Stanowisko Dowodzenia dywizjonu Ratunkowo-Poszukiwawczego, Darłowo.
— Jakim prawem, panie kapitanie, poderwał pan do lotu śmigłowiec ZOP? Przekroczył pan swoje kompetencje, odpowie pan za to – ryczał na DKL-a przełożony z Dowództwa MW.
Kapitan Brzeziński ledwo tłumił gniew. Miał zamiar z grubej rury przyjebać temu debilowi z drugiej strony słuchawki. Wrzucił wszystko na głośnik, tak że te słowa słyszeli wszyscy na SD.
Tamten wytrząsał się dalej. Pomocnik DKL-a z trudem opanował rosnący poziom wkurwienia. Ta jebana komandorzyna z Gdyni nie miała pojęcia chyba, co tu się dzieje. Słyszał tę rozmowę, jednocześnie prowadząc korespondencję radiową z Mi-14 z ZOP-u. Tamci wracali. Słyszał w głosie obu pilotów, że robili to z bólem.
Ich ratowniczy „Haze 13” grzał silniki. Załoga była w komplecie. Technicy uwijali się jak wściekli. Warunki się pogarszały. Należało wystartować jak najszybciej. Nie można było sobie pozwolić jednak na ryzyko. Procedury to procedury. Były święte i należało ich przestrzegać.
— Jeszcze raz pytam, dlaczego bez konsultacji z nami… — grzmiało w głośniku.
Nawet nie zauważyli, jak na SD pojawił się dowódca dywizjonu. Czerwony z wkurwienia kapitan czekał, aż tamten zakończy swe wywody. Gdy dostrzegł dowódcę, podniósł się z fotela. „Stary”, bo tak nazywali swojego dowódcę, dał mu znak, by siedział. Podszedł i chwycił słuchawkę telefonu.
— Odwiecznym prawem morskim, ustalonym, gdy ty, gówniarzu, na gówno papu mówiłeś albo przeskakiwałeś z jądra na jądro swojego ojca — rzucił ich dowódca operacyjnemu z tamtej strony.
Nastała cisza. Trzeba przyznać, że facet miał jaja.
— Komandor porucznik B. dowódca dywizjonu, z kim chujem mam przyjemność — dodał po chwili.
— Yyy, aaa, dyżurny operacyjny MW, komandor podporucznik Radziszewski — wydukał tamten.
— Posłuchaj. W wodzie mającej dwa stopnie są moi ludzie, sztorm dochodzi do dziesiątki, co pewnie wykracza poza twoją skalę, więc nie pierdol mi tu i nie strasz moich ludzi, bo jak mi Bóg miły, ściągnę cię tu z tej cieplutkiej posady i wsadzę do jednego z tych śmigieł.
Tamtemu zajebało kakao. „Nasz” dowódca służył już na tym stanowisku kilkanaście lat. Przeszedł niejedno przeformowanie i zmiany. Był typem, który mówi „za mną”, a nie „naprzód”.
— Tak, stworzę odpowiednią notatkę z tego zdarzenia — wydukał tamten.
— I proszę bardzo, coś jeszcze? Bo mam tu w chuj roboty – zakończył Radziszewski.
Dyżurny operacyjny z MW rozłączył się. „Stary” dotknął ramienia DKL-a. Zobaczył w jego oczach wyraz podziwu. Darzyli dowódcę dużym szacunkiem. Był jak ojciec – kiedy trzeba, opierdzielił, rzadko pochwalił. Jednak w sytuacjach krytycznych zawsze stawał murem za swoimi ludźmi.
— Jak sytuacja? — zapytał swojego podwładnego.
— Śmigłowiec rozbity, z załogi wstępnie, z tego, co wiemy, przeżyły na sto procent dwie osoby. Z kutra do szalupy ewakuowała się cała załoga. Zrzucono naszym tratwę. Nasz Mi-14 będzie gotowy maksymalnie za kwadrans – usłyszał.
— Dobrze się spisałeś, działaj dalej, nie spoczniemy, nim wszyscy nie pojawią się tutaj, żywi lub martwi — rzucił i wyszedł do swojej kancelarii.
Nie miał zamiaru wpieprzać się w tak dobrze działającą maszynę. Poprosił tylko, by meldować mu o wszystkim.
Usiadłszy, spojrzał na rozpiskę dyżurów. Dojrzał nazwiska Radka i Agnieszki przypisane do utraconego śmigłowca i zaklął
— Kurwa, tylko nie oni. .
Obejmowałem i tuliłem Agnieszkę. Tratwą bujało na wszystkie strony. Była na tyle stabilna, że wywrócenie jej nie wchodziło w rachubę. Zakupiona za ciężkie pieniądze z Zachodu, była produktem wysokiej klasy. Moja luba stawała się coraz słabsza. Otulałem ją swoim ciałem, jak tylko mogłem najlepiej.
— Wszystko będzie dobrze, wytrzymaj, błagam cię, wytrzymaj!!! — krzyczałem, widząc, jak traci świadomość.
Zastanawiałem się, czy nie ściągnąć swojego kombinezonu i nie wpakować jej w niego. Szybko jednak wybiłem to sobie z głowy. Zamarzłbym w kilka minut, nie mając go na sobie. Traciłem ją, jak i ten zarodek, który tkwił w jej ciele. Cząstka mnie, tak wymarzona i oczekiwana. Nie mogłem się poddać. Dość już było ofiar. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że pilot i technik nie żyją. Nigdzie nie widziałem ich ciał. „Michałek” stał się ich grobowcem.
Ci cholerni rybacy też gdzieś zniknęli mi z oczu. Nie widziałem ich tratwy ratunkowej. Cały czas kontrolowałem, czy Agnieszka oddycha. Jej oddech był płytki, ale wyczuwalny. Drżałem z zimna. Co chwila uderzały we mnie słone krople wzburzonych fal.
W pewnej chwili poczułem, że przestała oddychać. Odciągnąłem jej twarz maksymalnie do tyłu i przyłożyłem usta do jej ust. Hipotermia dawała pierwsze oznaki.
Byłem zaprawiony. Nieraz lądowałem w lodowatej wodzie, ratując rozbitków. To, co dla mnie było prawie normą, dla innych jest zabójcze. Rozpocząłem sztuczne oddychanie. Wtłaczałem w jej usta drogocenne powietrze. Uczono mnie jednego: ”Reanimuj do samego końca, nie jesteś lekarzem, by stwierdzić zgon. Dopóki pchasz powietrze, mózg i serce będą pracować. Jesteś ratownikiem, śmierć to twoja porażka”.
Wróciła do żywych. Znów była ze mną. Otworzyła oczy. Spojrzała na mnie.
— Jesteś, kochana, jesteś — wyrzuciłem z siebie.
Pogłaskała mnie po twarzy. Moje wąsy były pokryte warstwą szronu.
— Kocham cię, Radek — wyszeptała.
— Też cię kocham, wszystko będzie dobrze, tylko nie usypiaj, zostań ze mną — błagałem, widząc, jak zamyka swe piękne brązowe oczy.
Wtuliłem ją znów w siebie, przykładając dłoń do jej ust i nosa. Ściągnąłem rękawiczkę. Nie zważałem na to, że odmrożę sobie dłoń. Chciałem czuć, czy oddycha. Mocno trzymając ją, oczekiwałem cudu lub śmierci.
Usłyszałem przytłumiony warkot śmigłowca. Na rzęsach osiadł szron. Zdałem sobie sprawę, że nie czuję oddechu ukochanej. Byłem cholernie zmarznięty. Dotknąłem jej ust i nosa. Nie wyczułem nic. Żadnego ruchu. Dotknąłem tętnicy szyjnej. Wyczułem jakiś minimalny puls.
Kurwa, zasnąłem! — przekląłem sam siebie.
Snop światła musnął naszą tratwę. Skostniałymi palcami wymacałem racę.
Nieważny kolor, odpal ją — tłukło mi się w myślach.
Byłem na wpół przytomny, ale dałem radę wysłać sygnał załodze „wiertalota”, że jesteśmy żywi.
Morze tymczasem nieco się uspokoiło. Jak przez mgłę dostrzegłem naszego Mi-14 w barwach SAR-u.
— Agnieszka, przylecieli, to nasi — szepnąłem.
Resztkami sił pocałowałem jej usta. Były zimne. Nie byłem w stanie podjąć sztucznego oddychania. Zmarznięte ciało odmawiało posłuszeństwa. Bezsilny, wściekły na siebie, wyłem wniebogłosy.
— Szybciej, kurwa, szybciej — pospieszałem swoich kolegów, widząc, jak dwójka ratowników skacze ze śmigłowca w toń Bałtyku.
Dotarli do nas. Jeden zabrał Agnieszkę, drugi mnie.
— Ona pierwsza — wyszeptałem i straciłem przytomność.
Szpital w Sławnie. Trzy doby po wypadku.
Obudziłem się po trzech dniach. Skrajnie wychłodzony, z odmrożeniem jednej dłoni, otworzyłem oczy, wracając do żywych. Czy tego chciałem? Nie wiem. Leżałem kompletnie nagi, przykryty szpitalnym kocem i podpięty do specjalistycznej aparatury medycznej. Byłem otępiały, słaby i cholernie zmęczony. Zmysły pracowały jakby na pięćdziesiąt procent. Wszystko dochodziło do mnie z opóźnieniem.
— Agnieszka, co z nią? — zapytałem, zwilżając usta.
Dwójka lekarzy spojrzała po sobie. Zdałem sobie sprawę, że nie chcą mi powiedzieć. Ponowiłem pytanie.
— Jest na intensywnej terapii.
Odetchnąłem z ulgą. Żyła więc. Zdołałem ją uratować. Podeszła pielęgniarka ze strzykawką. Ponownie zapadłem w głęboki sen.
Przebudziłem się po kilkunastu godzinach. Czułem się znacznie lepiej, choć nadal odczuwałem otępienie. Musieli faszerować mnie jakimiś przeciwbólowymi lekami. Zabandażowana prawa dłoń była najprawdopodobniej następstwem odmrożenia. Na palcu miałem założone jakieś urządzenie, do klatki piersiowej przyłożone czujniki lub czort wie co. Chyba to kontrolowało moje bicie serca. Zerwałem to z siebie. Stojąca obok aparatura zawyła niemiłosiernie. Nim zdołałem się podnieść z łóżka, była przy mnie młoda pielęgniarka.
— Co pan wyprawia? — zapytała, widząc, że goły wstałem z łóżka.
— Gdzie Agnieszka, ta lekarka, co była ze mną? — zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.
Nie zwracałem uwagi na to, że stałem całkowicie nagi przed tą kobietą.
Pielęgniarka opuściła wzrok. Nie wiedziałem dlaczego. Czy moje nagie ciało było tego przyczyną, czy coś innego.
— Błagam, niech pani mnie do niej zaprowadzi — jęknąłem.
Podniosła wzrok. Jej wyraz twarzy był dziwny. Nie patrzyła mi prosto w oczy. Uciekała swym spojrzeniem.
— Dobrze, tylko przyniosę panu fartuch.
Wróciła po chwili. Narzuciłem na gołe ciało biały lekarski kitel . Udałem się za nią. Byłem jeszcze cholernie słaby, ale nie na tyle, by nie dać rady. Przeszliśmy do oddziału obok. Wyszła nam na spotkanie oddziałowa. Kobiety wymieniły jakieś uwagi. Podszedłem do sali, gdzie leżała Agnieszka. Patrzyłem przez szybę, nie pozwolono mi wejść dalej. Leżała podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Te maszyny robiły wszystko za nią. Patrzyłem na to, nie wierząc, że to, co widzę, jest prawdą.
— Wyjdzie z tego, wyjdzie z tego — rzuciłem.
Pielęgniarka z mojego oddziału się rozpłakała. Tamta oddziałowa była starsza. Najprawdopodobniej niejednego już doświadczyła i widziała. Objęła mnie i przytuliła do siebie.
— Wszystko w rękach Boga, synku. Zrobiłeś wszystko, by ją uratować — szepnęła, tuląc mnie do piersi.
Chciało mi się wyć po raz kolejny. Zawiodłem. Nie dałem rady. Czemu, kurwa, wtedy usnąłem?
— Przywieźli ją w stanie śmierci klinicznej. Tylko dzięki tobie ona jeszcze żyje — szeptała mi do ucha.
Czule głaskała mnie po głowie. Ryczałem jak bóbr. Na darmo było moje poświęcenie. Na darmo wszystko. Zawiodłem. Mimo starań nie dałem rady.
— A dziecko? Ona była w ciąży. — zapytałem.
— To była wczesna ciąża, góra trzeci miesiąc. Stało się to dwa dni temu — usłyszałem kolejną informację, która mnie przybiła.
Padłem na kolana. Obie kobiety obejmowały mnie. Bezsilny, wściekły na siebie, wyłem wniebogłosy. To nie był płacz.
— Dlaczego, kurwa, dlaczego!!!? — jęczałem, mając pretensję do Pana Boga.
Starsza z kobiet podniosła mnie z kolan.
— Dwie sale dalej leży piątka rybaków. Są w poważnym stanie, ale wyjdą z tego – rzuciła mi w twarz.
— Mam ich w dupie! — wypaliłem.
Chwyciła moją twarz obiema dłońmi i spojrzała mi głęboko w oczy.
— Gdyby nie wy, oni nie mieliby takiej siły i wiary. Widzieli, jak twoi przyjaciele giną, jak wasz śmigłowiec rozbija się.
Dalej nie słuchałem. Straciłem przytomność.
Agnieszkę odłączono od aparatury podtrzymującej życie dokładnie w dniu, kiedy wypadało nasze wesele. Tak zadecydowała jej rodzina. Nie byłem przy tym. Nafaszerowany środkami farmakologicznymi jakoś przeżyłem jej pogrzeb. Poprosiłem tylko, by pochowano ją w sukni ślubnej. Całowałem to martwe ciało, nie wierząc w to, co się stało.
Stałem się zimny jak głaz. Po pogrzebie piłem przez dwa tygodnie, obarczając się winą za to, co się stało. Dostałem urlop. Miałem wolny czas na swoje pijaństwo. W końcu, pod koniec alkoholowego maratonu, gdy zarośnięty, brudny i cuchnący alkoholem tkwiłem w pokoju, odwiedził mnie dowódca dywizjonu.
— Chcesz, kurwa, chlać, to chlej. Dostałeś awans na młodszego chorążego, Agnieszka pośmiertnie dostała porucznika. Albo, jebany chuju, wracasz do roboty i robisz swoje, albo zamknij się tutaj w tym kurwidołku i wal gorzałę —zrugał mnie.
Podniosłem pijackie oczy i spojrzałem nań mętnym wzrokiem. Wstał z krzesła i potrząsnął mną.
— Kurwa, Radek, ty jeszcze żyjesz. Wracaj do żywych i ratuj tych, których dasz radę uratować.
Opanowałem się. Dał mi jeszcze tydzień na doprowadzenie się do ładu.
Przeglądałem nasze wspólne zdjęcia. Wiedziałem, że ona nie chciałaby, żebym tak skończył. Wróciłem do dywizjonu. Nie wchodziłem jednak nigdy głównymi schodami. Tam tkwiły zdjęcia tej bohaterskiej załogi. Właziłem przez garaż. Zawsze bocznym wejściem.
Komisja wypadków lotniczych szczęśliwie rozgrzeszyła pilota za wypadek. Wszystko zrobił zgodnie z procedurami. Utrzymywał minimalną wysokość w zawisie nad kutrem. Nagłego podmuchu wiatru, jaki w nas uderzył, nie dało się przewidzieć, podobnie jak wysokiej fali. Pośmiertnie Piotr dostał awans na majora, a technik na podporucznika. Ich ciała wydobyto trzy tygodnie po wypadku.
Byłem na ich pogrzebie. Nadal nie mogłem sobie wybaczyć, że nie tkwię w trumnie obok nich. Nie uratowałem nikogo, uratowałem się, kurwa, sam. Na lewym ramieniu naciąłem sobie myśliwskim nożem cztery sznyty. Każdą za straconego członka załogi.
Nikt z bazy nie miał do mnie pretensji. Nigdy nie usłyszałem złego zdania. Sam sobie zarzucałem jednak wiele. Nie byłem już tym wesołym i pogodnym facetem, jak wcześniej. Poszedłem w opcję bycia najlepszym. Godziny spędzone na basenie, hartowanie ciała jako mors, nieraz wchodzące w opcję zapalenia płuc. Doskonalenie tężyzny fizycznej i techniki ratowania pochłaniały moje życie.
Odstawiłem alkohol. Służba stała się dla mnie najważniejsza. Nie oszczędzałem młodych ratowników, którzy dołączyli do jednostki. Bez wahania wytykałem im błędy i potknięcia, nawet te najmniejsze. Dążyłem do perfekcjonizmu. Wbiłem sobie do głowy, że nigdy więcej nie zawiodę nikogo w swoim życiu. Co gorsza, nie chciałem dzielić tego życia z nikim. Unikałem imprez, stając się specyficznym dziwakiem. Specyficznym, ponieważ młodsi mnie podziwiali, a starsi wiedzieli, przez co przeszedłem.
Potrzeby seksualne zaspokajałem w dość nietypowy sposób. Nie potrafiłbym z inną kobietą niż Agnieszka kochać się jak wcześniej. Po prostu zamawiałem jedną z prostytutek i nagi kładłem się obok niej, prosząc, by wtuliła się we mnie. Była to Roxana. Na początku była zdziwiona moim zachowaniem, ale potem, gdy dowiedziała się, co przeszedłem, starała się być miła i delikatna. Gładziła mnie po głowie. Raz tylko chciała czegoś więcej, nie mogąc pojąć mojego zachowania. Stanowczo zaprotestowałem. Zrozumiała i nigdy więcej tego nie zrobiła.
Baza w Darłowie, dwa lata później. Kwiecień.
Nasza SAR-owska „Anakonda” dolatywała do linii brzegowej. Wracaliśmy z akcji ratowania dwójki rozbitków z jachtu, który zapalił się z niewiadomych przyczyn i tonął kilkanaście mil od brzegu.
Wyciągarkę szlag trafił. Lina zablokowała się w połowie swej długości. Patryk, dobry pilot, obniżył w ostatniej chwili nos „Anakondy”, tak że zdołałem chwycić dziewczynę za rękę. Udało mi się praktycznie w ostatniej chwili, gdy jacht pogrążał się w otchłaniach. Trzymałem mocno. Na szczęście nastolatka nie była ciężka.
Patrzyła mi w oczy błagalnym wzrokiem.
— Nie puszczę cię, nie ruszaj się — prosiłem, trzymając ją mocno.
Z utęsknieniem wypatrywałem lądu, gdzie oczekiwała wysłana grupa naziemna. Ramię cholernie bolało. Mięśnie naciągnięte do granic wytrzymałości powoli odmawiały posłuszeństwa. Pilot nie mógł lecieć z pełną prędkością, mając taki bagaż podczepiony na zablokowanej linie wyciągarki. Technik pokładowy, wychylony w otwartych drzwiach śmigłowca, cały czas patrzył na nas.
— Radek, wytrzymaj, już niedługo, daj radę — wrzeszczał, przekrzykując ryk silników „Anakondy”.
Przyrzekłem sobie, że dam radę. Nawet gdybym musiał ją trzymać na opuszkach palców, wybić sobie bark lub połamać rękę.
Postanowienie to jedno, wytrzymałość mięśni to druga sprawa. Zawieszony na linie obracałem się wraz z dziewczyną wokół własnej osi. Raz widziałem zbliżającą się plażę, raz bezkres morza.
— Niech mnie pan trzyma, błagam — usłyszałem jej głos.
— Spokojnie, nie wypuszczę cię.
Czułem mrowienie w zaciśniętej dłoni. Bark cholernie bolał, tak że chciało się wyć. Zacisnąłem zęby i przymknąłem oczy z bólu. Trzymałem ją. Ląd był blisko. Dojrzałem na plaży dwa pojazdy i grupkę ludzi. To musieli być nasi z Darłowa.
Wysuwała mi się. Milimetr po milimetrze. Czułem, jak jej dłoń zsuwa się Nie trzymała się mojej dłoni. Pilot też dostrzegł ekipę naziemną. Zniżał lot.
Patrzyłem jej w oczy i widziałem przerażenie w jej wzroku. Nic nie mówiła.
— Rozszerz dłoń, tak jakbyś chciała z niej zrobić płetwę, jak żaba — krzyknąłem do dziewczyny.
Wykonała to natychmiast. Chwilowo zadziałało. Nadlecieliśmy nad plażę. Śmigłowiec wytracał prędkość. Uniósł się nieco, by po chwili utkwić w zawisie. Wysuwała mi się. Wychylony na maksa technik naprowadzał pilota. Ten powoli opuszczał maszynę.
— Zegnij palce i trzymaj je z całej siły w tej pozycji — krzyknąłem, zdając sobie sprawę, że mi się wyślizgnie.
Było jeszcze wysoko. Upadek z tej wysokości mógłby być dla niej śmiertelny. Zrobiła to, o co prosiłem. Czekałem na odpowiedni moment. To, co chciałem zrobić, było ostatecznością. Moja dłoń zsunęła się tak, że jej kciuk był poza uchwytem. Szczęśliwie wysokość malała. Pilot starał się jak mógł. Zgiąłem palce i zakleszczyłem je o jej zgięte palce, gdy byliśmy na wysokości trzech metrów nad ziemią. Trzymałem ją już praktycznie samymi palcami, opuszkami.
Przechwycili ją. W końcu mogłem sam odpiąć się z liny. Gruchnąłem na piasek z wysokości dwóch metrów. Dwójka ratowników dała pilotowi znak, że wszystko w porządku. Podniósł maszynę i po chwili poleciał w kierunku lotniska.
Zmęczony leżałem na piasku. Nie miałem siły wstać. Dopiero teraz poczułem okropny ból w stawie barkowym i dłoni.
— Kurwa, ty pojebany jesteś, jak ty to wytrzymałeś, dwanaście minut trzymałeś ją w dłoni — rzucił dowódca grupy naziemnej.
Udało się. Spróbowałem podnieść się z piachu, ale ból był tak silny, że zaraz straciłem przytomność.
Przychodnia lekarska w Darłowie, dzień później.
Miałem zerwane wszystkie ścięgna w prawej dłoni i wybity staw barkowy. Nastawiono mi go i założono opatrunek. Na naciągnięte mięśnie nałożono gips. Dostałem cztery tygodnie zwolnienia. Czekała mnie też czteromiesięczna fizjoterapia. Gdy czekałem na wypis ze szpitala, pojawił się u mnie dowódca dywizjonu. Zlustrował mnie.
— Ty szukasz śmierci; aż tak ci się do niej spieszy? — zapytał.
Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Nie popełniłem żadnego błędu, nie naruszyłem procedur.
— Ale panie komandorze… — chciałem się wytłumaczyć.
— Jesteś moim najlepszym ratownikiem, ale zaczynasz działać ryzykownie. Nie dbasz o swoje życie. To, co zrobiłeś, było bohaterskie, ale cholernie ryzykowne — zaczął, patrząc mi w oczy. Nie chciałem mu przerywać. — Dostałeś miesiąc zwolnienia, potem bierzesz zaległy urlop z tamtego roku i zaczynasz rehabilitację, a od września idziesz do Ustki, do CSSMW na instruktora ratownictwa. Zwolniło się miejsce na dwa miesiące, poprzedni instruktor został skierowany na kurs doskonalący. Zastąpisz go i tam dokończysz rehabilitację.
— Ale panie komandorze… — jęknąłem.
Popatrzył na mnie wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu.
— To postanowione, dzisiaj wysłałem papiery. Wracasz do nas po tym kursie, jasne?!
Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam, choć ta opcja wcale nie była mi na rękę.
Klepnął mnie w zdrowe ramię.
— Za tę ostatnią akcję pchnąłem na ciebie wniosek awansowy — dodał, wychodząc z sali. Dużo mu zawdzięczałem. Był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałem.
— Jakim prawem, panie kapitanie, poderwał pan do lotu śmigłowiec ZOP? Przekroczył pan swoje kompetencje, odpowie pan za to – ryczał na DKL-a przełożony z Dowództwa MW.
Kapitan Brzeziński ledwo tłumił gniew. Miał zamiar z grubej rury przyjebać temu debilowi z drugiej strony słuchawki. Wrzucił wszystko na głośnik, tak że te słowa słyszeli wszyscy na SD.
Tamten wytrząsał się dalej. Pomocnik DKL-a z trudem opanował rosnący poziom wkurwienia. Ta jebana komandorzyna z Gdyni nie miała pojęcia chyba, co tu się dzieje. Słyszał tę rozmowę, jednocześnie prowadząc korespondencję radiową z Mi-14 z ZOP-u. Tamci wracali. Słyszał w głosie obu pilotów, że robili to z bólem.
Ich ratowniczy „Haze 13” grzał silniki. Załoga była w komplecie. Technicy uwijali się jak wściekli. Warunki się pogarszały. Należało wystartować jak najszybciej. Nie można było sobie pozwolić jednak na ryzyko. Procedury to procedury. Były święte i należało ich przestrzegać.
— Jeszcze raz pytam, dlaczego bez konsultacji z nami… — grzmiało w głośniku.
Nawet nie zauważyli, jak na SD pojawił się dowódca dywizjonu. Czerwony z wkurwienia kapitan czekał, aż tamten zakończy swe wywody. Gdy dostrzegł dowódcę, podniósł się z fotela. „Stary”, bo tak nazywali swojego dowódcę, dał mu znak, by siedział. Podszedł i chwycił słuchawkę telefonu.
— Odwiecznym prawem morskim, ustalonym, gdy ty, gówniarzu, na gówno papu mówiłeś albo przeskakiwałeś z jądra na jądro swojego ojca — rzucił ich dowódca operacyjnemu z tamtej strony.
Nastała cisza. Trzeba przyznać, że facet miał jaja.
— Komandor porucznik B. dowódca dywizjonu, z kim chujem mam przyjemność — dodał po chwili.
— Yyy, aaa, dyżurny operacyjny MW, komandor podporucznik Radziszewski — wydukał tamten.
— Posłuchaj. W wodzie mającej dwa stopnie są moi ludzie, sztorm dochodzi do dziesiątki, co pewnie wykracza poza twoją skalę, więc nie pierdol mi tu i nie strasz moich ludzi, bo jak mi Bóg miły, ściągnę cię tu z tej cieplutkiej posady i wsadzę do jednego z tych śmigieł.
Tamtemu zajebało kakao. „Nasz” dowódca służył już na tym stanowisku kilkanaście lat. Przeszedł niejedno przeformowanie i zmiany. Był typem, który mówi „za mną”, a nie „naprzód”.
— Tak, stworzę odpowiednią notatkę z tego zdarzenia — wydukał tamten.
— I proszę bardzo, coś jeszcze? Bo mam tu w chuj roboty – zakończył Radziszewski.
Dyżurny operacyjny z MW rozłączył się. „Stary” dotknął ramienia DKL-a. Zobaczył w jego oczach wyraz podziwu. Darzyli dowódcę dużym szacunkiem. Był jak ojciec – kiedy trzeba, opierdzielił, rzadko pochwalił. Jednak w sytuacjach krytycznych zawsze stawał murem za swoimi ludźmi.
— Jak sytuacja? — zapytał swojego podwładnego.
— Śmigłowiec rozbity, z załogi wstępnie, z tego, co wiemy, przeżyły na sto procent dwie osoby. Z kutra do szalupy ewakuowała się cała załoga. Zrzucono naszym tratwę. Nasz Mi-14 będzie gotowy maksymalnie za kwadrans – usłyszał.
— Dobrze się spisałeś, działaj dalej, nie spoczniemy, nim wszyscy nie pojawią się tutaj, żywi lub martwi — rzucił i wyszedł do swojej kancelarii.
Nie miał zamiaru wpieprzać się w tak dobrze działającą maszynę. Poprosił tylko, by meldować mu o wszystkim.
Usiadłszy, spojrzał na rozpiskę dyżurów. Dojrzał nazwiska Radka i Agnieszki przypisane do utraconego śmigłowca i zaklął
— Kurwa, tylko nie oni. .
+++
Obejmowałem i tuliłem Agnieszkę. Tratwą bujało na wszystkie strony. Była na tyle stabilna, że wywrócenie jej nie wchodziło w rachubę. Zakupiona za ciężkie pieniądze z Zachodu, była produktem wysokiej klasy. Moja luba stawała się coraz słabsza. Otulałem ją swoim ciałem, jak tylko mogłem najlepiej.
— Wszystko będzie dobrze, wytrzymaj, błagam cię, wytrzymaj!!! — krzyczałem, widząc, jak traci świadomość.
Zastanawiałem się, czy nie ściągnąć swojego kombinezonu i nie wpakować jej w niego. Szybko jednak wybiłem to sobie z głowy. Zamarzłbym w kilka minut, nie mając go na sobie. Traciłem ją, jak i ten zarodek, który tkwił w jej ciele. Cząstka mnie, tak wymarzona i oczekiwana. Nie mogłem się poddać. Dość już było ofiar. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że pilot i technik nie żyją. Nigdzie nie widziałem ich ciał. „Michałek” stał się ich grobowcem.
Ci cholerni rybacy też gdzieś zniknęli mi z oczu. Nie widziałem ich tratwy ratunkowej. Cały czas kontrolowałem, czy Agnieszka oddycha. Jej oddech był płytki, ale wyczuwalny. Drżałem z zimna. Co chwila uderzały we mnie słone krople wzburzonych fal.
W pewnej chwili poczułem, że przestała oddychać. Odciągnąłem jej twarz maksymalnie do tyłu i przyłożyłem usta do jej ust. Hipotermia dawała pierwsze oznaki.
Byłem zaprawiony. Nieraz lądowałem w lodowatej wodzie, ratując rozbitków. To, co dla mnie było prawie normą, dla innych jest zabójcze. Rozpocząłem sztuczne oddychanie. Wtłaczałem w jej usta drogocenne powietrze. Uczono mnie jednego: ”Reanimuj do samego końca, nie jesteś lekarzem, by stwierdzić zgon. Dopóki pchasz powietrze, mózg i serce będą pracować. Jesteś ratownikiem, śmierć to twoja porażka”.
Wróciła do żywych. Znów była ze mną. Otworzyła oczy. Spojrzała na mnie.
— Jesteś, kochana, jesteś — wyrzuciłem z siebie.
Pogłaskała mnie po twarzy. Moje wąsy były pokryte warstwą szronu.
— Kocham cię, Radek — wyszeptała.
— Też cię kocham, wszystko będzie dobrze, tylko nie usypiaj, zostań ze mną — błagałem, widząc, jak zamyka swe piękne brązowe oczy.
Wtuliłem ją znów w siebie, przykładając dłoń do jej ust i nosa. Ściągnąłem rękawiczkę. Nie zważałem na to, że odmrożę sobie dłoń. Chciałem czuć, czy oddycha. Mocno trzymając ją, oczekiwałem cudu lub śmierci.
+++
Usłyszałem przytłumiony warkot śmigłowca. Na rzęsach osiadł szron. Zdałem sobie sprawę, że nie czuję oddechu ukochanej. Byłem cholernie zmarznięty. Dotknąłem jej ust i nosa. Nie wyczułem nic. Żadnego ruchu. Dotknąłem tętnicy szyjnej. Wyczułem jakiś minimalny puls.
Kurwa, zasnąłem! — przekląłem sam siebie.
Snop światła musnął naszą tratwę. Skostniałymi palcami wymacałem racę.
Nieważny kolor, odpal ją — tłukło mi się w myślach.
Byłem na wpół przytomny, ale dałem radę wysłać sygnał załodze „wiertalota”, że jesteśmy żywi.
Morze tymczasem nieco się uspokoiło. Jak przez mgłę dostrzegłem naszego Mi-14 w barwach SAR-u.
— Agnieszka, przylecieli, to nasi — szepnąłem.
Resztkami sił pocałowałem jej usta. Były zimne. Nie byłem w stanie podjąć sztucznego oddychania. Zmarznięte ciało odmawiało posłuszeństwa. Bezsilny, wściekły na siebie, wyłem wniebogłosy.
— Szybciej, kurwa, szybciej — pospieszałem swoich kolegów, widząc, jak dwójka ratowników skacze ze śmigłowca w toń Bałtyku.
Dotarli do nas. Jeden zabrał Agnieszkę, drugi mnie.
— Ona pierwsza — wyszeptałem i straciłem przytomność.
+++
Szpital w Sławnie. Trzy doby po wypadku.
Obudziłem się po trzech dniach. Skrajnie wychłodzony, z odmrożeniem jednej dłoni, otworzyłem oczy, wracając do żywych. Czy tego chciałem? Nie wiem. Leżałem kompletnie nagi, przykryty szpitalnym kocem i podpięty do specjalistycznej aparatury medycznej. Byłem otępiały, słaby i cholernie zmęczony. Zmysły pracowały jakby na pięćdziesiąt procent. Wszystko dochodziło do mnie z opóźnieniem.
— Agnieszka, co z nią? — zapytałem, zwilżając usta.
Dwójka lekarzy spojrzała po sobie. Zdałem sobie sprawę, że nie chcą mi powiedzieć. Ponowiłem pytanie.
— Jest na intensywnej terapii.
Odetchnąłem z ulgą. Żyła więc. Zdołałem ją uratować. Podeszła pielęgniarka ze strzykawką. Ponownie zapadłem w głęboki sen.
+++
Przebudziłem się po kilkunastu godzinach. Czułem się znacznie lepiej, choć nadal odczuwałem otępienie. Musieli faszerować mnie jakimiś przeciwbólowymi lekami. Zabandażowana prawa dłoń była najprawdopodobniej następstwem odmrożenia. Na palcu miałem założone jakieś urządzenie, do klatki piersiowej przyłożone czujniki lub czort wie co. Chyba to kontrolowało moje bicie serca. Zerwałem to z siebie. Stojąca obok aparatura zawyła niemiłosiernie. Nim zdołałem się podnieść z łóżka, była przy mnie młoda pielęgniarka.
— Co pan wyprawia? — zapytała, widząc, że goły wstałem z łóżka.
— Gdzie Agnieszka, ta lekarka, co była ze mną? — zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.
Nie zwracałem uwagi na to, że stałem całkowicie nagi przed tą kobietą.
Pielęgniarka opuściła wzrok. Nie wiedziałem dlaczego. Czy moje nagie ciało było tego przyczyną, czy coś innego.
— Błagam, niech pani mnie do niej zaprowadzi — jęknąłem.
Podniosła wzrok. Jej wyraz twarzy był dziwny. Nie patrzyła mi prosto w oczy. Uciekała swym spojrzeniem.
— Dobrze, tylko przyniosę panu fartuch.
Wróciła po chwili. Narzuciłem na gołe ciało biały lekarski kitel . Udałem się za nią. Byłem jeszcze cholernie słaby, ale nie na tyle, by nie dać rady. Przeszliśmy do oddziału obok. Wyszła nam na spotkanie oddziałowa. Kobiety wymieniły jakieś uwagi. Podszedłem do sali, gdzie leżała Agnieszka. Patrzyłem przez szybę, nie pozwolono mi wejść dalej. Leżała podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Te maszyny robiły wszystko za nią. Patrzyłem na to, nie wierząc, że to, co widzę, jest prawdą.
— Wyjdzie z tego, wyjdzie z tego — rzuciłem.
Pielęgniarka z mojego oddziału się rozpłakała. Tamta oddziałowa była starsza. Najprawdopodobniej niejednego już doświadczyła i widziała. Objęła mnie i przytuliła do siebie.
— Wszystko w rękach Boga, synku. Zrobiłeś wszystko, by ją uratować — szepnęła, tuląc mnie do piersi.
Chciało mi się wyć po raz kolejny. Zawiodłem. Nie dałem rady. Czemu, kurwa, wtedy usnąłem?
— Przywieźli ją w stanie śmierci klinicznej. Tylko dzięki tobie ona jeszcze żyje — szeptała mi do ucha.
Czule głaskała mnie po głowie. Ryczałem jak bóbr. Na darmo było moje poświęcenie. Na darmo wszystko. Zawiodłem. Mimo starań nie dałem rady.
— A dziecko? Ona była w ciąży. — zapytałem.
— To była wczesna ciąża, góra trzeci miesiąc. Stało się to dwa dni temu — usłyszałem kolejną informację, która mnie przybiła.
Padłem na kolana. Obie kobiety obejmowały mnie. Bezsilny, wściekły na siebie, wyłem wniebogłosy. To nie był płacz.
— Dlaczego, kurwa, dlaczego!!!? — jęczałem, mając pretensję do Pana Boga.
Starsza z kobiet podniosła mnie z kolan.
— Dwie sale dalej leży piątka rybaków. Są w poważnym stanie, ale wyjdą z tego – rzuciła mi w twarz.
— Mam ich w dupie! — wypaliłem.
Chwyciła moją twarz obiema dłońmi i spojrzała mi głęboko w oczy.
— Gdyby nie wy, oni nie mieliby takiej siły i wiary. Widzieli, jak twoi przyjaciele giną, jak wasz śmigłowiec rozbija się.
Dalej nie słuchałem. Straciłem przytomność.
+++
Agnieszkę odłączono od aparatury podtrzymującej życie dokładnie w dniu, kiedy wypadało nasze wesele. Tak zadecydowała jej rodzina. Nie byłem przy tym. Nafaszerowany środkami farmakologicznymi jakoś przeżyłem jej pogrzeb. Poprosiłem tylko, by pochowano ją w sukni ślubnej. Całowałem to martwe ciało, nie wierząc w to, co się stało.
Stałem się zimny jak głaz. Po pogrzebie piłem przez dwa tygodnie, obarczając się winą za to, co się stało. Dostałem urlop. Miałem wolny czas na swoje pijaństwo. W końcu, pod koniec alkoholowego maratonu, gdy zarośnięty, brudny i cuchnący alkoholem tkwiłem w pokoju, odwiedził mnie dowódca dywizjonu.
— Chcesz, kurwa, chlać, to chlej. Dostałeś awans na młodszego chorążego, Agnieszka pośmiertnie dostała porucznika. Albo, jebany chuju, wracasz do roboty i robisz swoje, albo zamknij się tutaj w tym kurwidołku i wal gorzałę —zrugał mnie.
Podniosłem pijackie oczy i spojrzałem nań mętnym wzrokiem. Wstał z krzesła i potrząsnął mną.
— Kurwa, Radek, ty jeszcze żyjesz. Wracaj do żywych i ratuj tych, których dasz radę uratować.
Opanowałem się. Dał mi jeszcze tydzień na doprowadzenie się do ładu.
Przeglądałem nasze wspólne zdjęcia. Wiedziałem, że ona nie chciałaby, żebym tak skończył. Wróciłem do dywizjonu. Nie wchodziłem jednak nigdy głównymi schodami. Tam tkwiły zdjęcia tej bohaterskiej załogi. Właziłem przez garaż. Zawsze bocznym wejściem.
Komisja wypadków lotniczych szczęśliwie rozgrzeszyła pilota za wypadek. Wszystko zrobił zgodnie z procedurami. Utrzymywał minimalną wysokość w zawisie nad kutrem. Nagłego podmuchu wiatru, jaki w nas uderzył, nie dało się przewidzieć, podobnie jak wysokiej fali. Pośmiertnie Piotr dostał awans na majora, a technik na podporucznika. Ich ciała wydobyto trzy tygodnie po wypadku.
Byłem na ich pogrzebie. Nadal nie mogłem sobie wybaczyć, że nie tkwię w trumnie obok nich. Nie uratowałem nikogo, uratowałem się, kurwa, sam. Na lewym ramieniu naciąłem sobie myśliwskim nożem cztery sznyty. Każdą za straconego członka załogi.
Nikt z bazy nie miał do mnie pretensji. Nigdy nie usłyszałem złego zdania. Sam sobie zarzucałem jednak wiele. Nie byłem już tym wesołym i pogodnym facetem, jak wcześniej. Poszedłem w opcję bycia najlepszym. Godziny spędzone na basenie, hartowanie ciała jako mors, nieraz wchodzące w opcję zapalenia płuc. Doskonalenie tężyzny fizycznej i techniki ratowania pochłaniały moje życie.
Odstawiłem alkohol. Służba stała się dla mnie najważniejsza. Nie oszczędzałem młodych ratowników, którzy dołączyli do jednostki. Bez wahania wytykałem im błędy i potknięcia, nawet te najmniejsze. Dążyłem do perfekcjonizmu. Wbiłem sobie do głowy, że nigdy więcej nie zawiodę nikogo w swoim życiu. Co gorsza, nie chciałem dzielić tego życia z nikim. Unikałem imprez, stając się specyficznym dziwakiem. Specyficznym, ponieważ młodsi mnie podziwiali, a starsi wiedzieli, przez co przeszedłem.
Potrzeby seksualne zaspokajałem w dość nietypowy sposób. Nie potrafiłbym z inną kobietą niż Agnieszka kochać się jak wcześniej. Po prostu zamawiałem jedną z prostytutek i nagi kładłem się obok niej, prosząc, by wtuliła się we mnie. Była to Roxana. Na początku była zdziwiona moim zachowaniem, ale potem, gdy dowiedziała się, co przeszedłem, starała się być miła i delikatna. Gładziła mnie po głowie. Raz tylko chciała czegoś więcej, nie mogąc pojąć mojego zachowania. Stanowczo zaprotestowałem. Zrozumiała i nigdy więcej tego nie zrobiła.
+++
Baza w Darłowie, dwa lata później. Kwiecień.
Nasza SAR-owska „Anakonda” dolatywała do linii brzegowej. Wracaliśmy z akcji ratowania dwójki rozbitków z jachtu, który zapalił się z niewiadomych przyczyn i tonął kilkanaście mil od brzegu.
Wyciągarkę szlag trafił. Lina zablokowała się w połowie swej długości. Patryk, dobry pilot, obniżył w ostatniej chwili nos „Anakondy”, tak że zdołałem chwycić dziewczynę za rękę. Udało mi się praktycznie w ostatniej chwili, gdy jacht pogrążał się w otchłaniach. Trzymałem mocno. Na szczęście nastolatka nie była ciężka.
Patrzyła mi w oczy błagalnym wzrokiem.
— Nie puszczę cię, nie ruszaj się — prosiłem, trzymając ją mocno.
Z utęsknieniem wypatrywałem lądu, gdzie oczekiwała wysłana grupa naziemna. Ramię cholernie bolało. Mięśnie naciągnięte do granic wytrzymałości powoli odmawiały posłuszeństwa. Pilot nie mógł lecieć z pełną prędkością, mając taki bagaż podczepiony na zablokowanej linie wyciągarki. Technik pokładowy, wychylony w otwartych drzwiach śmigłowca, cały czas patrzył na nas.
— Radek, wytrzymaj, już niedługo, daj radę — wrzeszczał, przekrzykując ryk silników „Anakondy”.
Przyrzekłem sobie, że dam radę. Nawet gdybym musiał ją trzymać na opuszkach palców, wybić sobie bark lub połamać rękę.
Postanowienie to jedno, wytrzymałość mięśni to druga sprawa. Zawieszony na linie obracałem się wraz z dziewczyną wokół własnej osi. Raz widziałem zbliżającą się plażę, raz bezkres morza.
— Niech mnie pan trzyma, błagam — usłyszałem jej głos.
— Spokojnie, nie wypuszczę cię.
Czułem mrowienie w zaciśniętej dłoni. Bark cholernie bolał, tak że chciało się wyć. Zacisnąłem zęby i przymknąłem oczy z bólu. Trzymałem ją. Ląd był blisko. Dojrzałem na plaży dwa pojazdy i grupkę ludzi. To musieli być nasi z Darłowa.
Wysuwała mi się. Milimetr po milimetrze. Czułem, jak jej dłoń zsuwa się Nie trzymała się mojej dłoni. Pilot też dostrzegł ekipę naziemną. Zniżał lot.
Patrzyłem jej w oczy i widziałem przerażenie w jej wzroku. Nic nie mówiła.
— Rozszerz dłoń, tak jakbyś chciała z niej zrobić płetwę, jak żaba — krzyknąłem do dziewczyny.
Wykonała to natychmiast. Chwilowo zadziałało. Nadlecieliśmy nad plażę. Śmigłowiec wytracał prędkość. Uniósł się nieco, by po chwili utkwić w zawisie. Wysuwała mi się. Wychylony na maksa technik naprowadzał pilota. Ten powoli opuszczał maszynę.
— Zegnij palce i trzymaj je z całej siły w tej pozycji — krzyknąłem, zdając sobie sprawę, że mi się wyślizgnie.
Było jeszcze wysoko. Upadek z tej wysokości mógłby być dla niej śmiertelny. Zrobiła to, o co prosiłem. Czekałem na odpowiedni moment. To, co chciałem zrobić, było ostatecznością. Moja dłoń zsunęła się tak, że jej kciuk był poza uchwytem. Szczęśliwie wysokość malała. Pilot starał się jak mógł. Zgiąłem palce i zakleszczyłem je o jej zgięte palce, gdy byliśmy na wysokości trzech metrów nad ziemią. Trzymałem ją już praktycznie samymi palcami, opuszkami.
Przechwycili ją. W końcu mogłem sam odpiąć się z liny. Gruchnąłem na piasek z wysokości dwóch metrów. Dwójka ratowników dała pilotowi znak, że wszystko w porządku. Podniósł maszynę i po chwili poleciał w kierunku lotniska.
Zmęczony leżałem na piasku. Nie miałem siły wstać. Dopiero teraz poczułem okropny ból w stawie barkowym i dłoni.
— Kurwa, ty pojebany jesteś, jak ty to wytrzymałeś, dwanaście minut trzymałeś ją w dłoni — rzucił dowódca grupy naziemnej.
Udało się. Spróbowałem podnieść się z piachu, ale ból był tak silny, że zaraz straciłem przytomność.
Przychodnia lekarska w Darłowie, dzień później.
Miałem zerwane wszystkie ścięgna w prawej dłoni i wybity staw barkowy. Nastawiono mi go i założono opatrunek. Na naciągnięte mięśnie nałożono gips. Dostałem cztery tygodnie zwolnienia. Czekała mnie też czteromiesięczna fizjoterapia. Gdy czekałem na wypis ze szpitala, pojawił się u mnie dowódca dywizjonu. Zlustrował mnie.
— Ty szukasz śmierci; aż tak ci się do niej spieszy? — zapytał.
Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Nie popełniłem żadnego błędu, nie naruszyłem procedur.
— Ale panie komandorze… — chciałem się wytłumaczyć.
— Jesteś moim najlepszym ratownikiem, ale zaczynasz działać ryzykownie. Nie dbasz o swoje życie. To, co zrobiłeś, było bohaterskie, ale cholernie ryzykowne — zaczął, patrząc mi w oczy. Nie chciałem mu przerywać. — Dostałeś miesiąc zwolnienia, potem bierzesz zaległy urlop z tamtego roku i zaczynasz rehabilitację, a od września idziesz do Ustki, do CSSMW na instruktora ratownictwa. Zwolniło się miejsce na dwa miesiące, poprzedni instruktor został skierowany na kurs doskonalący. Zastąpisz go i tam dokończysz rehabilitację.
— Ale panie komandorze… — jęknąłem.
Popatrzył na mnie wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu.
— To postanowione, dzisiaj wysłałem papiery. Wracasz do nas po tym kursie, jasne?!
Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam, choć ta opcja wcale nie była mi na rękę.
Klepnął mnie w zdrowe ramię.
— Za tę ostatnią akcję pchnąłem na ciebie wniosek awansowy — dodał, wychodząc z sali. Dużo mu zawdzięczałem. Był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałem.

