik spojrzał z przerażeniem.
— Sławek, kurwa, rakieta, jebnęli w naszym kierunku rakietę! — wrzasnął na całe gardło, z przerażeniem rozpoznając zagrożenie.
— Pierdolisz !!! — krzyknął pierwszy pilot To coś naprawdę zapierdalało w naszym kierunku.
— Podnosimy maszynę — Z całej siły ściągnał wolant do siebie — Witek do góry! Dawaj do słońca!
— „MAYDAY”, „MAYDAY”, „MAYDAY”, tu „Haze 016”, zostaliśmy ostrzelani rakietą z poligonu w Wicku — ryknął w radio drugi pilot.
— Trzymajcie się — krzyknął pierwszy pilot, ściągając drążek sterowniczy.
— Radek!!— jęknęła Klaudia, patrząc na mnie przerażonym wzrokiem.
Byliśmy zapięci pasami. Obie dłonie trzymałem na zatrzaskach pasów. Byłem gotowy, by w razie czego wyswobodzić nas oboje. Technik bez namysłu otworzył drzwi boczne. Działał jak robot. Żadne procedury tego nie przewidywały. Robił, co podpowiada intuicja, pchany jakąś wewnętrzną siłą.
Jebnęło w prawy silnik. Zawyło, co tylko mogło. Moc spadła. Obróciło nas. Poczuliśmy dym w kabinie. Maszyna stała się niestabilna i zaczęła opadać. Piloci podjęli próby opanowania ranionego wiertalota. Góra, dół i góra, dół. Rzucili się w wir walki z bezduszną techniką, niestabilną, słabą bezbronną, żeby wyrównać lot, żeby nie runąć…
— Tu „Haze 016”, spadamy!!! — wrzasnął drugi pilot.
— Gaśnice włączone. Wyłączam oba silniki. Straciłem prawy silnik, autorotacja. Siadamy na morzu!!! — krzyczał pierwszy pilot.
— Kurwa. Trzymajcie się – wydarł się technik.
— Piotr. Łopaty. Wyłączone oba silniki. Naciskaj orczyk, siadamy na autorotacji. Musimy opanować maszynę!!! — krzyczeli do siebie piloci.
Widziałem paniczny wzrok Klaudii. Mocno chwyciła moją dłoń. Czekałem, co się stanie, ze świadomością, że po tym wypadku będę musiał/będzie trzeba podjąć poważną decyzję. Po raz kolejny ocierałem się o śmierć. Ocierałem się ja, i bliska mi osoba.
Nie wiem, w jaki cudowny sposób udało się opanować śmigłowiec. Piloci wygrali tę walkę. Zdołali okiełznać bezduszną maszynę. Ustawili ją tak, by wodowanie w miarę możliwości odbyło się bezpiecznie.
— Trzymaj prędkość powyżej 110. Łopaty ustawione, autorotacja — usłyszałem.
Zdołali nam jeszcze tylko zakomunikować:
— Jebniemy trochę, uważajcie.
Usiedli koncertowo. Razem z technikiem wypchnąłem na zewnątrz tratwę ratunkową. Pociągnął za linkę, uruchamiając jej napełnienie. Odpiąłem Klaudię.
— Piloci, bierz się za nich, wypierdalamy — krzyknąłem do ukochanej.
Ci siedzieli nadal przypięci w kokpicie. Szczęśliwi, że posadzili maszynę na wodzie. Mi-14 był co prawda przystosowany do wodowania, ale tylko w sytuacjach awaryjnych.
— Lista kontrolna zakończona, możemy się ewakuować — dało się słyszeć.
— Koniec miłości, wypierdalać — zakląłem, rozpinając pasy drugiego pilota.
Klaudia umieściła technika w tratwie i zajęła się pierwszym pilotem. Nie ogarnęła jej panika; podobnie jak ja, działała pod wpływem adrenaliny. Oni zrobili swoje, ratując nas, teraz naszym zadaniem było umieścić ich w bezpiecznym miejscu.
— Kurwa, żeby nam tylko nie zatonął — rzucił pierwszy pilot, patrząc na pokiereszowanego „śmiglaka”.
Biedak tkwił nieruchomo na powierzchni morza jak pokiereszowany ptak. Silnik trafiony przez rakietę nadal dymił Odpłynęliśmy czym prędzej na bezpieczną odległość. Tkwił biedak na powierzchni morza jak pokiereszowany ptak.
— Darłowo Sierra-Alfa-Papa, tu „Ratownik 01”, wypadek na wysokości Wicka, cała załoga ewakuowana, czekamy na ratunek — krzyknąłem w radio.
Nikt nie odpowiedział. pięciowatowy nadajnik mógł mieć zbyt mały zasięg.
— Ustka SAR, to załoga „Haze 016”, May Day, May Day, May Day, katastrofa lotnicza, wzywamy pomocy — nadała Klaudia do innej stacji brzegowej.
— Tu Ustka SAR, podaj koordynaty, wysyłamy pomoc — usłyszałem.
Popatrzyłem w oczy Klaudii. Te prześliczne oczy. Wiedziała lepiej niż ja, co zrobić i gdzie nadać. Zdałem sobie sprawę, że czas jej nauki dobiegł końca. Była już rasowym ratownikiem. Nie potrzebowała więcej mojej opieki ani podpowiedzi.
— Podaj wszystkie dane, dowodzisz — zdecydowałem.
Piloci spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
— Kocham cię, wiesz — rzuciła i pocałowała mnie w usta przy wszystkich.
Nim z Ustki wypłynął okręt ratunkowy, dotarła do nas Anakonda z Babich Dołów. Koledzy z bliźniaczej jednostki byli szybciej niż krypa z SAR. Klaudia dowodziła, dowodziła pełną gębą. Z dumą obserwowałem, jak odpala racę, jak podnosi kciuk, dając chłopakom z Babich Dołów sygnał, że jesteśmy cali i zdrowi, jak zostaje wciągnięta na pokład Anakondy jako ostatnia. Po mnie Już nie ja dowodziłem. Liderem akcji ratunkowej była moja Klaudia. — To pan? — zapytał mnie jeden z ratowników, w którym poznałem swojego byłego kursanta.
— No — odpowiedziałem.
— Klaudia rządzi, co nie? — zapytał.
— Jak widać — odparłem.
Była w swoim żywiole. Przekazywała dane pilotów, lekarza, technika i moje. Gdy zakończyła, zbliżyła się do mnie.
— Dziękuję.
— Za co?
— Wiesz dobrze. — odparła, głaszcząc mnie po twarzy.
*****
— Nie ma latania razem, kategorycznie wam tego zabraniam i jak mi operacyjny was razem połączy, to go wyjebię do Gołdapi — nawrzeszczał dowódca po naszym powrocie do bazy.
Stałem przed nim razem z Klaudią. Bogu ducha winne ofiary zestrzelone przez siły własne.
— Czy wy mnie chcecie doprowadzić do zawału, a może do udaru? — zapytał, patrząc na nas.
Klaudia bała się go przeraźliwie, więc było jasne, że się nie odezwie. Osobiście z dowódcą miałem inne kontakty — bardziej ludzkie i bezpośrednie. Znaliśmy się kilkanaście lat.
— Można podziękować matowi, możemy, dowódco, porozmawiać sami? — zaproponowałem.
Spojrzał na mnie specyficznym wzrokiem. Wiedziałem, że się zgodzi. Za długo się znaliśmy. Dał Klaudii znak, by opuściła kancelarię. Pozostaliśmy sami.
— Nikt tego nie mógł przewidzieć, to zwykłe działanie — stwierdziłem.
— To nie jest normalne, zabraniam ci z nią latać. Już raz straciłeś w locie ukochaną osobę i mało ciebie nie straciłem. Nie kuś losu, do kurwy nędzy. Macie się ku sobie i to widać. Jesteś szczęśliwy jak wtedy, gdy byłeś z Agnieszką. Zabraniam ci — wyrzucił z siebie, czerwony na twarzy.
Kiwnąłem głową na znak, że przyjąłem to do realizacji. Nie było sensu kłócić się z przełożonym. Sam miałem zamiar podjąć taką decyzję — nawet bardziej ostrą i konsekwentną. Zakończyliśmy rozmowę.
Gdy wyszedłem z kancelarii, czekał już na nas prokurator wojskowy i żandarmeria. Nie dano nam nawet chwili odpoczynku.
— Kto w nas jebnął, panie kapitanie? — zapytałem wkurwiony oficera z prokuratury.
— Na razie badamy sprawę, najprawdopodobniej nieszczęśliwy wypadek — odparł wymijająco.
— Niech pan nie pierdoli, panie kapitanie, taka rakieta nie naprowadza się ot tak. Ktoś musiał śledzić nasz lot i nacisnąć spust w odpowiedniej chwili — wtrącił wkurwiony pierwszy pilot naszego śmigłowca.
— Panie kapitanie, proszę się uspokoić — usłyszał od gościa z prokuratury.
Przesłuchanie trwało ponad godzinę. Nic nie dowiedzieliśmy się o przyczynach wypadku. Po oficerze z prokuratury wzięli nas w obroty specjaliści z Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Klaudię i mnie przesłuchali jako pierwszych i zwolnili do domu. Bardziej zajęli się maglowaniem obu pilotów i technika. Nic w tym dziwnego, wszak to oni byli fachowym personelem latającym i mogli wnieść o wiele więcej niż zwykli ratownicy.
Dopiero gdy dotarliśmy do domu, stres zaczął nas puszczać. Po raz drugi wymknąłem się śmierci spod kosy. Otworzyłem schowaną w lodówce butelkę wódki.
— Mnie też nalej — poprosiła Klaudia.
Walnęliśmy sporą dawkę ze szklanki. Objąłem ją i mocno wtuliłem w siebie, głaszcząc cały czas po głowie.
— Boże, jak ja się bałam — szepnęła, głaszcząc moje plecy.
— Ja też, ale to już za nami, byłaś dzielna, jestem z ciebie dumny.
Byliśmy cholernie zmęczeni. Nie w głowie nam były miłosne harce i figle. Padliśmy na łóżko i wtulając się w siebie, zasnęliśmy. Sen był najlepszym lekarstwem na stres, jaki przeżyliśmy.
Dzień później.
Wstałem wcześnie rano, pozostawiając w łóżku smacznie śpiącą Klaudię. Wziąłem szybki prysznic i się ogoliłem. Wychodząc, pocałowałem ją w czoło. Coś szepnęła, przewalając się na drugi bok. Była typem śpiocha i gdy tylko mogła, lubiła wylegiwać się w pościeli.
Odpaliłem samochód i skierowałem się w kierunku Ustki. Po trzech godzinach wracałem do domu. Byłem zadowolony, wszystko układało się według mojego planu. Zajechałem tylko do kwiaciarni w Darłowie i zamówiłem spory bukiet róż. Miałem go odebrać w późniejszym terminie.
— Gdzie byłeś, martwiłam się — zapytała Klaudia, gdy tylko przestąpiłem próg mieszkania.
— Miałem coś do załatwienia, nie chciałem cię budzić — odparłem, całując ją w usta.
W cienkiej, letniej, zwiewnej sukience wyglądała zjawiskowo.
— Co na obiad? — zapytała.
— Nic nie rób, zapraszam cię na obiad do Gościńca Zamkowego — odpowiedziałem.
Otworzyła usta ze zdziwienia. Podana nazwa restauracji zrobiła na niej wrażenie. Była to jedna z droższych knajp w mieście. Droga i elegancka jak na Darłowo.
— Co ty kombinujesz, kocie? — zapytała, mrużąc oczy i przewiercając mnie spojrzeniem.
— Nic, zapraszam moją dziewczynę do eleganckiej knajpy — odparłem.
Podeszła i objęła mnie za szyję swoimi rękoma. Podejrzewała jakiś podstęp z mojej strony.
— Powiesz? — szepnęła i wargami objęła płatek mojego ucha.
— Nie — rzekłem krótko, obejmując ją w talii.
Odsunęła się niezadowolona. Nadal lustrowała mnie wzrokiem. Nie lubiła aury tajemniczości.
— Ale ja nie mam w co się ubrać — rzuciła oklepany slogan każdej kobiety.
— A ta niebieska sukienka, co kupiłem ci pod choinkę? Wiesz, jak mi się w niej podobasz i do tego ten komplet bielizny i cieliste rajstopy — odparłem.
Roześmiała się na głos. Popatrzyła na mnie jak na głuptasa.
— Radek, ja się w niej upiekę, jest prawie trzydzieści stopni, jakie rajstopy, głuptasie, ona nie pasuje na lato.
— Proszę, wiesz, jak mi się w niej podobasz, zrób to dla mnie, to dla mnie bardzo ważne — skamlałem i zrobiłem błagalną minę, składając ręce jak do modlitwy.
Patrzyła na mnie przez chwilę. Musiałem naprawdę mieć przekonywujący wyraz twarzy, gdyż po chwili skapitulowała.
— Dobrze, ale muszę lecieć, kupić sobie jakieś cieńsze rajtki, no i może jeszcze uda mi się z fryzjerką, o której ten obiad?
— Zamówiłem na 16:30.
Spojrzała na zegarek. Dochodziło południe. Szybko ogarnęła się i zabrała ze stolika kluczyki do Poloneza.
— No to pa, postaram się szybko wrócić — powiedziała, wychodząc z domu.
Zostałem sam. Ten dzień miał zmienić moje życie. Zrobiłem sobie dobrą kawę. Z szafy wydobyłem czarny garnitur, białą koszulę i krawat, z szafki na buty czarne eleganckie lakierki. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz miałem taki strój na sobie. Przymierzyłem. Na szczęście nie przytyłem i wszystko na mnie pasowało.
Restauracja „Gościniec Zamkowy”, Darłowo, godzina 16:45.
Zamówiłem taksówkę. Mieliśmy zamiar wypić lampkę wina do obiadu. Klaudia wystrojona w błękitną sukienkę wyglądała przecudnie. Zdołała namówić fryzjerkę na ułożenie fantazyjnej fryzury. Delikatny makijaż, gustowna niewielka torebka, cieniutkie jak mgiełka cieliste rajstopy i wysokie szpilki dopełniały ten przecudny obraz mojej kobiety. Odsunąłem krzesło przy stoliku. Spoczęła, patrząc na mnie i na potężny bukiet krwistoczerwonych róż. Kelner przyniósł wazon.
— Co ty wymyśliłeś, wariacie? — zapytała szeptem.
— Zobaczysz, na co masz ochotę? — odpowiedziałem, podając jej kartę dań.
Była tak rozkojarzona, że zdała się na mnie. Może coś przewidywała, może wiedziała, jakie mam zamiary. Była jednak tak zaskoczona, że nie miała głowy do potraw. Wybrałem specjalność zakładu. Restauracja serwowała potrawy bałtyckie. Standardowo: przystawka, zupa i drugie danie. Jedliśmy, patrząc na siebie ukradkiem. Czuć było rosnące napięcie między nami.
— Mogę prosić dwie lampki szampana? — poprosiłem kelnera, gdy zakończyliśmy.
Przyniósł po chwili na tacy dwa kieliszki wypełnione alkoholem. Gdy odszedł, wstałem od stołu. Klaudia, nie wiedząc, co się dzieje, wstała również. Sięgnąłem dłonią do kieszeni marynarki i wyciągnąłem z niej niewielkie drewniane pudełko z pierścionkiem zaręczynowym. Trzymając je w lewej dłoni, prawą otworzyłem. Przyklęknąłem na jedno kolano. Klaudia, zasłoniła sobie usta jedną z dłoni. Lustrowała mnie całkowicie zaskoczona.
— Klaudio, zostaniesz moją żoną? — zapytałem, spoglądając jej prosto w oczy.
Widziałem, jak w kącikach jej oczu pojawiają się łzy. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem w oczach. Pochyliła się i obiema dłońmi ujęła moją twarz.
— Tak, tak, wstań wariacie — odparła płaczliwym głosem.
Podniosłem się z kolan. Usłyszeliśmy brawa z sali. Wyciągnąłem złote cudeńko z pudełka. Klaudia wyprostowała palec. Drżącymi dłońmi wsunąłem pierścionek na niego.
— Brawo, Brawo!!! — skandowali klienci restauracji.
Pocałowała mnie w usta. Zapłakała. Łza rozmyła jej delikatny makijaż. Mocno i namiętnie pocałowała mnie w usta. Odwzajemniłem te pocałunki. Trwało to chwilę.
— Ty wariat jesteś, stary, a wariat — szepnęła.
Podałem jej kieliszek z szampanem. Wypiliśmy. Stała, głaskając mnie po twarzy. Z jej oczu płynęły łzy. Łzy szczęścia.
— Widzisz co narobiłeś, jak ja teraz wyglądam? — Otarła dłonią twarz.
Usiedliśmy. Kelner przyniósł zamówiony deser. Lodowe puchary. Patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby chciała mnie pożreć. Widziałem te iskierki. To było coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem w jej wzroku. Podniosłem bukiet i wręczyłem jej. Całkowicie o nim zapomniałem. Zawsze mogłem się spodziewać kosza.
— Są piękne, nikt mi nigdy nie dał takiego bukietu — usłyszałem.
Wstała, wkładając kwiaty z powrotem do wazonu. Omiotła mnie wzrokiem.
— Muszę iść się poprawić, bo chyba niespecjalnie wyglądam — rzuciła i skierowała kroki ku łazience.
Wróciła po chwili. Popatrzyła na mnie, uśmiechając się serdecznie. Nie mogliśmy od siebie oderwać wzroku. Moja ukochana Klaudia, moja i tylko moja.
— Mam dla ciebie jeszcze drugą informację — powiedziałem, gdy skończyliśmy jeść deser.
— Tak? — zapytała.
Wyciągnąłem z kieszeni garnituru złożoną na czworo kartkę A4. Podałem jej do przeczytania. Rozłożyła ją. Jej wyraz twarzy stawał się coraz bardziej poważny.
— Dlaczego, Radek? Dlaczego to robisz? To dla ciebie jest całym światem — rzuciła pytania i odłożyła kartkę na stół.
— Mylisz się, ty jesteś dla mnie całym światem, reszta się nie liczy — odparłem.
Patrzyła na mnie zaskoczona. Nie spodziewała się, że podejmę taką decyzję. Wtedy, gdy pojechałem do Ustki, spotkałem się z Komendantem CSSMW. Zapytałem go, czy oferta pracy jako instruktor jest nadal aktualna. Potwierdził i dał mi zaświadczenie o gotowości przyjęcia na ten etat.
Długo się z tą decyzją biłem. W końcu dotarło do mnie, że jeżeli decyduję się na związek z Klaudią, to któreś z nas musi mieć spokojną pracę. Swoje już na morzu odpracowałem, nie chciałem jej pozbawiać tego, co sam przeżyłem jako ratownik. Pragnąłem mieć z nią dzieci, cieszyć się nimi, a opcja obojga rodziców ratowników nie była właściwym wyborem. Nie odchodziłem od ratownictwa, swoje doświadczenie chciałem przekazywać nowym pokoleniom. W jakimś stopniu pozostawałem w branży.
Miałem przejść do Ustki od listopada. Pozostawała jeszcze zgoda mojego dowódcy. Byłem pewien, że przystanie na to, czułem to jakoś w kościach.
— Chcę, żebyśmy byli szczęśliwi do końca swoich dni — Mówiłem to tak przekonująco, że rozpłakała się ponownie — Czy to źle, że kocham cię jak wariat? — zapytałem.
Pocałowała mnie namiętnie i szaleńczo.
— Kocham cię Radku i życia sobie bez ciebie nie wyobrażam — szepnęła.
Zapłaciłem. Właściciel lokalu podszedł do nas i stwierdził, że szampan jest na ich koszt. Wróciliśmy taksówką do mieszkania. Gdy tylko zamknęliśmy drzwi wejściowe, począłem zrzucać z siebie ubrania. Miałem ochotę kochać się z Klaudią namiętnie i szaleńczo. Uniosłem jej sukienkę i dłonie skierowałem pomiędzy jej uda.
— Przepraszam cię, dzisiaj mam status „Red” — usłyszałem.
Statusem „Red” nazywała miesiączkę. Nawet na ten kobiecy stan znalazła militarne określenie. Skrzywiłem się nieco. Dojrzała to.
— Nie, nie martw się, mam dla ciebie coś, czego jeszcze nie przeżyłeś — odpowiedziała, uśmiechając się lubieżnie.
Rozebrała mnie do naga. Sama została w bieliźnie i tych cienkich rajstopach. Po raz pierwszy miałem doświadczyć footjoba. Usiadła wyżej mnie, tak że mój kark spoczywał pomiędzy jej udami. Stópkami obleczonymi w delikatny nylon poczęła drażnić sterczącego penisa. Udami ścisnęła mój kark. Czułem, jak pulsuje jej łono. Swoimi dłońmi głaskałem jej nogi.
Odginała sterczącego fallusa stopami na prawo i lewo. Paluszkami drażniła odsłoniętą żołądź. Raz jedną, raz drugą stopą stymulowała mnie, doprowadzając do szału. Brała penisa między obie stopy, ich wierzchnią stroną. Odczyniała tymi swoimi kończynami takie hołubce, o jakich mi się nie śniło. Lizałem jej uda i kolana powleczone nylonem, swymi dłońmi objąłem jej stopy i otuliłem nimi sterczącą męskość.
To było coś niesamowitego. Nie zdawałem sobie sprawy, że stopami można tak zadowolić mężczyznę. Jęczałem z rozkoszy, napraszając się o więcej. Moje biodra poczęły wykonywać ruchy frykcyjne.
— Klauduś jeszcze, jeszcze, proszę — jęczałem, czując, jak dochodzę.
Fala orgazmu przeszyła moje ciało. Orgazmu specyficznego, podbudowanego czymś nowym, nieznanym. Sperma wylądowała na jej stopach, na nylonie. Moje ciało przeszywały dreszcze, wyginałem się w konwulsjach, a penis wypluwał z siebie kolejne porcje nasienia. W końcu opadłem z sił.
Zwolniła uścisk ud.
— Jezu, co to było? — zapytałem, gdy doszedłem do siebie.
— Niespodzianka, ale i tak ciebie nie przebiję — odpowiedziała.
— A ty? — zapytałem, zdając sobie sprawę, że nie miała orgazmu.
— Nawet nie dojrzałeś, że miałam, jak się ocierałeś karkiem o mnie — odparła, całując mnie w czoło.
Nie wiedziałem, czy kłamała, czy też nie. Rzeczywiście przez dłuższy czas moja świadomość była wyłączona. Wstaliśmy oboje i skierowaliśmy się do łazienki. Gdy powróciliśmy, szybko zasnęliśmy, mając na ten dzień dość atrakcji.

