Takie czasy, że posiadanie rodziny zaczyna wyglądać jak jakaś dziwaczna perwersja. Prawie mi się udało. Prawie. Niestety trafiłem na dziewczynę, która nie budowała ze mną przyszłości — po prostu mnie używała.
A ja nie marzyłem o wielkich rzeczach. Nie o luksusach, nie o życiu jak z okładki. Moją perwersją był dom pełen śmiechu. Dzieci wbiegające rano do sypialni. Wspólne obiady, przy których każdy opowiada, jak minął mu dzień. Wieczorne wygłupy, rodzinne żarty, których nikt poza nami nie rozumie.
Moją perwersją był zwykły poranek. Kubek gorącej kawy na werandzie. Jej rozczochrane włosy. Cisza, której nie trzeba wypełniać słowami, bo sama obecność wystarcza.
Marzyłem o kimś, z kim można się razem zestarzeć, a nie tylko razem spędzać czas.
W świecie, w którym wszystko jest tymczasowe, wymienne i „do następnej okazji”, chciałem czegoś, co miało zostać na zawsze.
I chyba właśnie to jest dziś moją największą perwersją. Nie przypadkowe znajomości, nie przygody, nie pogoń za emocjami. Tylko dom. Rodzina. Ludzie, którzy wracają do siebie każdego dnia, bo chcą, a nie dlatego, że muszą.